Magiczny kostium

Rozmowa z Bartoszem Porczykiem

Gdybym był nagi przez godzinę to myślę, że nastąpiłoby pełne oswojenie. Kilka lat temu oglądałem spektakl "Persona. Marilyn" Krystiana Lupy z Sandrą Korzeniak, która występuje w swetrze, bez bielizny. Siedziałem z żoną w pierwszym rzędzie. Trudno o bliższy kontakt z nagim aktorem.

Z Bartoszem Porczykiem, aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Piotr Sobierski z Blizy.

Piotr Sobierski: Czego młody człowiek uczy się w szkole aktorskiej o swoim ciele?

Bartosz Porczyk: Będąc w szkole aktorskiej nie mamy jeszcze świadomości swojego ciała, nie wiemy, jak konstruować postać. W programie są zajęcia ruchowe, podczas których jesteśmy drzewami i chmurkami. W ten sposób uwalniamy pewne emocje. Uczymy się określonych zachowań, staramy się respektować zasady wpojone przez naszych profesorów, ale to za mało. Przypominamy trochę małpy, które naśladują schematy, zupełnie ich nie rozumiejąc. Ma to niewiele wspólnego z tym, czego później doświadczamy na scenie. Myślę, że w szkole młody człowiek ma głowę odciętą od reszty ciała.

Pierwsza konfrontacja z prawdziwym teatrem, sceną i widownią musi być w takim razie bardzo trudna.

- W moim przypadku wyglądało to łatwiej, bo zaczynałem jako tancerz. W ciągu trzynastu lat przeszedłem przez różne style - od tańca ludowego, przez jazz po taniec towarzyski. Na egzaminie do szkoły aktorskiej zatańczyłem flamenco i to zrobiło ogromne wrażenie na komisji. Wygrałem swoją cielesnością, podobno mój głos był w tamtym czasie nie do zniesienia.

Ciało uratowało ci życie?

- Zawsze przywiązywałem do ciała ogromną uwagę. Role, których nie byłem wstanie pojąć głową, najpierw budowałem ciałem. Szukałem ich sposobu poruszania się, bycia i gestykulacji. Zdarzało się, że reżyserzy się na mnie złościli, że zaczynam od ciała, ale potrzebowałem czasu, aby wypełnić je tym, co pochodzi z głowy. Inną sprawą jest pamięć ciała. Są takie dni, kiedy nie jestem w kondycji, głowa nie może się odnaleźć, nie pamięta co gram. Wówczas moim ratunkiem jest ciało. Niektórzy tego nie lubią, mówią, że to jest sztuczne, że trzeba wierzyć głowie. Ja jednak uważam, że w takich sytuacjach pamięć ciała jest bardzo pomocna.

W momencie rozpoczęcia pracy nad nową rolą stajesz się własnością reżysera?

- Reżyser nie może zrobić niczego bez mojej zgody. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy z powodu zmęczenia i niechęci trzeba to ciało zgwałcić, aby zrozumieć, co reżyser chce osiągnąć na scenie. Wynika to z ludzkiej natury, naszego lenistwa. Trzeba nas czasami do czegoś przymusić.

Trochę nietypowy trening ciała.

- Niektórzy uważają, że bywam bezlitosny, traktuję je bardzo nieczule, jakby nie było moje. Skutki takiego działania odczuwam po zakończonym spektaklu. Nie jestem w stanie się rozluźnić, wyjść z roli, odpocząć. Trening ciała jest jednak istotny. Chyba jeszcze nigdy nie zagrałem spektaklu bez rozgrzewki. Nawet teraz biegłem na spektakl ("Ziemia Obiecana" w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu - red.) prosto z treningu. Nie byłbym w stanie zagrać na przykład po trzygodzinnej drzemce. Wydaje mi się, że ciało zmęczone jest prawdziwsze, nie pozwala kłamać.

Może stąd wielogodzinne próby przed premierą? Reżyser ma na was sposób.

- Próby potrafią kończyć się w środku nocy. Po takim maratonie aktor nie myśli o gestach. Ciało jest prawdziwe i bierze nad nami górę, ale to też podobno tylko schemat. Gdy jesteśmy młodsi to jesteśmy bardziej bezwzględni, wraz z wiekiem mamy do swojego ciała większy szacunek.

Sprawa rozbierania się na scenie to kwestia szacunku wobec ciała?

- Myślę, że to nie ma nic wspólnego z szacunkiem. Robię to, bo lubię, bo czuję taką potrzebę. A może jest to chęć podobania się, akceptacji tego, jak wyglądam i kim jestem? Często oskarżano mnie o epatowanie nagością, ale ja to robiłem, bo chciałem. Dzisiaj dwa razy się zastanowię zanim się rozbiorę.

Krystian Lupa powiedział, że nagość to magiczny kostium. Musisz wiedzieć dlaczego "zakładasz" właśnie taki, a nie inny kostium?

- Chcę wiedzieć dlaczego to robię. Czasami pozwalam sobie na próbach, aby sprawdzić czy nagość jest niezbędna do rozwiązania danej sceny. Jeżeli jest inaczej to nie ma sensu tego kontynuować. Czy nagość jest moim kostiumem? Pewnie tak, ale on bardzo dużo waży!

Najcięższy z możliwych?

- Zdecydowanie. Zawsze czujesz nagość. Nie da się o niej zapomnieć.

Nagość musi być uzasadniona? Często w recenzjach spotyka się zarzut nieuzasadnionej nagości.

- Jestem ciekawy czy recenzenci, którzy mówią o nagości nieuzasadnionej myślą w ten sam sposób gdy latają nago po swoim mieszkaniu. Dlaczego gdy aktora idzie nago do kuchni, aby zrobić sobie kanapkę, musi bronić zachowania swojej postaci? Przecież to jest normalne, ludzkie.

Gdy stoisz nagi na scenie myślisz o widzach? Masz problem z ich obecnością?

- Mogę ci pomóc zrozumieć tą kwestię. Rozbierz się i spróbuj nadal prowadzić naszą rozmowę. Zapewniam cię, że będziesz myślał nie tylko o kolejnym pytaniu, ale również o swoim kostiumie. Czy dobrze na mnie leży? Czy podoba się innym? Czy jest ładny? A może ktoś ma dłuższy krawat? Ciężko jest się wyłączyć i skupić tylko na swoich kwestiach. Widownia oddycha. W momencie gdy wychodzisz na przód sceny z gołym tyłkiem, nagle zapada cisza. Tego nie da się nie zauważyć.

Z biegiem lat zanika poczucie dyskomfortu?

- W głowie zmienia się podejście do wszystkiego - do siebie, pracy, świata. Kiedyś myślałem, że zdjęcie majtek podnosi dramaturgię. Rozbierałem się, ale nie zawsze nad tym się zastanawiałem. Była to moja narcystyczna przyjemność. Dzisiaj wolę najpierw zastanowić się, jak tą nagość inaczej przedstawić i jak ją zagrać? Co to znaczy być nagim i czy chodzi tu tylko o ciało? Im jestem starszy, tym bardziej interesuje mnie emocjonalna nagość.

Twoje dwa monodramy, które od lat grasz z wielkim powodzeniem, wypełnione są jednak nagością. Nie masz wrażenia, że to odciąga uwagę widza od meritum sprawy? Internet wypełniony jest komentarzami o nagim Porczyku. Nie myślałeś, aby z tego zrezygnować?

- W "Smyczy" w reżyserii Natalii Korczakowskiej gram scenę, w której idę do sypialni na spotkanie z Margaret. Jestem nagi. Są jednak takie dni, kiedy nie rozbieram się. Wynika to z potrzeby postaci. Czasami czuję, że będziemy tylko rozmawiać, innym razem - uprawiać seks. Nigdy nie planuję tego przed spektaklem, to wychodzi w trakcie. Wszystko zależy od Margaret, od jej słów.

Jak wygląda sprawa z "Farinellim" w reżyserii Łukasza Twarkowskiego?

- Postanowiłem mówić o dramacie wielkiego śpiewaka, uchwycić istotę jego cierpienia. Mam coś, czego Farinelli nie ma. W pewnym momencie to "coś" w sposób dosadny pokazuję widzom. Przychodzi She, czyli żeński odpowiednik Farinelliego, i chce mu to pokazać. Bezczelnie się przed nim rozbiera i wszystko nagrywa. Myślę, że bez takiego przekroczenia, całość nie miała by sensu. Tutaj nagość jest ostatecznością, ale przed rozpoczęciem prób nie była planowana. Ten spektakl to moja bardzo osobista wypowiedź.

Dla wielu widzów ta nagość to główna atrakcja.

- Oczywiście, ktoś może pomyśleć: "Porczyk znowu nagi", ale ja obserwuję widzów podczas spektaklu i oni naprawdę nie patrzą mi między nogi. Gdy po zdjęciu sukienki mówię ważny monolog, wszyscy patrzą na wielki ekran, na którym wyświetlana jest moja twarz.

Wiele lat temu Jacek Poniedziałek podczas spektaklu "Hamlet" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego w warszawskim Teatrze Rozmaitości usłyszał: "Proszę założyć majtki!" Miałeś podobne sytuacje?

- Nigdy nie doświadczyłem jawnego oburzenia. Czasami spotykam się ze śmiechem. Mam jednak wrażenie, że te reakcje wynikają z zaskoczenia tym, co ludzie widzą na scenie i z bezradności wobec takiego obrazu. Po prostu nie są na to przygotowani. Bywa, że ten śmiech jest uzasadniony, jak w "Farinellim" gdy mówię o ważnych sprawach, które nie przystają do nagości. Jest to scena dość absurdalna i wywołuje naturalny uśmiech.

Nagość wybija z rytmu spektaklu?

- Cały czas czuję ciężar tego kostiumu. Nie udaje mi się o tym zapomnieć, ale to wynika głównie z faktu bardzo krótkich scen. Gdybym był nagi przez godzinę to myślę, że nastąpiłoby pełne oswojenie. Kilka lat temu oglądałem spektakl "Persona. Marilyn" Krystiana Lupy z Sandrą Korzeniak, która występuje w swetrze, bez bielizny. Siedziałem z żoną w pierwszym rzędzie. Trudno o bliższy kontakt z nagim aktorem. Korzeniak rewelacyjnie zintegrowała się z tą nagością, była w tym prawdziwa, swobodna, piękna. Nawet przez moment nie czuliśmy się zażenowani. Zwracaliśmy uwagę tylko na jej oczy, na jej myśli i gesty. A przecież nierzadko widzimy aktora, który jest bardziej skrępowany nagością niż widz.

Nagość jest obecna we wszystkich dziedzinach sztuki, często przechodzimy koło niej obojętnie. W teatrze budzi jednak nadal wielkie emocje. Wynika to z bliskości żywego i nagiego człowieka?

- Trudno powiedzieć dlaczego nadal nas to tak dziwi, tak podnieca. Może to kwestia braku oswojenia nagości? W domu jesteśmy obcy wobec swoich ciał. Gdy biorę prysznic, mój syn może wejść do łazienki. Nie mam z tym problemu. Ja go myłem gdy był mały, teraz on widzi mnie nagiego. Przez wiele lat zajmowałem się swoją babcią, myłem ją, dotykałem jej piersi. Wydaje mi się, że właśnie dzięki temu mam dzisiaj takie podejście do ciała.

Może więc dla większości to jeden z tych nieprzerobionych tematów?

- Wielu z tych oburzonych ogląda potem w Internecie gorsze rzeczy. Do tego dochodzą kwestie światopoglądu, polityki, kościoła, ale myślę, że nie warto się tym zajmować. Ciało to człowiek, wiemy, jak wyglądamy i nie powinniśmy tego traktować jako coś nieprzyzwoitego.

Gustaw Holoubek mawiał, że nagość jest sprzeczna z naturą teatru. Przez lata nic się nie zmieniło. Dzisiaj nadal stanowi ona tabu.

- Dobrze, że tak jest. Dopóki nagość jest tabu, mamy o czym mówić. Te rozmowy przypominają nam o naszej seksualności. Zastanawiamy się, czy chcemy pokazać nagie ciało, czy chcemy go bronić. Warto też zrozumieć drugą stronę, która ma z tym problem, nie godzi się na to. Może nagość jest ostatnim skarbem, który nam pozostał? Skarbem osobistym, subtelnym i nieodkrytym przez innych.

Mamy więc szerokie pole do dyskusji.

- Nawet, jeżeli ktoś wyjdzie ze spektaklu, to nie powinno stanowić to dla nikogo problemu. Może dana scena zostanie komuś w głowie? Może ten oburzony lub niezadowolony widz będzie potem o tym śnił? Może to skłoni go do refleksji? Inną sprawą jest to czy się później do tego przyzna (śmiech).

Są gdzieś granice tego, co prezentowane jest na scenie?

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno te granice zostały w ciągu ostatnich dwóch dekad mocno przesunięte. Kiedyś rusałka siadała na scenie w lekko prześwitującej sukni i z rozpuszczonymi włosami, które zakrywały jej piersi. Dzisiaj zdarza się, że ta sama rusałka całkowicie naga siada okrakiem metr od ciebie i nie wiesz, jak się zachować. Jest to również rodzaj prowokacji. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze można wstać i wyjść, zaprotestować. Dobrze, że teatr wzbudza emocje.

Nagość to tylko zrzucenie kostiumu?

- Powiedzenie, że idziesz z widzem do łóżka to może ciut za dużo... Paradoks polega na tym, że gdyby ktoś nowo poznany poprosił mnie abym się rozebrał, to na pewno miałbym z tym problem. Nie czułbym się w takiej sytuacji bezpiecznie. Wieczorem rozbieram się dla pięciuset obcych osób. Jestem w jakimś bezpiecznym kokonie, łatwo usprawiedliwiam swoje kurestwo. Ktoś kupił na to bilet, robię to za pieniądze.

Nie masz poczucia, że z ust aktora padają czasami rzeczy bardziej intymne, niż te nagie pośladki?

- Tak jest najczęściej, ale jeżeli widz tego nie zauważa to znaczy, że nie słucha, tylko patrzy.

___

Bartosz Porczyk - aktor teatralny, telewizyjny i filmowy. Urodził się 6 listopada 1980 w Tomaszowie Mazowieckim. Jedno z najgorętszych nazwisk polskiego teatru. Wybitnie utalentowany muzycznie aktor, nominowany do Paszportów Polityki za wyjątkowego Gustawa w "Dziadach" Michała Zadary.

Piotr Sobierski
Bliza
1 września 2016
Portrety
Bartosz Porczyk

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki