Mały wielki aktor

Tadeusz Łomnicki - na scenie był perfekcjonistą, geniuszem umiejącym porwać tłumy.

Prywatnie jednak nie zawsze cieszył się taką sympatią – mówiono, że jest zakochanym w sobie potworem i bezdusznym tyranem, który zawsze stawia pracę na pierwszym miejscu. Tadeusz Łomnicki urodził się 93 lata temu, 18 lipca 1927 roku.

- Był aktorem wybitnym, w pełni poświęcającym się pracy
- Choć sławę przyniosła mu rola Małego Rycerza w "Panu Wołodyjowskim", nie krył, że film traktował po macoszemu; to teatr był jego żywiołem
- Żony nazywały go "genialnym potworem"; rozwodził się cztery razy, bo małżonki miały dość jego wybuchowego charakteru i tego, że pracę stawiał zawsze na pierwszym miejscu.
- Boleśnie przeżył romans z partnerką z planu Magdaleną Zawadzką, która odeszła do jego największego rywala
- Na początku lat 80. za swoje przekonania polityczne został skazany na ostracyzm i pozbawiony pracy; upokorzony, opuszczony przez przyjaciół, bał się, że nie dane mu będzie wrócić na scenę
- Zmarł, tak jak marzył, w teatrze, wcielając się w swoją wymarzoną rolę - króla Leara

Koledzy po fachu nazywali go aktorem wybitnym i wielu przyznawało, że to właśnie od Łomnickiego uczyli się zawodu, podpatrując go na scenie czy ekranie. Swoją pracę traktował śmiertelnie poważnie (choć, według legendy, aktorem został przez przypadek – chciał zapisać się na kurs dramatopisarstwa, ale pomylił drzwi); bez wahania wytykał reżyserom ich niekompetencję, przywoływał do porządku innych artystów i wściekał się, gdy ekipa nie wypełniała powierzonych im obowiązków.

Genialny potwór
"Był pracoholikiem, niesłychanym perfekcjonistą. Tyle, ile wymagał od siebie, tyle też wymagał od innych" - wspominała w "Głosie Wielkopolskim" jego siostra. Gdy zbliżała się premiera, dla Łomnickiego nie liczyło się nic prócz teatru. Zespalał się ze swoim bohaterem psychicznie i fizycznie, całkowicie podporządkowywał się roli. Niektórzy sądzili, że Łomnicki tak bardzo próbował stworzyć swoją lepszą wersję, postać, w którą uwierzyliby zarówno widzowie, jak i on sam, że zupełnie się zatracił. "Boję się o siebie – zanotował w swoim dzienniku. – Włodek powiedział, że teatr doprowadzi mnie do szaleństwa. Ja zaś twierdzę, że mnie wyniesie ponad...".

Zakochany w sobie, przekonany o własnym talencie, któregoś razu, patrząc zza kurtyny na publiczność, wyszeptał: "Zazdroszczę im, że będą mogli mnie oglądać". Gdy jeden z jego studentów nazwał go "mistrzem", Łomnicki wypalił: "Jaki mistrzu? Mów do mnie: Boże!". Zapewniał jednak, że nie jest zarozumiały, twierdził, że po prostu nie pozwala na niesłuszną ocenę swych osiągnięć. Jednocześnie toczył walkę z licznymi kompleksami, był swoim największym krytykiem i wciąż uważał, że nie jest wystarczająco dobry. "Wydawało mi się, że zawsze był z siebie niezadowolony. Był blondynem, chciał być brunetem; miał niebieskie oczy, chciał mieć czarne. Męczył się ze sobą, nie lubił siebie i to musiało jakoś zaważyć na jego życiu", przytacza słowa Ireny Łomnickiej, byłej żony aktora, Sławomir Koper w książce "Gwiazdy kina PRL".

 

Być może dlatego nie znosił oglądać się na ekranie; uważał, że film to rozrywka uboga, nieumywająca się nawet do teatru. "Ubolewał nad tym, że kamera ma »tylko jedno oko«. I ze szczególnym upodobaniem cytował zdanie Kazimierza Wierzyńskiego, że film to »najciemniejsze zbiegowisko głupoty«. Nie przepadał za filmem. Wciąż w nim grał, ale za nim nie przepadał" - mówiła jego żona Maria Bojarska. To właśnie na scenie czuł się dobrze, występowanie stało się jego żywiołem, a entuzjastyczny aplauz publiczności dodawał mu sił. Dzięki pracy odreagowywał wszelkie niepowodzenia, w które obfitowało jego życie osobiste. W teatrze szukał ukojenia i zapomnienia; później niejednokrotnie przyznawał, że aktorstwo było dla niego najważniejsze i żadna kobieta nie potrafiła tego zmienić.

Złamane serca
A kobiet było w życiu Łomnickiego wiele. Z pierwszą żoną, tancerką, miał syna Jacka – ich związek zakończył się równie szybko, jak się zaczął. W 1953 roku, gdy grał w "Pokoleniu" Andrzeja Wajdy, poznał Irenę, praktykantkę pracującą w wytwórni filmowej przy realizacji dźwięku. Od razu zaprosił ją na kolację, ale dziewczyna zbyła go jakąś wymówką. Niezrażony aktor zawołał tylko w odpowiedzi, że i tak się z nią ożeni. I faktycznie – rok później poprowadził ją do ołtarza. Przez jakiś czas wiedli całkiem szczęśliwe życie; Irena wspierała męża w jego artystycznych dążeniach, zajmowała się domem i codziennymi sprawami, a Łomnicki mógł się realizować artystycznie. Wreszcie jednak czara goryczy się przelała – kobieta miała dość nieustannych kłótni i nieprzewidywalnego charakteru małżonka, tęskniła za spokojem i stabilizacją. Po siedmiu latach związku zdecydowali się na rozwód.

Aktor niedługo pozostawał samotny i wkrótce poślubił Teresę Sobańską, asystentkę reżysera radiowego. "Trzeba było się nim zachwycać, inaczej zamykał się w sobie, wściekły trzaskał drzwiami. Potem się nauczyłam, że jeśli chcę mu zwrócić uwagę, to muszę go najpierw przez dwadzieścia minut chwalić" - opowiadała jego była małżonka. Rozwód powitała z westchnieniem ulgi. Potem serce złamała mu partnerka z planu "Pana Wołodyjowskiego", Magdalena Zawadzka, która zakończyła romans, porzucając Łomnickiego dla jego największego zawodowego rywala, Gustawa Holoubka. Zawarte pospiesznie czwarte małżeństwo aktora również nie należało do udanych.

 

Marię Bojarską, znacznie od niego młodszą studentkę warszawskiej szkoły teatralnej, w której był rektorem, poślubił w 1984 roku; tym razem decyzja została dokładnie przemyślana i podjęta dopiero po dziesięciu wspólnie spędzonych latach. Bojarska zgodziła się przyjąć rolę dbającej o dom i męża żony, jednak zapewniała, że choć parę razy myślała o rozwodzie, tak naprawdę nie wyobrażała sobie życia bez Łomnickiego. "Owszem, zrezygnowałam z kariery zawodowej, ale coś wzięłam w zamian. To nie jest tak, że ja, biedna, tylko dawałam. Z całą świadomością zostałam żoną artysty zajętego sobą, swoją twórczością, który nie chciał mieć dzidziusia, nie chciał moich przyjaciół, potrzebował tylko mnie – mówiła w wywiadzie dla »Przeglądu«. – Myślę, że wniosłam w świat Tadeusza pewien porządek, który porządkuje hierarchie. Ale zrozumiałam też, że temu teatrowi trzeba wszystko poświecić; nawet gdyby się miało dorobić opinii maniaka i potwora. Bo tylko dzięki takiemu oddaniu teatr żyje".

Bolesne upokorzenie
Była przy nim w najtrudniejszych chwilach, kiedy inni odwrócili się od niego. W 1981 roku Łomnicki, należący do partii i niekryjący się ze swoimi politycznymi przekonaniami, został odsądzony od czci i wiary. "Wywieziono go niemalże na taczce. Odwrócili się od niego wszyscy. Mówił: »Ci, którym tyle pomogłem, na zebraniach na mnie pluli«. Był strasznie rozbity i samotny..." - wspominał Emilian Kamiński w rozmowie z "Super Expressem". On sam próbował znaleźć jasne strony tej sytuacji, uważał, że te dramatyczne wydarzenia pozwoliły mu udoskonalić warsztat. "Tadeusz lubił w tym czasie powtarzać za swoim przyjacielem Stasiem Dygatem, że nie żałuje niczego – opowiadała Bojarska. – »Ja, mój drogi, niczego nie żałuję – ani tego, że wstąpiłem do partii, ani tego, że z niej wystąpiłem!«. I tak było naprawdę. Ośmieszył się, poniżył, upokorzył, boleśnie sparzył – ale zebrał bezcenny kapitał jako aktor. Wiedział już, jak to jest".

Niewielu wytrwało u jego boku – ale ci, którzy zostali, okazali się wiernymi przyjaciółmi. Roman Polański, słysząc o problemach z sercem Łomnickiego, sfinansował mu operację w Londynie. Andrzej Łapicki, jako jeden z nielicznych, odwiedzał aktora, gdy ten leżał chory w szpitalu. Naturalnie cała ta nagonka i spowodowana problemami zdrowotnymi przerwa w pracy nie wyszły mu na dobre i odcisnęły swoje piętno na jego karierze. "Nie było tak wielkiego aktora po wojnie, a on jeździł po Polsce i prosił, by dali mu zagrać!" - mówił rozgoryczony Kamiński.

Pęknięte serce
Na początku lat 90. spełniło się jedno z jego największych pragnień – w poznańskim Teatrze Nowym powierzono mu rolę króla Leara. Nie posiadał się ze szczęścia i w pracę nad spektaklem włożył całe serce, ćwicząc długimi godzinami i nie zwracając uwagi na niepokojących się o jego zdrowie bliskich.

22 lutego 1992 roku Łomnicki zjawił się na próbie – tym razem z żoną, która zajęła miejsce na widowni. Po scenie, w której obłąkany Lear rozmawia z Gloucesterem, aktor, uciekając swoim prześladowcom, miał zniknąć ze sceny, by przygotować się do kolejnego aktu. "Więc jakieś życie świta przede mną, więc łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem", rzucił na pożegnanie. Za kulisami usiadł w fotelu, by zaczerpnąć tchu. "Nagle zaczął bardzo wolno, jak w zwolnionym filmie, pochylać na tym fotelu, złapał za pęk szprajs [tyczek], a one upadły na podłogę z hukiem. Twarzą upadł na scenę, nie ruszał się. Lubił dowcipkować, przez chwilę myśleliśmy że to kolejny gag – opowiadała inspicjentka Dorota Kuczyńska-Standełło w »Głosie Wielkopolskim«. – Stałam za moim mężem, Wojtkiem Standełło, który też grał w tym spektaklu. Patrzyliśmy już z daleka na Łomnickiego i w pewnym momencie mąż odwrócił się do mnie i powiedział: »On nie żyje«".

"Umarł tak jak marzył, na scenie – pisała Krystyna Janda na swojej stronie internetowej. – Umarł tak, że jak opowiadają lekarze z pogotowia, które tu zostało wezwane, nie było żadnej nadziei – serce rozpadło się na kawałki, rozdarło, pękło na pół. Umarł. Powstała legenda".

Sonia Miniewicz
Onet.Kultura
18 lipca 2020

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia