Ludzie z betonu

"Cement" reż. Wojtek Klemm - Teatr Współczesnym w Warszawie.

Postrewolucyjne spektakle Klemma działają na widza jak podłączenie do prądu. Człowiek pod napięciem niekoniecznie ma czas na myślenie, ale kopnięcie paruset wolt naprawdę poczuje.

Dawno temu, gdzieś na Kaukazie była mała cementownia, w której pracował niegłupi ślusarz Czumałow, jego żona, krewni i znajomi. Pewnego dnia zechcieli być właścicielami środków produkcji, a nie tylko wyzyskiwanymi chłoporobotnikami. Wybuchła rewolucja. Przestano produkować cement, a cementownia porosła rdzą. I było sprawiedliwie, bó cementu nie miał ani zły kapitalista, ani dobry pracownik. Aż wrócił z wojny domowej ślusarz Czumałow, natchnął ludowych bojowników entuzjazmem, aż ci zabili wszystkich interwentów i uruchomili cementownię. I żyli długo i szczęśliwie. Mniej więcej taka jest fabuła powieści Gładkowa, którą przerobił na dramat Heiner Müller. Dodał radzieckiemu produkcyjnia-kowi mroczną tonację, pokazał rewolucję w chwili, kiedy słuszne idee "obrastają tłuszczem". Nie ma nowego świata, choć zburzono stary. Wieś, do której wraca "postmodernistycznie przesterowany" Czumałow Müllera jest już "po apokalipsie". Wszystkie wartości zostały zniszczone. Nowy ład i tak będzie bolał. Rewolucja jest aktem słusznym, ale nigdy się nie udaje jak trzeba. Nie wierzę, że dla realizatora polskiej prapremiery "Cementu" Wojtka Klemma najistotniejsza była ideologiczna podbudowa sztuki. Może bardziej uwiodła go połamana poezja Müllera, na jaką zamieniono argumenty i wystąpienia bohaterów. Na scenie wbite w ziemię skrzydło boeninga 777, wybebeszony kadłub, wieżyczka obserwacyjna, rury, barierki, blachy. Grupa ludzi wije się w zapętlonym w powtórkach mechanistycznym tańcu. Klemm obsadza tylko aktorską młodzież, bo rewolucja zawsze karmi się młodością. Chłopaki (Cymerman, Czacki, Orpiński, Łukaszczyk, Zych, Boczkowski) mają obnażone torsy, wojskowe szynele i buty, spodnie bojówki i karabiny. Dziewczyny (Kieca, Michalska, Bednarz, Szymkiewicz) stale zdejmują i zakładają buty, pończochy, spodnie, sukienki. Tłuką się po scenie, mocują i ścigają. Działania dają wrażenie jakiejś ludzko-ludzkiej maszyny produkującej złość i chaos. To genialna choreografia przemocy, taniec siły. Klemm otwiera dramat energią aktorską. Jego "sceniczni robotnicy" zastygają w nieokiełznanym dygocie rąk i nóg, stoją rzędem na proscenium i charczą słowa bez związku w rytm jazgotliwej muzyki. Rewolucja jest w nich, nie w świecie. Jeśli tak się rozkłada akcenty w przedstawieniu, to każda przypisana doń ideologia przegra ze zwykłą kinetyką. Zamiast o ekonomii duma się o ekonomii ruchu. Więc najpierw kłania się "Władca much" w wersji na dwudziestolatków w erze postkolonial-nej, a dopiero potem mielizny rewolucji neokonserwatywnej, w którą chce uderzać dramaturg Klemma Stokfiszewski. Przerabianie sztuki skrycie antysocjalistycznej na sztukę jawnie antykapitalistyczną jest czynnością jałową. Podejrzewam, że reżyser za zasłoną dymną tworzoną mu z pełnym oddaniem przez dramaturga z "Krytyki Politycznej" szuka czegoś istotniejszego niż prosty wytrych interpretacyjny. Styl Klemma wysnuty z Müllera, a wcześniej z Brechta jest esencją fizyczności w teatrze. Są tylko ciała, które nic nie rozumieją poza bólem, zmęczeniem, rozkoszą. Próbują co najwyżej pojąć komunizm przez skórę. Jakby nie międzyludzki cement mieszali, a walili głowami w beton. W ścianę. W podłogę. W ciało drugiego człowieka. Wrocławski Czumałow nie uruchomi na powrót cementowni. Zresztą po co? - ona i tak produkowała ludzkie świnie z zębami aligatorów.
(zs)

Łukasz Drewniak
Dziennik
18 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia