Mamy do siebie duże zaufanie

Rozmowa z Joanną Żółkowską i Pauliną Holtz

Kiedyś Paulina zapytała mnie, czy o wszystkim trzeba mówić rodzicom. Ja mówię: nie, bo każdy człowiek ma prawo mieć swoją intymną sferę, do której nie chce nikogo wpuszczać. To jest bardzo ważne, bo ta intymność też buduje człowieka. Zresztą zanim zdążyłam się zorientować, Paulina wszystko już wiedziała od koleżanek albo od taty.

Matka i córka, Joanna Żółkowska i Paulina Holtz. Łączy je nie tylko talent aktorski, ale przede wszystkim zaufanie i... poczucie humoru. Paulina przychodzi pierwsza. Chce jeszcze przejrzeć jakieś ważne dokumenty. Zapracowana, radosna, tryska energią. Po chwili pojawia się pani Joanna. W czerwonym płaszczu i czerwonym kapeluszu wygląda obłędnie. Zwraca na siebie uwagę wszystkich. Bije od niej energia. Spotkanie z nimi to zawsze ogromna przyjemność.

K: Wasza relacja nie jest typowa. Mam wrażenie, że bardziej jesteście przyjaciółkami.

Paulina: Jesteśmy parą trochę dziwnowatą (śmiech).

Joanna: Nie wiem, wydaje się, że nie. Paulina: Też uważam, że jesteśmy normalne, ale ludzie nie wierzą, że można mieć takie relacje z rodzicem. Kiedy gramy spektakl "Po co są matki" [,a zdjęciu] w Teatrze Polonia, często za kulisy przychodzą córki albo córki z matkami i mówią: "To niewiarygodne, że możecie razem pracować! Ja bym tego nie wytrzymała". Mam wrażenie, że mało którym kobietom udaje się zbudować w dorosłym życiu bezproblemową relację mama-córka.

ŚK: To jak Wam się udaje? Nawet zwracacie się do siebie po imieniu.

Joanna: To akurat nic nie znaczy Najważniejszy jest szacunek. I to w obie strony.

ŚK: Kiedy przeszłyście na ty?

Paulina: Na początku zwracałam się po imieniu do mojego taty.

Joanna: No właśnie, dlaczego mówiłaś do niego po imieniu?

Paulina: Chyba dlatego, że dużo czasu spędzałam z Witkiem w gronie jego dorosłych znajomych. Lubiłam to zresztą.

Wszyscy mówili do taty: Witek, Witek..., więc i ja zaczęłam tak się zwracać. A potem dla równowagi również do mamy. Ale bardzo często mówię też "mamo". I myślę, że im jestem starsza, tym częściej mi się to zdarza.

ŚK: Dom, w którym się wychowałaś, też nie był zwyczajnym domem - mama aktorka, tata reżyser...

Paulina: Długo wydawało mi się, że tak wygląda życie. Pamiętam dom w ciągłym ruchu. Wciąż ktoś do nas przychodził, my wciąż gdzieś bywaliśmy Długo wydawało mi się, że niema innego zawodu niż aktor czy reżyser.

Joanna: Gdy byłaś mała, siedziałaś ze mną w teatralnej garderobie. Zapytałam, kim chcesz być w życiu. A ty na to: "A jakie są inne zawody niż aktorka?"

ŚK: I nigdy nie marzyłaś, żeby mieć dom jak Twoje koleżanki? Mamę, która wraca o trzeciej do domu, gotuje obiad...

Paulina: Nie znałam takiego życia, więc za nim nie tęskniłam. A poza tym od tej codzienności był tata. Nawet nie za bardzo lubiłam, jak mi mama czytała bajki na dobranoc.

Joanna: Kiedyś zaczęłam jej czytać, a ona mówi: "Czytaj normalnie, bez postaciowania". Wolała, jak czyta tata. Pamiętam też, jak nagle zabolała ją noga. "Ojej, pokaż gdzie" - zainteresowałam się. "Nie, zawołaj tatę, to dla ciebie za poważna sprawa" - odpowiedziała. Miała chyba osiem lat. Ale tak naprawdę od tych najpoważniejszych spraw byłam ja, tata był od zabawy.

Paulina: (śmiech) Nigdy nie było wiadomo, czy trafię do szkoły, czy do kawiarni, by spotykać się ze znajomymi.

Joanna: Musiałam wprowadzać dyscyplinę.

Paulina: Tata rzeczywiście był bardzo liberalny. Gdy przynosiłam w dzienniczku uwagę: "Paulina rozmawiała na lekcji" podpisywał: "Co mnie to obchodzi?" albo "Przyjąłem do wiadomości".

ŚK: I nigdy Cię nie skrzyczał?

Paulina: Nie pamiętam żadnego krzyku z domu. Raz tylko Witek gonił mnie po mieszkaniu i dał mi w tyłek, bo spóźniłam się godzinę, a była zasada, że się nie spóźniamy. Mieszkaliśmy na Targówku, a tam spóźnienie mogło oznaczać, że ktoś cię wciągnął do piwnicy i już cię nie ma. Po tym klapie nie odzywałam się do niego przez tydzień. To się więcej nie powtórzyło.

ŚK: Miała Pani z córką krzyż pański?

Joanna: Tak bym może nie powiedziała. Dzieci dzielą się na takie, które trzeba popychać, i takie, które trudno jest złapać. I Paulinka należała do tej drugiej grupy. Trzeba było być czujnym, mieć oczy dookoła głowy. Ale pamiętam też, jak kiedyś wracałam po próbie do domu, Paulinka siedziała w piaskownicy, miała ze trzy lata, była najmniejsza z dzieci i mówiła, co inne dzieci mają robić, jak i kiedy. Pomyślałam: "Nie mam co się o nią martwić, ta dziewczynka na pewno da sobie radę w życiu". Uspokoiłam się, że nie da zrobić sobie krzywdy.

ŚK: Co wzięłaś od każdego z rodziców?

Paulina: Kierowniczką piaskownicy zostałam może trochę po tacie. Przez lata był drugim reżyserem, musiał ogarnąć cały plan, doskonale przydawało mu się to, że był zadaniowy. Ja też taka jestem. Pozwala mi to robić dużo rzeczy naraz, właśnie dlatego, że odhaczam zadania.

ŚK: A co masz po mamie, oprócz talentu?

Paulina: Dziękuję! To duży komplement. Myślę, że dystans do rzeczywistości, poczucie humoru i pewien rodzaj uporu. Kiedyś miałam słomiany zapał, a dziś jestem podobna do Joasi - nie chce mi się tracić czasu na rzeczy, których nie skończę.

ŚK: Z kim rozmawiałaś o ważnych sprawach: pierwszy pocałunek, pierwszy chłopak, pierwszy seks...?

Paulina: Dużo rozmawiałam o takich męsko-damskich problemach z tatą. Joanna: Kiedyś Paulina zapytała mnie, czy o wszystkim trzeba mówić rodzicom. Ja mówię: nie, bo każdy człowiek ma prawo mieć swoją intymną sferę, do której nie chce nikogo wpuszczać. To jest bardzo ważne, bo ta intymność też buduje człowieka. Zresztą zanim zdążyłam się zorientować, Paulina wszystko już wiedziała od koleżanek albo od taty.

Paulina: Mówił na przykład: nigdy nie rób facetowi niespodzianki i nie przyjeżdżaj do niego znienacka. Wzięłam tę radę do serca. To zapewne oszczędziło mi wielu rozczarowań (śmiech).

ŚK: A mama jaką Ci dała "złotą radę"

Joanna: Moja życiowa maksyma brzmi: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. To może głupio brzmi, ale pozwala nie zamartwiać się rzeczami, które się przytrafiają, tylko patrzeć do przodu. Bardziej poetycko ujął to ks. Twardowski, pisząc: "Nie ma sytuacji bez wyjścia, kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno"

Paulina: Ilekroć coś nie wychodziło mi w życiu, Joasia mówiła, żeby się nie zamartwiać, bo wydarzyło się to po coś. I rzeczywiście, w ostatecznym rozrachunku zawsze okazywało się, że wychodziło mi na dobre. Dlatego nie tracę energii na martwienie się, tylko podejmuję walkę. Myślę: Nie wyszło? Trudno. Włożę energię w coś innego i może wyjdzie coś dużo fajniejszego.

ŚK: Rodzice rozstali się, gdy miałaś 13 lat To zaważyło na Twoim poczuciu szczęścia czy bezpieczeństwa?

Paulina: Na pewno był to moment zawirowania, ale bardzo szybko życie zaczęło wyglądać normalnie, poza tym, że rodzice ze sobą nie mieszkali. Nigdy nie było narastającego konfliktu, walki, robienia sobie przykrości, posługiwania się mną do załatwiania spraw między sobą - to wszystko było poza mną.

ŚK: Pani Joasiu, trudno powiedzieć 13-latce: rozstajemy się?

Joanna: Bardzo, bardzo. To są najtrudniejsze decyzje, jakie rodzice mają do podjęcia, jeżeli im się tak zdarza. Rozstania zawsze są bolesne i powinny być ostatecznością. Bo jest to jednak klęska, a nie zwycięstwo. Jednak również jestem przekonana, że nie warto za wszelką cenę utrzymywać związku. Nam najbardziej zależało na tym, żeby ona przeszła przez to czystą nogą. Powiedzieliśmy Paulinie, że to niczego nie zmienia w naszym stosunku do niej, że ją kochamy tak, jak kochaliśmy, że to nie ma w ogóle z nią nic wspólnego. To nam się coś nie udało.

ŚK: Potrafiłaś to zrozumieć i uwierzyć, że nic się nie zmieni?

Joanna: Musiała mieć dowody i dostała je bardzo szybko.

Paulina: Bardzo szybko zaczęliśmy spędzać wspólnie czas, wszystkie święta. Mieszkałam z mamą, ale z tatą spędzałam tyle samo czasu co dawniej. Spędzaliśmy czas po lekcjach, przed lekcjami, chodziliśmy na lody, do galerii, robiliśmy dokładnie to samo co wcześniej.

ŚK: Łatwo pozwolić dziecku na własną drogę?

Joanna: Wyłącznie o to trzeba się starać! Oczywiście czuwać, ale trzymać na bardzo długiej smyczy i pomóc tylko wtedy, kiedy tego potrzebuje. I tak postępowałam z Paulina: proszę bardzo, chcesz, to idź.

Paulina: Ale też Joasia potrafiła mi bardzo obrazowo przedstawić konsekwencje różnych moich decyzji. Jak miałam z 15 lat i chciałam iść na całonocną imprezę do znajomych, powiedziała: "Proszę bardzo, jak chcesz iść na imprezę na całą noc, obudzić się w śmierdzącym łóżku, nie swoim, gdzie się podłoga lepi i śmierdzi papierosami, to zapraszam. Ale wydaje mi się, że fajniej jest wrócić do domu i obudzić się we własnym łóżku". I pewnie raz czy dwa wylądowałam gdzieś nad ranem na imprezie, ale bardzo szybko się przekonałam, że Joasia miała rację. Joanna: Czasami dzwoniłam do pana taksówkarza i mówiłam: "Proszę jechać tu i tu i przywieźć moje dziecko do domu". I on tam wchodził, i mówił: Paulina Holtz? I zabierał ją z imprezy

ŚK: Buntowałaś się?

Paulina: Kiedyś uciekłam z domu, ale nikt tego nie zauważył. Może dlatego, że wróciłam o tej, o której miałam wrócić. Kiedy masz pewną bazę - nie spóźniasz się, nie zawodzisz, rodzice mają do ciebie zaufanie, nie kontrolują cię - nawet nie przyjdzie ci do głowy, że mogłabyś nawalić. Tak dziś wychowuję swoje córki.

ŚK: Kłócicie się czasem?

Paulina: Czasem nadymam się, że Joaśka bez przerwy swoją kwokowatością mnie zadręcza, zadaje mi setki pytań, kiedy nie mam czasu nawet pomyśleć nad jednym. Wtedy potrafię fuknąć, że nie mam czasu. Joanna: Albo o to, że nie odbiera moich telefonów...

Paulina: Bo czasem mam w zębach psa, jedno dziecko płacze, drugie coś do mnie mówi, w rękach niosę zakupy i wtedy dzwoni Joasia...

ŚK: Nie jest Pani babcią, która smaży wnuczkom naleśniki?

Joanna: Kiedy się urodziły, dużo pracowałam. Teraz też nie brakuje mi zajęć. Jestem babcią z doskoku. Nie bardzo umiem się bawić, ale bardzo lubię z nimi rozmawiać. Pięknie składają zdania i używają takich wyniosłych słów: przecież, azaliż, wszak.

Paulina: No nie! Azaliż i wszak to nie mówią.

Joanna: Ale mówią ładnymi zdaniami. I są dowcipne.

ŚK: Poszły w kobiety z Waszego babskiego rodu.

Joanna: Niedawno dzwoniłam do Marcysi, młodszej, żeby się dowiedzieć... Paulina: Marcepan jest jedyną osobą w rodzinie, która zawsze odbiera telefon. Joanna: Wszyscy do niej dzwonią, żeby się dowiedzieć, co słychać. Był późny wieczór, po spektaklu, następnego dnia -miałam przyjść na ich występy.

Nie byłam pewna, o której godzinie. Marcysia odbiera, więc pytam rezolutnie: Śpisz? A ona na to: Tak i mówię przez sen (śmiech).

ŚK: Dziewczyny, jak udało się Wam stworzyć taką fajną relację? Paulina: Myślę, że dlatego, że moja mama jest osobą, której do głowy by nie przyszło, żeby na przykład przeczytać mój pamiętnik. U nas w domu nie było mowy, żeby czytać cudzy list, zajrzeć komuś do torby. Nasza relacja zawsze była oparta na zaufaniu i szacunku. Bardzo szybko byłam też "odpępowiona", ale z poczuciem, że zawsze mam po drugiej stronie bezwarunkową miłość, akceptację, wierność i oddanie. Joanna: Ważny jest też brak roszczeniowości, oczekiwań.

Paulina: I trzeba się lubić takimi, jakimi jesteśmy. A my się lubimy Dlatego też lubimy spędzać ze sobą czas.

Beata Biały
Świat Kobiety
5 maja 2018

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia