Małe wielkie

33. Warszawskie Spotkania Teatralne

Próżno szukać w prasie drukowanej i internetowej szczegółowych informacji o tegorocznych spektaklach na Małych Warszawskich Spotkaniach Teatralnych (mWST). Rozliczne artykuły zapowiadające festiwal jedynie marginalnie i lakonicznie informowały o wyborze, którego dokonał Marek Waszkiel, nowy kurator programu dla najmłodszych

W tekstach tych szczególnie raziły błędy i przeinaczenia wynikające albo z niewiedzy (tekst PAP opisuje Waszkiela m.in. jako lalkarza) albo z ignorancji (Witold Mrozek w "Gazecie Wyborczej online" z dnia 13 marca pisze o teatrze lalek, jako o "nieco zapomnianej gałęzi sztuki", próbuje się co prawda zrehabilitować późniejszym tekstem "Milion widzów rocznie", jednak zawarte w nim informacje nie są autorską wiedzą piszącego, a zlepkiem z wypowiedzi Marka Waszkiela i poprzedniej kurator mWST Alicji Morawskiej-Rubczak). Śledząc walkę na argumenty pomiędzy zwolennikami starych i nowych władz festiwalu, także nie znalazłem słowa o spektaklach lalkowych. Także w tekstach podsumowujących festiwal informacji o mWST zabrakło, a najbliższy ukaże się zapewne w następnym numerze "Teatru Lalek". Najwyraźniej nadal obecne jest przekonanie, że teatr lalek jest teatrem tylko dla dzieci - a przynajmniej dwa z pięciu prezentowanych w tym roku spektakli z pewnością zainteresowałyby widza dorosłego. Tak w stolicy pokutuje fakt, że przez lata nie nauczono dorosłych chodzić do teatrów lalkowych (niestety także z winy samych teatrów), tym samym zostając daleko w tyle za Wrocławiem, Białymstokiem czy Poznaniem.

Wyobraźmy sobie tylko ile argumentów kłócącym przysporzyłoby złamanie zasady jeden reżyser - jedno przedstawienie, gdyby taka sytuacja miała miejsce w nurcie głównym. A tak obecność dwóch realizacji Roberta Jarosza przeszła bez echa, a szkoda, bo żaden recenzent ani krytyk nawet nie pochylił się nad tym, jak silne jest młode pokolenie twórców teatru lalek, którego głównym (choć nie jedynym) reprezentantem był na festiwalu ten młody i wybitnie utalentowany reżyser oraz dramaturg. Z lubością za to wytykano sobie pustki na widowni i nikt nie zauważył, że na mWST sale były pełne widzów, a na spektaklu "Słoń i Kwiat" widzowie nie dość, że siedzieli na dostawkach, to jeszcze na stopniach i na podłodze. Z pewnością znajdzie się taki, który w imię wyższej (choć większości obojętnej) idei skonstatuje, że spektakle lalkowe grane były na małych scenach - i to także nie będzie do końca prawda, bo "Nusia i Wilki" grany był dwukrotnie przy pełnej sali Sceny na Woli. Faktycznie tylko drugie przedstawienie "Pręcika" odbyło się przy niepełnej publiczności, jednak była to Duża Scena Teatru Studio, z którą przede wszystkim musieli się zmierzyć sami aktorzy Baja Pomorskiego, nie przyzwyczajeni do grania w tak potężnej przestrzeni - i wyszli z tego pojedynku zwycięsko.

Zamiast więc skakać sobie do gardeł, komentować w nieskończoność wybór Rakowieckiego, rozpamiętywać zasługi Nowaka, zastanawiać się nad sensem obecności w całym festiwalu Słobodzianka, warto trochę opanować emocje, zwolnić i skupić się na tej części tegorocznych WST, która odniosła prawdziwy, choć niezauważony sukces - na Małych Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Chcę też od razu zaznaczyć, że nie jest moim celem krytykowanie repertuaru z lat poprzednich, bo choć skierowany wyraźnie do widowni najmłodszej, tzw. "najnajowej", był równie ciekawy, tylko zwyczajnie inny.

