Lukrecja Borgia - opera gejowska

rozmowa z Michałem Znanieckim

Ponieważ jest to także operowa fantazja, niepoparta faktami historycznymi, przeniosłem jej akcję w inne czasy. Nie będzie renesansu, lecz faszystowskie, totalitarne Włochy z lat 30. XX w. - mówi reżyser MICHAŁ ZNANIECKI przed premierą "Lukrecji Borgii" w Operze Narodowej.

Dramat psychologiczny, teatr pełen okrucieństwa, opera gejowska - w Teatrze Wielkim w niedzielę 26 kwietnia premiera "Lukrecji Borgii" Gaetano Donizettiego w reżyserii Michała Znanieckiego. 

Michał Znaniecki - reżyser i scenograf - realizuje już trzecią operę w tym roku. Po krakowskim "Don Giovannim" i wrocławskim "Samsonie i Dalili" wziął na warsztat romantyczną operę, której tytułową bohaterką jest - jak to u Donizettiego - silna kobieta, słynna rozpustnica i trucicielka Lukrecja Borgia. Opera o Borgii z 1833 r. rozpoczęła serię najsłynniejszych dzieł Donizettiego, kompozytora aż 70 tytułów operowych, w tym "Łucji z Lammermooru", który inwencję melodyczną łączył z niezwykłą sił ą dramatycznego wyrazu. Obecnie "Lukrecja Borgia" - jak wiele innych oper autora "Napoju miłosnego" - ponownie budzi gorące zainteresowanie realizatorów i publiczności. 

Anna S. Dębowska: W "Don Giovannim" Mozarta, którego wystawił pan niedawno w Operze Krakowskiej, tytułowy bohater miał twarz Marcella Mastroianniego z "Osiem i pół". Jaki jest pana pomysł na Lukrecję Borgię, która do dziś pozostaje synonimem zła? 

Michał Znaniecki: W tym przedstawieniu nie będzie tak wyraźnych odniesień filmowych. Skupiłem się na relacjach między postaciami. Moja Lukrecja ma dwie twarze: jeszcze kreuje się na wampa, ale naprawdę jest już stara, łysa, chora i zmęczona. Gdy opera się rozpoczyna, właśnie rzuci ła politykę, odnalazła syna z nieprawego łoża Gennara i chce sobie pozwolić na chwilę słabości. Wtedy atakuje ją największy wróg, własny mąż Alfonso. Nieprzyjacielem okazuje się także syn. Nasza bohaterka przeżywa upokorzenie, cierpi, ale jak to Borgia - mści się krwawo. 

To pana zdaniem postać tragiczna, godna współczucia? 

- Tragiczna do głębi, znienawidzona i walcząca z własnym mitem, nadopiekuńcza, groteskowa, śmieszna. Pełna pasji. Wielkie soprany - Joan Sutherland i Montserrat Caballé - kreowały renesansową królową. My idziemy w odwrotnym kierunku - staramy się znaleźć w tej posągowej postaci wrażliwość. Nie jest to łatwe, bo obie nasze śpiewaczki - Joanna Woś z Teatru Wielkiego w Łodzi i Adriana Kohtková, solistka Opery w Bratysławie - nie chcą do końca zrezygnować z popisowości swojej partii. Nie zabraknie więc ko ńcowej arii "Era desso il figlio mio". 

Zatem jest to dramat psychologiczny, a nie dramat władzy. 

- Zdecydowanie tak, choć nie do końca. Ponieważ jest to także operowa fantazja, niepoparta faktami historycznymi, przeniosłem jej akcję w inne czasy. Nie będzie renesansu, lecz faszystowskie, totalitarne Włochy z lat 30. XX w. Jeśli mi ktoś zarzuci, że zniszczyłem operę Donizettiego, bo nie ma historycznego kostiumu, to trudno, ale tak będzie lepiej dla pełniejszego zobrazowania konfliktu między władzą, a opozycją młodych arystokratów. U mnie będzie grupka inteligenckich kontestatorów antyfaszystów - trochę rodem z filmu "Novecento" Bertolucciego, trochę w stylu naszych partyzantów czy opozycjonistów. Książę Alfonso to duce Mussolini, a jego dwór i szpiedzy to faszystowskie czarne koszule. Biorę sporo z "Salo" Pasoliniego, z "Katynia" Wajdy, z dokumentów o Jedwabnem. Uprzedzam, że będzie sporo scen drastycznych, oczywiście w operowej konwencji. 

Co pana tak fascynuje w muzyce Donizettiego? Bo to już czwarty jego tytuł, nad którym pan pracuje. 

- Każda z jego oper ma jeden wyjątkowy moment prawdy, chwilę, w której wszyscy mówią: "posłuchajmy i poczujmy emocje". Donizetti poszerzył konwencję opery o psychologię postaci, której się wtedy nie znało. W pewnym sensie antycypował Freuda. Zmieszał błoto z bel cantem. Największa nowoczesność "Lukrecji Borgii" polega na wyjściu poza czystą konwencję, na pokazaniu brudu, jak w scenie, w której nienawidzący matki Gennaro odrywa z monogramu "Borgia" literę B i ukazuje się słowo "orgia". To musiało być śmiałe zagranie w I poł. XIX w. Ale jest coś więcej. Wraz z dyrygentem Willem Crutchfieldem po dokładnej analizie partytury doszliśmy do wniosku, że to pierwsza w XIX w. opera gejowska. Nie ma ślicznej narzeczonej, nie ma duetu miłosnego między kobietą a mężczyzną, jest za to długi duet miłosny między mężczyznami - Gennarem i Maffio Orsinim - z których jeden poświęca w finale życie dla przyjaciela. To doskonale wpisuje się w motyw miłości wyklętej w czasach faszystowskich. 

Chce pan zaszokować miłośników opery, nieprzyzwyczajonych do takiej tematyki? 

- Nie, bo to wszystko jest zapisane w muzyce. Przyczyna jest prosta. Maffia Orsiniego [Agnieszka Rehlis na zmianę z Jennifer Riverą] śpiewa mezzosopran. Wiemy, że opery powstawały dla kochanek, dla ulubionych śpiewaczek. Wyobraźmy sobie, że jakiś mezzosopran przychodzi do Donizettiego i mówi: "Słuchaj, napisz mi taki fajny duet miłosny z tenorem, żebym sobie pośpiewała jak soprany". No i napisał.

Anna S. Dębowska
Gazeta Wyborcza Stołeczna
23 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia