Mam ochotę na woltę

rozmowa z Andrzejem Pieczyńskim

- Mam ochotę na woltę, bo jestem już blisko miejsca, w którym chcę być. Skłaniam się ostatnio ku pisaniu i ten świat bardzo mnie wciąga, bo to jest... czysty świat. Zapewne zmienię proporcje. Mniej będę grał - mówi Andrzej Pieczyński, aktor Teatru Syrena w Warszawie

Gra pan w karty?

Nie gram i właściwie nigdy nie grałem, ale wiem, skąd to pytanie; z filmu "Wielki Szu" wyniosłem pewne umiejętności, ale traktowałem to jak zabawę, żartobliwie. Nigdy bym się nie porwał na profesjonalne granie w karty. To nie dla mnie.

Gra pan jednak profesjonalnie na scenie i w filmach.

Ale dopiero teraz, po ponad trzydziestu latach, mogę powiedzieć, że coś umiem w tym zawodzie. Wiem, jak się pracuje, jakie narzędzia mam do dyspozycji i jak się dobrać do warstwy merytorycznej tekstu.

Rzucił pan szkołę teatralną już po jednym semestrze. Młodzi ludzie marzą, by się do niej dostać, a pan ją zostawił. Dlaczego?

To był szlachetny odruch, bo byłem wtedy młodym, zbuntowanym człowiekiem. Miałem wrażenie, że szkoła niewiele mi da. Z drugiej strony, miałem wtedy bardzo dużo propozycji grania w filmach, także zagranicznych i z tego korzystałem. Pewnie i tak wszedłbym w konflikt ze szkołą z tego powodu.

Brak dyplomu aktorskiego nie przeszkodził jednak w otrzymaniu etatu w Teatrze Narodowym, prowadzonym wówczas przez Adama Hanuszkiewicza.

Nie przeszkodził. Dyplom zrobiłem eksternistycznie później. Ale zanim to się stało, wyleciałem z teatru za to, że po wprowadzeniu stanu wojennego stałem po niewłaściwej stronie. Odmówiłem podpisania deklaracji lojalności i zwolniono mnie na podstawie jakiegoś nieprzyjemnego paragrafu.

Został pan bez pracy?

Bez pracy w Warszawie. Na szczęście znałem już wówczas reżysera Jerzego Gruzę, u którego zagrałem rolę w zjechanym przez krytykę filmie "Noc poślubna w biały dzień". Ja wcale nie uważałem i nie uważam, że to zły film. W każdym razie Gruza zaproponował mi wtedy pracę w obejmowanym przez siebie Teatrze Muzycznym w Gdyni. Bawiło mnie to wtedy, że mam romans z taką trochę podkasaną muzą, ale to był rewelacyjny okres w moim życiu zawodowym. Na przedstawieniach były komplety, ludzie zabiegali o bilety, odnosiliśmy sukcesy, a ze spektaklem "Jesus Chris Superstar" wyjechaliśmy na duże tournee, podczas którego wystąpiliśmy nawet na Broadwayu.

Na Wybrzeżu spędził pan blisko dwadzieścia lat zawodowej kariery, a mimo to nazywa pan ten czas wygnaniem.

Jak wspomniałem, zawodowo było świetnie. Grałem, reżyserowałem, otrzymywałem nagrody, dostałem nawet do, nazwijmy to, swojej dyspozycji i pomysłów małą scenę. Ale to nie było moje miejsce na ziemi, nawet miejsce kulturowe. To było dla mnie ważne miejsce, ale jednocześnie trudne. Nie stało się tam dla mnie nic istotnego. Jednak z dużą przyjemnością tam wracam, na dwa, trzy dni.

Przez kilka lat żył pan i mieszkał w Niemczech. Z wyboru?

Tak. Mój kontakt z Niemcami zaczął się od reżysera Helmuta Kajzara, który otrzymał tam stypendium, a ja przez jakiś czas mieszkałem w jego pustym mieszkaniu. Po dziesięciu latach zostałem zaproszony do Berlina, by poprowadzić warsztaty. Miało to trwać trzy miesiące, a trwało trzy lata. Bo wręcz z marszu kolega Czech, który wspólnie z Henrykiem Baranowskim założył tam szkołę teatralną, uparł się, bym poprowadził zajęcia aktorskie i to od razu trzy roczniki. Uczyłem się intensywnie niemieckiego z kaset i prowadziłem zajęcia, czasami po dwadzieścia godzin na dobę. Intensywny, bogaty czas. Już po kilku miesiącach dość dobrze posługiwałem się niemieckim, a potem ten język mnie wręcz zafascynował. Jest tak różny od naszego. Świetnie oddaje nastroje, barwy, literacki klimat.

Teraz jest pan etatowym aktorem warszawskiego teatru Syrena, mieszka pan w Pobiedziskach pod Poznaniem, grywa w fabułach i serialach, reżyseruje, prowadzi warsztaty. Nie za dużo tego naraz?

Takie życie wybrałem i nie żałuję. Zawsze się dużo ruszałem, lubię, jak coś się dzieje, ale niekoniecznie przekłada się na ekonomię.

To znaczy, że nie goni pan za pieniędzmi?

Oczywiście, zarabiam pieniądze, ale nigdy nie były one podstawą mojego życia. Gdy w jakichś przedsięwzięciach, w których miałem brać udział, pachniało wyłącznie mamoną, to przecinałem tory i znikałem. Na kasę jestem jakoś zaimpregnowany. Jest potrzebna, ale nie jest moim celem.

Czy w trakcie swojej zawodowej kariery trafił pan kiedyś do Szczecina?

W Teatrze Polskim za czasów dyrekcji Zbigniewa Wilkońskiego przygotowywałem tam z kolegą z Niemiec musical. Trwały już nawet próby, ale trzeba je było przerwać z jakichś... ezoterycznych powodów. Zanosiło się na współpracę Berlina ze Szczecinem, ale nie wyszło. Kolejny kontakt miałem kilka miesięcy temu, gdy w Policach, w tamtejszym domu kultury prowadziłem zajęcia warsztatowe z uczestnikami znakomitego festiwalu pn. "Teatralna elipsa kreatywności". Poznałem tam świetnych ludzi. Z niektórymi do tej pory koresponduję i utrzymuję ciekawe kontakty.

Nie ma pan ochoty zwolnić?

Ja chyba bardzo długo dojrzewałem. I, nie ukrywam, mam ochotę na woltę, bo jestem już blisko miejsca, w którym chcę być. Skłaniam się ostatnio ku pisaniu i ten świat bardzo mnie wciąga, bo to jest... czysty świat. Zapewne zmienię proporcje. Mniej będę grał.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Marek Osajda
Kurier Szczecinski
26 września 2011
Portrety
Magda Fertacz

Książka tygodnia

Teatr plastycznej metafory. Scenografie Jadwigi Mydlarskiej-Kowal
Muzeum Śląskie
Redakcja: Sylwia Ryś, Elżbieta Spadzińska-Żak

Trailer tygodnia