Warszawa ma trzy duże festiwale, na których można spotkać przedstawienia lalkowe: Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK (którego organizatorem jest Polski Ośrodek ASSITEJ), Lalka Też Człowiek (organizowany przez Unię Teatr Niemożliwy) oraz recenzowane tu Małe Warszawskie Spotkania Teatralne. Pierwszy jest skupiony wyłącznie na twórczości dziecięcej, a drugi wyłącznie na lalkowej, zatem w trakcie ich trwania można zobaczyć naprawdę wiele ciekawych propozycji, tak z Polski jak i z zagranicy. Trudnym zadaniem było więc wybranie pięciu prezentacji, których publiczność warszawska jeszcze nie miała okazji oglądać, w dodatku obowiązkowo lalkowych. I tu Waszkielowi należą się ogromne brawa, bo wybrany repertuar był przede wszystkim wszechstronny - rozpięty między głęboką tradycją i klasyką polskiej dramaturgii dla teatru lalek, a współczesną formą odpowiadającą nie tylko na gusta młodej publiczności ale także rozpoczynającą z nią dialog na tematy trudne, których wielokrotnie sami dorośli boją się podjąć. O jakości dokonanego wyboru stanowi także fakt, że na rozmowy z twórcami po spektaklach zostawała zdecydowana większość publiczności, pragnąc przybliżyć się do teatru lalek i wejść w magiczną jego przestrzeń. Natomiast pytania (głównie od dzieci) świadczyły o tym, że spektakle były dla nich zrozumiałe i wzbudziły oczekiwane emocje (nieprawdopodobny wręcz odbiór "Złotego Klucza"). I nikomu w tych rozmowach nie przeszkadzało, że "Nusia i Wilki" oraz "Słoń i Kwiat" są w reżyserii tej samej osoby.

Skoro już o Robercie Jaroszu mowa, to obecność dwóch jego realizacji na festiwalu (tak samo, jak obecność "Pręcika" autorstwa Maliny Prześlugi) świadczy o tym, że w teatrze lalek jest nowe, silne pokolenie twórców, którzy nie tylko znają, rozumieją i potrafią świetnie odnosić się do klasyki dramatu i korzystać z klasycznych form tego gatunku, ale także idąc z duchem czasu potrafią idealnie odpowiadać na potrzeby współczesnego dziecka. Choć oba spektakle Jarosza na pierwszy rzut oka budowane są na podobnych zasadach (dynamiczna gra aktorów, żwawe i świetne dialogi, lalki równorzędne z aktorami, kapitalny kontakt i komunikacja z dziećmi, muzyka wykonywana na żywo, charakterystyczna forma żartu), to jednak zdecydowanie się od siebie różniły, bo "Nusia i Wilki" to spektakl kierowany wyraźnie do młodszej publiczności, natomiast "Słoń i Kwiat" z przyjemnością obejrzą nie tylko starsze dzieci ale i dorośli.

Zacznę od "Nusi". Jest to spektakl Opolskiego Teatru Lalki i Aktora oparty na książce szwedzkiej ilustratorki i pisarki literatury dziecięcej, Piji Lindenbaum. Jarosz, adaptując ten tekst, sięgnął do klasyki dramaturgii teatru lalek dla dzieci - do tekstów Marii Kownackiej. W drugiej części spektaklu nie tylko wykorzystał popularny u Kownackiej motyw dziecięcych wyliczanek i rymowanek (w ten sposób autorka buduje cały utwór "Cztery mile za piec") ale także wprowadził w tekst dramatu grę-zabawę, którą autorka sama niegdyś wykorzystała w historii "O Kasi, co gąski zgubiła" - "Gąski, gąski do domu". Świadczy to o wybitnej znajomości literatury (ciężko ostatnio znaleźć utwory Kownackiej w repertuarze polskich teatrów lalkowych) i o świetnej umiejętności Jarosza w łączeniu klasyki z nowoczesnością. Samą narrację w spektaklu zbudował zaś na dziecięcym postrzeganiu rzeczywistości, oddając ją w perfekcyjnie skonstruowanych i prowadzonych dialogach (czwórki aktorów). Z pomocą przyszła mu scenografka, Marika Wojciechowska, która stworzyła nowoczesną ale też symboliczną scenografię - w części pierwszej widzieliśmy domek z maszyną do zabaw, przez którą (niczym przez maszynkę do mielenia mięsa) przepuszczani są dziecięcy bohaterowie spektaklu; w części drugiej pojawiła się potężna metalowa konstrukcja (symbolizująca las), okrążająca wyspę, na której wyrastały kratery wulkaniczne - "w końcu dla dziecka odległość z przedszkola do lasu, to jak dla nas, dorosłych, z ziemi na księżyc" - zdradził po spektaklu reżyser. Uroku i tajemniczości dodawała spektaklowi muzyka wykonywana na żywo przez Wojciecha Morawskiego, który szukał dźwięku i efektów dźwiękowych w różnych przedmiotach znajdujących się wokół niego.

"Nusia i Wilki" to przede wszystkim spektakl o potrzebie tolerancji, sile fantazji i potędze odwagi. Nusia (w tej roli świetna Anna Jarota) jest dziewczynką, która wszystkiego się boi: nie wejdzie na dach, bo może spaść, nie będzie skakać, żeby nie złamać nogi, nie pogłaszcze psa, żeby nie zostać pogryzioną. Jednak mimo tych wszystkich obaw i niechęci do nieobliczalnych oraz niebezpiecznych pomysłów kolegów, nie jest przez nich odrzucona. Wprost przeciwnie, gdy bohaterka nie chce uczestniczyć w jednej proponowanej zabawie, koledzy z radością wymyślają nową. Sytuacja diametralnie się zmienia, gdy Nusia gubi się w lesie - tam by przetrwać musi przejść metamorfozę: nie dość, że przestaje się bać Wilków, to wręcz zmusza je do gier i zabaw, a razem z nimi całą widownię, bo spektakl gęsto opiera się na interakcji z dziecięcą publicznością. Dzięki takim zachowaniom bohaterki straszne i przerażające sceny zmieniają się w pełne radości i humoru.

Ta współczesna wersja motywu Czerwonego Kapturka, nie dość, że ukazuje dzieciom jak cenna jest siła fantazji w trudnych momentach (zwłaszcza w chwilach przełamywania lęków), to na dodatek pokazuje, jak wspaniale można się bawić mając minimum dostępnych środków (w lesie Nusia znajduje jedynie liście, patyki i odrobinę błota - i to jej wystarcza, by podporządkować sobie niebezpieczne stadko). "Nusia i Wilki" to także mieszanina konwencji. Większość spektaklu grana jest w żywym planie, jednak każdy aktor ma odzwierciedlającą swoją postać lalkę (choć te są wykorzystane głównie w momentach, których nie dałoby się zagrać aktorom - jazda po linach, zabawa w maszynce), w części drugiej zaś pojawiają się dodatkowo maski (Wilków).

Wydawać by się mogło, że podobnie (choć to tylko pozorne złudzenie) podszedł Jarosz do adaptacji i reżyserii opowiadań Briana Pattena w spektaklu "Słoń i Kwiat", które powstało w koprodukcji Grupy Cioncidentia i Białostockiego Teatru Lalek. Jest to opowieść o budowaniu przyjaźni w trudnym świecie, w którym wszystko kipi ironią i kpiną. Brak jest w nim spójnego systemu wartości i potrzeby budowania wspólnych relacji. Jest to świat, gdzie dominuje nietolerancja wynikająca z niewiedzy i głupoty oraz gdzie JA każdego musi być zawsze najważniejsze. Ten świat to dżungla - dosłowna i symboliczna, bo łatwo można w nim było dostrzec otaczającą nas codzienność, popadającą w coraz większą brutalizację i udawaną tolerancję.

Z początku ten świat pełen jest ironicznych postaci i narcystycznych osobników, z czasem jednak okazuje się, że każdy ma tam swoje marzenia i chciałby je spełnić - problem tylko co zrobić, by inni je zrozumieli i docenili. To uniwersalna myśl, która w białostockim przedstawieniu przekazywana jest z wykorzystaniem świetnych dialogów, kapitalnie stworzonych ról i postaci, z duża dawką humoru, satyry, absurdu i momentami cyrkowej stylistyki. Tytułowe postaci to niespełna pięciocentymetrowy Słoń (w tej roli dwumetrowy Paweł Chomczyk), który przypłynął do dżungli na liściu oraz zakochany w sobie, biegający i skaczący wśród bujnej roślinności Kwiat (Michał Jarmoszuk). Towarzyszą im najrozmaitsi mieszkańcy dżungli - Świnie, Małpy, Dżdżownice i Hiena (w tych rolach mistrzowska Dagmara Sowa). Aktorom na scenie cały czas towarzyszy Robert Jurčo, który dopełnia spektakl muzyką na żywo.

Przedstawienie grane było na niewielkiej przestrzeni. Jej główny element stanowiła potężna kartonowa skrzynia (zrzucona z samolotu, wbita w ziemię i zagubiona w dżungli), która dzięki wykorzystaniu projekcji wideo (Krzysztof Kiziewicz) zmieniała swoje znaczenie i przenosiła nas w różne miejsca akcji - była miejscem kryjówki, prowizorycznym mieszkaniem, stawem, rzeką Podobnie jak w "Nusi" Jarosz wykorzystał różne formy teatralnego przekazu - od aktorów w żywym palnie (Słoń, Kwiat, Hiena), przez grę aktora z lalką (Motyl, Świnia) aż do tradycyjnych forma lalkowych (Dżdżownice - marionetki, Wróbel - kukła). Reżyser dużo uwagi skupił także na teatrze formy, wykorzystując papier jako dodatkowy, ważny element spektaklu (papierowe były niektóre lalki, papierowa była także skrzynia), dzięki czemu zyskał nie tylko dodatkowe efekty akustyczne ale także możliwość łatwego wprowadzenia elementu chaosu i zniszczenia w tym mocno absurdalnym świecie.

Ważne, że obok inscenizacji Jarosza na festiwalu znalazł się także tekst Maliny Prześlugi - świadczy to dobitnie o sile, jaką ma grupa twórców młodego pokolenia. Jej "Pręcik" (w wykonaniu aktorów toruńskiego Baja Pomorskiego) podejmuje trudny i rzadko proponowany w dyskusji z najmłodszymi (głównie ze strachu, braku wiedzy oraz umiejętności rozmowy) temat ciężkiej choroby i odchodzenia - "bo człowiek potrafi zgasnąć jak przysłowiowy pręcik". W swoim tekście Prześluga podjęła go wykorzystując obcy nam punkt widzenia przedmiotów codziennego domowego użytku: Budzika, pary Kapci, Poduszki i misia-przytulanki.

Gdy pewnego dnia nikt nie wyłącza dzwoniącego rano budzika, początkowa radość przedmiotów z dnia wolnego od przedszkola szybko przemienia się w niepewność, a wiadomość o ciężkiej chorobie dziecka wpierw budzi w bohaterach przerażenie i strach, a następnie szaloną potrzebę odnalezienia swojej właścicielki. Jest to spektakl o sile przyjaźni, oddaniu i wierności, bowiem droga, którą muszą pokonać przedmioty, a następnie walka, którą muszą stoczyć z antybohaterem, przerażającym (i symbolicznym zarazem) Smutnym Łóżkiem, aby uratować dziewczynkę (lub też w ostatnich chwilach nie pozostawić jej samej - zakończenie spektaklu jest bowiem dwuznaczne) to igranie z własnym życiem.

Reżyserem i autorem scenografii jest Zbigniew Lisowski. W spektaklu wykorzystał ciekawy pomysł gry perspektywą i zmianą wielkości bohaterów. I tak jednym razem wszystkie przedmioty-postaci są przeciętnych rozmiarów (animowane przez aktorów), innym razem ogromne (tak, że aktorzy wkładają je jak kostiumy - grający małżeństwo Kapci przebrani są w przeogromne gąbkowe stroje, niczym w wielkie śpiwory, a aktor grający postać Budzika ma wokół szyi tarczę z cyframi na wzór kryz). Zmieniają także swój kolor, gdy trafiają do dziewczynki do szpitala - to ciekawy pomysł nawiązujący chociażby do indonezyjskich wajangów (postaci w zależności od nastroju i sytuacji, mają różne kolory twarzy), ale są to znaki łatwo rozpoznawalne w tamtym kręgu kulturowym, nam ciężko było odczytać intencje reżysera. Nie było także logicznego uzasadnienia wielkościowych transformacji, w odniesieniu do wydarzeń na scenie. W dodatku te przemiany dotyczyły każdej postaci w innym stopniu: Kapcie miały trzy rozmiary, Poduszka i Budzik dwa, a miś z misiem był problem, bo albo grał go aktor w kostiumie albo bohater przedstawiany był jako gigantyczna przytulanka - ciężka w animacji - taka to gra formą.

Najistotniejsza jest jednak treść i forma utworu Prześlugi. Autorka mówi o rzeczach trudnych, ale w sposób nie budzący u dziecka niepokoju czy przerażenia. Wykorzystując w tym celu bohaterów naszych codziennych czynności, pozwala nakierować odbiorcę w sposób delikatny i subtelny na problem, z którym prędzej czy później i tak będzie musiał się zmierzyć. Wprowadzenie dziecka w tak poważny temat wykorzystując nowatorski pomysł (tu także zasługa aktorów, w szczególności niezwykle dynamicznej, szalonej a zarazem precyzyjnie wyważonej postaci Budzika, którą grał Jacek Pysiak) bardzo prosta ale też symboliczna scenografia (scena w szpitalu oglądana jest tak jakby z nieba, jakbyśmy byli aniołami - nawiązanie do elementów wiary chrześcijańskiej) i wykorzystanie bardzo zmyślnie skonstruowanego, lekkiego, dziecięcego dialogu, to najważniejsze atuty tego przedstawienia. Dodam jeszcze, że podobnie jak w dwóch wcześniej omawianych spektaklach, dużą zaletą były muzyka wykonywana na żywo, bardzo subtelnie ilustrującą cały spektakl.

Na przeciwległym biegunie myśli inscenizacyjnej znalazły się dwa pozostałe spektakle. Pierwszy z nich to "Na Warmii dawno, dawno temu" Olsztyńskiego Teatru Lalek. Ta autorska adaptacja i reżyseria Zbigniewa Głowackiego, którego zainspirowały baśnie regionalne, spisane przez Marię Zientarę Malewską, miała swoje wady i zalety.

Bezdyskusyjną zaletą tego spektaklu jest chęć zaprezentowania i przypomnienia najmłodszym (zwłaszcza publiczności olsztyńskiej) baśni opartych na legendach związanych z regionem. Każdy region Polski ma takie legendy, choć z tego co pamiętam, w przedszkolu czy szkole podstawowej głównie uczono nas legend związanych z najważniejszymi momentami historii Polski i jej głównymi ośrodkami (legendy o królu Kraku, o Warsie i Sawie, o Wandzie, co nie chciała Niemca), nie pamiętam, żeby uwagę młodych skupiano na historiach regionalnych. Kolejną zaletą jest skromność i minimalizm wykorzystanych środków - trójka aktorów, narratorów-opowiadaczy, skupiona wokół pięknego (oryginalnego) ręcznie rzeźbionego stołu, snuje trzy opowieści o ważnych dla Warmii wydarzeniach, które miały miejsce w okolicach znanych i do dziś odwiedzanych jezior: Łansik, Skandra i Kraśnik. W swoich opowieściach wykorzystują przepiękne, ręcznie rzeźbione, drewniane i zmechanizowane figurki (projekt i wykonanie Ireneusz Salwa) udowadniając równocześnie, że teatr lalek nie potrzebuje wielkich i bogatych dekoracji, a także skomplikowanych mechanicznie, fantastycznych lalek, ale może być opowiadany przy pomocy najprostszych przedmiotów. Warto także podkreślić, że trudno dziś znaleźć w teatrach spektakl, który swoją formą tak silnie nawiązywałby do tradycji teatru opowiadanego.

Niestety na festiwalu ta siła stałą się też wadą, bo ten mały, kameralny spektakl, grany w Olsztynie na niewielkiej sali, z widownią skupioną bardzo blisko sceny, nie sprawdził się do końca w warunkach, które zaproponowali mu organizatorzy. Duża (za duża jak na taki spektakl) widownia Małej Sceny Teatru Dramatycznego spowodowała powstanie silnej bariery pomiędzy twórcami a odbiorcami. Szczególnie szkoda przepięknych lalek, które były za małe do tak dużej przestrzeni i oddalonej publiczności, a więc niewidoczne. Straciły to, co najważniejsze - szczegóły. Ta bariera nie pozostała też bez znaczenia dla gry aktorów. To, co w domowych warunkach oparte było na spokoju i intymnej opowieści oraz budowaniu scen przy użyciu drobnych elementów scenografii i lalek, tu musiało zostać zwielokrotnione, co rozbiło kameralną formę spektaklu. Na to przedstawienie warto wybrać się raz jeszcze do Olsztyna.

I na koniec spektakl, który był dla mnie absolutnym zaskoczeniem - "Złoty Klucz" Jana Ośnicy w reżyserii Janusza Ryl-Krystianowskiego z teatru Banialuka w Bielsku-Białej. Tekst utworu należy do kanonu polskiej dramaturgii teatru lalek, a mimo to jego moralizatorski charakter i ludowy styl powodują, że teatry nie są dla niego łaskawe. Jednak pomysł zagrania spektaklu w czysto lalkowej technice - z wykorzystaniem tzw. lalek nastolnych (dalekich europejskich krewnych bunraku) w oprawie plastycznej nawiązującej do scen mansjonowych - był moim zdaniem najciekawszą prezentacja na mWST. Choć zdanie to nie przyszło ani szybko, ani łatwo.

Widzowie teatru lalek odzwyczaili się już od takiej formy inscenizacji, trudno (a w Warszawie w szczególności) o spektakl, w którym aktorzy-animatorzy schowani byliby w mroku, a na pierwszy plan wysunięte zostałyby lalki. Rzadko można także spotkać utwory tak silnie eksponujące folklor gwary góralskiej. Ludowość tego utworu podkreślała także piękna, ilustracyjna muzyka (prawie filmowa), w której pierwszą partię grały (jak przystało na polskie góry) skrzypce. Dodatkowo ręcznie rzeźbione lalki, swą stylistyka nawiązujące do przydrożnych świątków i mansjnowy podział na karczmę, niebo i fenomenalne piekło, dały efekt piorunujący, choć jak wspomniałem ten spektakl nie wciąga od pierwszej chwili - w ten spektakl się wchodzi powoli lecz niespostrzeżenie, tak, że ostatnia, przepiękna symboliczna scena, w której ludzkie dusze, wzlatujące w niebo, ukazane są jako niekończący się horyzont, złotych kluczyków - przychodzi niespodziewanie i nie chce się wierzyć, że to już koniec.

Janusz Ryl-Krystianowski dokonał cudownego powrotu do tradycji najwspanialszych polskich spektakli lalkowych (jasno pobrzmiewają tu echa "O Zwyrtale muzykancie" Jana Wilkowskiego zarówno w warstwie literackiej jak i plastyczno-inscenizacyjnej). Spektakl opowiada historię Dudy, który z dobrego i pobożnego człowieka, przez omyłkę świętego Piotra (który czasem zstępuje na ziemię), staje się podłym nikczemnikiem, próbującym oszukać nawet Śmierć. Ani w spektaklu ani w tekście nie ma jasnej odpowiedzi, którą drogę w życiu człowiek powinien wybrać (choć oczywiście wyraźnie ukazana jest przewaga zalet dobrych uczynków) na koniec pozostajemy więc sam na sam z problemem moralnego wyboru.

Bezdyskusyjnie, wprowadzenie do Warszawskich Spotkań Teatralnych stałej pozycji repertuaru dla najmłodszych, to wielki sukces poprzednich organizatorów. Tegoroczny wybór pokazał za to jak wszechstronna, prężna i budząca ogromne zainteresowanie jest sztuka teatru lalek. Odbyło się bez sporów i gorzkich dyskusji, publiczność dopisała i co najważniejsze, swą liczną obecnością na spektaklach i na po spektaklowych rozmowach z twórcami, dała do zrozumienia, że wybrane przedstawienia nie tylko się spodobały ale także wzbudziły w widzach chęć pełnego kontaktu z tą dziedzina sztuki, chęć, która po zwykłych spektaklach teatralnych, zazwyczaj nie może być zaspokojona. A przecież żadna z lalek w tych prezentacjach nie była mistrzostwem myśli technicznej lalkarza czy scenografa - wszystkie były niebywale proste (czasem symboliczne), a więc nie chodziło o chęć demistyfikacji magii teatru lalek a o zwykłą potrzebę przedłużenia obcowania w tym cudownym i zaczarowanym świecie.

Karol Suszczyński
Teatr dla Was
9 maja 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia