Mały wielki Mój Teatr

"Randka w ciemno" - reż. Marek Zgaiński - Mój Teatr w Poznaniu

Z natłoku codzienności i wrzawy ulicy można zrządzeniem „przypadku" trafić na jedno z poznańskich podwórek, które w pewien magiczny sposób kamufluje świątynię Talii i tylko uważnemu obserwatorowi lub też wytrwałemu poszukiwaczowi odsłania swoje tajemnice.

Czarna dłoń na białej tabliczce, będąca jedynym drogowskazem, informuje, gdzie skierować kroki, by wpaść w oderwaną od rzeczywistości przestrzeń pełną kontrastów. Ciemna scena stoi w kompanii z widownią, na której czarne rozkładane krzesła prężą swoje nogi w równych rzędach szachownicy. Na jednej ze ścian, w ramkach różnorodnych klimatów wiszą wycinki z gazet, plakat, akwarele i pędzel. Lśni w pudełku lalka Barbie, a obok stoi na straży spokojny pistolet. Głośniki lekko wydychają gitarowe songi, widownia mruczy szeptem kilku osób. Z boku za kotarą czai się drabina, a zza sceny słychać rozgrzewkę artystów. Atmosfera bliskości i współtworzenia kolejnych momentów spektaklu osiada na ramionach. Spokojny, cichy gong wybija tylko jedno uderzenie. Kto miał przyjść, już zajął swoje miejsce i z ekscytacją godną dziecka oczekuje co też zaraz wydarzy się w tym jakże nietypowym miejscu.

Gaśnie piwniczne światło, zapala się prosty reflektor skierowany na stół, dwa krzesła, filiżanki, cukierniczkę i domową rutynę, którą dopełniają białe talerze. Iluzja zupy natychmiast przywołuje na myśl teatr z pogrzebacza i miski, gdzie całość zależy tak od aktorów oraz widzów, jak i od ich wyobraźni. Robi się coraz bardziej przytulnie. Napięcie rośnie w miarę milczenia aktorów. Każdy ich najmniejszy gest jest doskonale widoczny, każde poruszenie dokładnie zanalizowane przez czujną, ale i otwartą publiczność. Najciekawszym w tym domowym teatrze jest sposób, w jaki pojawia się muzyka. Za plecami skupionych widzów stoi laptop, a przy nim deliberuje myszka. Jej kliknięcia zapowiadają pojawienie się melodii, która plącze się zmysłowością z ustami aktorów. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że owe kliknięcia niszczą całą nabudowaną atmosferę, magię momentu. Ta myszka wtrąca się XXI wiekiem na scenę, której daleko jest od naszej współczesności. Z jednej strony to trochę przeszkadza, a z drugiej wskazuje jednak na prostotę i domowy charakter spektaklu.

Ona i on - Katarzyna Węglicka i Tadeusz Falana. W spektaklu Marka Zgaińskiego chwilą milczenia przechodzą od sprzeczki przy obiedzie do „pierwszej" – poleconej przez psychoterapeutę – randki, by zaraz później znów na siebie krzyczeć. Gdzieś między wierszami pojawia się brutalna prawda, do której nikt nigdy się nie przyzna: że może nie zawsze mam rację, że też nie jestem ideałem. A kiedy taka myśl pojawi się w głowie, usta wykrzywiają się w podkówkę i żona już tworzy milion potworności, tylko po to, by winę oddalić od siebie. I bywa to komiczne, ale też niekiedy trochę męczy, gdy któryś raz z kolei aktorka reaguje tym samym wyrazem niezadowolenia na każdą sytuację. Bardzo melodyjny głos więźnie czasami w krtani, zwłaszcza podczas krzyków. Cała furia bohaterki ginie gdzieś w gardle, jest nieprawdziwa, bo ciało przeczy temu, co wypowiadają słowa, gesty nie potwierdzają zarzutów płynących z ust. Szkoda jednak, że taki żywy teatr, jakim bez wątpienia jest Mój Teatr nie wymaga od siebie budowania psychologicznej głębi postaci. Swoją bezpretensjonalnością tworzy istną metafizykę, którą czerpie się garściami do kieszonek marynarki, żeby później spijać jej słodki czar w biurze szarej codzienności. Do pozostających w pamięci zalicza się także głos Tadeusza Falana, który nie tylko szasta i chlasta niebywałą dykcją, ale także przywodzi na myśl intymność i zaufanie.

„Randka w ciemno" może przytrafić się zarówno młodym gorliwym sercom szukającym szczęścia, jak i małżeństwu z dwudziestoletnim stażem, które pod kołdrą udawanej sytuacji spotkania z nieznajomym wyrzuca swoje złości, smutki i pretensje. Jedno udowadnia drugiemu, że nie słuchają się wzajemnie, nie zwracają uwagi na swoje pragnienia i potrzeby. Znają swoje schematy jak ścieżkę do domu, swoje zewnętrzne twarze jak „Słoneczniki" van Gogha, stałe wymówki i argumenty jak pacierz klepany za karę. Spektakl zatacza koło, zaczynając i kończąc się tymi samymi frazami, przeskakującymi z ust do ust - niezauważenie zmieniającymi adresata. Jest lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze, jednak nie pozbawiony głębszego sensu. Gdzieś pomiędzy żarcikiem chwili i psikusem gestu przewija się naga prawda o tym, że łatwiej jest ściągnąć ubrania i pójść do łóżka na „szybki seks z nieznajomym", niż odsłonić swoje najbardziej wewnętrzne obszary duszy i uczuć.

Mój Teatr to w jakiś sposób podróż do innych czasów. To miejsce, w którym można złapać radosny oddech zapomnienia. Gdzie elektroniczno-medialna otoczka bajerująca nowoczesnością jest całkowicie zbędna i nikomu niepotrzebna. To przestrzeń spełniająca pewien rodzaj teatralnej utopii, gdzie przyjaciele wpadają z niezapowiedzianą wizytą, a wszędzie panoszy się klimat domowej atmosfery. To miejsce, w którym tak niewiele potrzeba, by zadziały się cuda.

 

Daria Bełch
Dziennik Teatralny Poznań
14 czerwca 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia