Macbet z kości i... krwi

"2007: Macbeth" - reż. Grzegorz Jarzyna - Teatr Rozmaitości Warszawa

Macbeth w reżyserii Grzegorza Jarzyny to chyba najbardziej widowiskowy i zrealizowany z wielkim rozmachem i na tak dużą skalę spektakl, jaki miałam okazje do tej pory zobaczyć. Niestety nie na żywo, a przypuszczam, że odbiór żywego spektaklu jest zupełnie inną bajką. Dlatego nie jestem w stanie dokonać pełnej oceny, a jedynie z perspektywy widza - powiedzmy - kinowego. Niemniej jednak to, co dostajemy na ekranie jest tak silnym przekazem emocjonalnym, tak wyrazistym, że spokojnie mogę stwierdzić, że byłam świadkiem prawdziwego teatru z krwi i kości... z krwi dosłownie.

Wiele scen zapada w pamięć, wgryza się w mózg, prowokuje do współprzeżywania i to już jest pierwszy argument przemawiający za tym, że jest to dramat wybitny. Choć zupełnie odmienny od tradycyjnej wersji, bo reżyser wykazał się tu ogromną otwartością jeśli chodzi o interpretację, ale nie zmienia to faktu, że zrobił to dobrze. Po premierowym występie zespołu TR Warszawa w Edynburgu Andrew Dickinson z „The Guardian", porównując 13 interpretacji sztuki Szekspira, stwierdził, że Macbeth Grzegorza Jarzyny „jest największym i najśmielszym Makbetem z nich wszystkich". Poza tym, że widać tu duży rozmach i niewątpliwie duży budżet reżysera na realizację niezwykle widowiskowej i przede wszystkim wieloplanowej sztuki, dostajemy fantastyczną grę aktorską. Świetny warsztat jeśli o gest i mimikę twarzy chodzi, często słowa były zupełnie zbędne, a oczy Cezarego Kosińskiego (Macbeth) na licznych zbliżeniach kamery były niejako same w sobie oddzielnym bytem, dodatkowym aktorem.

Jarzyna umiejscowił swoją sztukę w opuszczonej hali dawnych zakładów Waryński na warszawskiej Woli, zburzonej w 2006 r. Miało to miejsce tuż po zakończeniu rejestracji spektaklu, który swoją premierę miał w 2005 r. Szekspirowski przeniósł tekst w realia walk na Wschodzie, rozpoczynając od ataku amerykańskich żołnierzy w Iraku i pokazując przejmującą scenę, kiedy żołnierz Macbeth, wbrew rozkazom, atakuje ludzi podczas modlitwy, inicjując serię haniebnych czynów, zbrodni ciągnącej za sobą kolejne, nieczystych posunięć, okrucieństwa, podstępu i brutalności. Zamienia również poetykę szekspirowską na język żołnierski, dostosowuje niejako frazę do sytuacji. Jednak mimo że wiele Szekspira przepada, pozostaje kilka mocnych wersów z pierwotnego tekstu, dobitnie wybrzmiewających w monologach samego Macbetha.

Pierwsza scena już nadaje ton i tempo całej sztuce. Od razu widać ogromne wpływy filmowej narracji – tempo, które nie spada przez całą sztukę, dynamikę akcji, która nie siada ani a moment, przeskoki z jednej sceny do drugiej, czy z jednego planu akcji do kolejnego, to szybko przeskakujące obrazki. A jeśli już przy planach akcji jesteśmy to warto zwrócić uwagę na ich symultaniczność, które zapewne są widoczne w „żywym" przedstawieniu, oraz umiejętne i logicznie przemyślane przeskakiwanie między nimi.

Umieszczenie sztuki w przestrzeni nieteatralnej, co swego czasu było modnym trendem w sztuce teatralnej, dokłada sporo trudności w konstrukcji fabuły, w ruchu scenicznym, to wielkie wyzwanie w przedsięwzięciu na tak wielka skalę. Oglądając całość odnosi się wrażenie, że nie ma tu nic zbędnego, nic przegadanego, nic, co by nudziło czy dłużyło się. Wszelkie zatrzymania i przesadnie długie gesty akcentują zwyczajnie fakt, że mimo iż tak niecodzienne okoliczności przyrody to cały czas jest to teatr i to mięsista tragedia, taka z prawdziwego zdarzenia. Chyba właśnie taka myśl kołatała mi się cały czas po głowie, że oto doświadczam prawdziwej, żywej tragedii, takiej do głębi przejmującej, takiej dosadnej, że trudno wetknąć tu jeszcze jedno ostrze więcej i dolać parę kropel krwi do tej pożogi. To taki rodzaj dramatu, do którego tęsknię, w którym się zakochałam biorąc teatr za swojego towarzysza – mroczny, surowy, z pogranicza obłędu i szaleństwa, z wyrazistymi postaciami, do przesady tragicznymi, zakrawającymi o groteskę. To teatr z pogranicza psychozy, psychodelii, horroru, w którym nastrój grozy, napięcia, duszna atmosfera są potęgowane niepokojącą oprawą muzyczną. Wchodzimy w świat będący ciągłym napięciem, oczekiwaniem na nadciągające zło, które nieuchronnie przybywa.

Nic dziwnego, bo w zasadzie tekst Szekspira bardzo rozlegle traktuje o naturze zła, o tym czym ono jest, pokazuje, czym grozi wejście na jego ścieżkę i ostrzega, że to droga bez powrotu. Na ścieżkę demonów wszedł Macbeth, zdając sobie zupełnie sprawę, że już nie może zawrócić i musi walczyć do końca, jak mu rola żołnierza nakazuje. Usuwa z drogi niewygodne przeszkody i idzie dosłownie – po trupach do celu, jednak... dochodzi nam tu od pierwszej sceny jeszcze jeden bohater – Przeznaczenie, przed którym nie ma ucieczki. Macbeth mimo że pozornie z nim walczy, doskonale wie, że musi się wypełnić, wręcz jest na to gotowy mimo przerażenia jakie maluje się na jego twarzy, mimo jego stanów obłąkania, w które zapędzają go... wyrzuty sumienia? Prawdopodobnie na początku kiedy ścigają go głosy rodem z horroru, potęgowane widmem zamordowanego przyjaciela Banka, który pojawia się podczas uczty z żołnierzami, stany szaleństwa i obłędu Macbetha wykazują, że okruchy wyrzutów sumienia nie pozwalają mu się do końca w tym zatracić, ale im dalej w las... tym więcej trupów, tym łatwiejsza droga, tym więcej krwi na rękach.

Miejsce, w którym realizowana jest sztuka bardzo dobrze oddaje jej klimat – ruina, klaustrofobia przejawiająca się choćby w scenach, gdzie Macbeth przemieszcza się korytarzami na miarę labiryntu, surowość wnętrz, przeszywające zimno. Owa ruina świetnie koresponduje z duszą głównych bohaterów, bo nie zapominajmy o wspaniałej kreacji Lady Macbeth (Aleksandra Konieczna), która mimo iż na początku jest tą silniejszą, pewniejszą, żądną krwi i władzy, w pewnym momencie popada w obłęd. Ciekawym momentem jest scena kiedy widząc wszędzie krew, w akcie szaleństwa zmywa krew ze ścian szlaufem. Popada w stan, z którego wyjść nie sposób i tutaj niuans Jarzyny – ginie z powodu awarii pralki w towarzystwie Śmierci spokojnie czekającej i popijającej wino, aby potem ciągnąc Lady za nogi po podłodze, usunąć ze sceny.

Nie będę rozwodzić się nad fabułą, bo ta jest choćby ogólnikowo znana i idąc szkolną regułą, generalnie chodzi o przepowiednię, walkę o władzę, naturę zła. Wielu zaznacza ogromny wpływ Lady Macbeth na męża, która wkłada mu ostrze do ręki i popycha do zbrodni. Tutaj Jarzyna również sugestywnie zaznaczył jej niebagatelną rolę w całej tej sieci morderstw, prezentując scenę w dusznych oparach wyrzutów sumienia, zawahania, kiedy tłumaczy mężowi i pcha go, aby poszedł zarżnąć Dunkana, który spędzał u nich noc po uczcie. To Macbeth, a nie ona, cofa się tłumacząc sobie, że tak się nie godzi, bo to gość.

Jarzyna umiejscawia swoich bohaterów w realiach wojny, a Macbetha osadza w roli żołnierza i jest to według mnie jedno z najlepszych posunięć, jeśli chodzi o wybranie planu akcji we współczesnych czasach. Wojna wypacza, znieczula na krew i śmierć, niszczy to, co ludzkie, miłość, obnaża brutalność, rządzę władzy, przetrwanie i zysk za wszelką cenę. Macbeth z kolei jest żołnierzem – zabijanie jest jego drogą do celu, wojna daje mu okazję sięgnięcia po władzę, bo czym ona innym jest jak walką o przewagę, o władzę. Nie można o tym zapominać interpretując jego postać, biorąc pod uwagę przedsięwzięcie Grzegorza Jarzyny, żeby dojść do sedna zamysłu reżysera. Bo mimo że tak dalekie od oryginału w oprawie, to ma swój niemal matematycznie zbudowany sens.

Kiedy próbowałam określić „Macbetha" gatunkowo, poza tym, że niezaprzeczalnie jest dramatem, a konkretnie tragedią, nieustannie miałam na myśli psychodelę. Jednak jest tam o wiele więcej horroru, charakterystycznego dla sztuki filmowej, obecnego i poprzez muzykę, kreację wielu scen i poprzez sam nastrój budowany wyżej wymienionym środkiem jakim jest muzyka, czy scenografia, klimat, następstwa akcji. Czytałam, że w tym widowisku plenerowym, giną gdzieś sami aktorzy, niknie ich wyrazista linia, tutaj tego wrażenia nie ma, bo kamera poprzez zbliżenia centruje uwagę na konkretne postaci, części ciała czy elementy.

Poczucie zagrożenia, nieuchronność, niepokój i jednocześnie akceptacja, że wszystko co ma być, to się wypełni, bo tak zapisał Szekspir, czy tego chcemy czy nie. Macbeth nagle nie zwróci się przeciwko żonie i nie powie jej: „Nie zabiję Dunkuna, nie będę więcej zabijał". Macbeth też nie ocaleje i polegnie z ręki człowieka – jak mówiła przepowiednia – niezrodzonego z kobiety. Z resztą zabójstwo Macbetha nosi znamiona mordu rytualnego, zarzynany z zimną krwią, jego obcięta głowa, z zatkniętym na czubku hełmem, stała się elementem triumfu.

To godne zakończenie tej sztuki.
Można spuścić napięcie i emocje.
Dokonało się.

Monika Sobieraj-Mikulska
Dziennik Teatralny Kraków
28 marca 2020
Teatry
TR Warszawa
Portrety
Grzegorz Jarzyna

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...