Manewry i pot

"Król Edyp" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Próba analizy „Króla Edypa" w reżyserii Jana Klaty skazana jest na porażkę. Recenzent rozkłada ręce, po czym z konsternacją wraca do pisania.

Spektakl promowany jest jako awangardowa opera, co więcej - wykonana przez aktorów, którzy nie są wykwalifikowanymi śpiewakami. Na stronie Narodowego Starego Teatru można przeczytać: „Wierzymy, iż projekt, adresowany do współczesnej – postdramatycznej i postmodernistycznej widowni – stanowić będzie rodzaj mostu między dziełami kultury wysokiej a młodym odbiorcą kultury". Przyznam szczerze, że opis ten jako reklama intryguje i zachęca do przekonania się o wartości widowiska na własne oczy. Kiedy jednak na scenie pojawia się Krzysztof Stawowy, w pocie czoła gnąc się i karykaturalnie gestykulując – widz może mieć poważne problemy ze znalezieniem sobie miejsca w wykreowanym tu świecie. Jan Klata podkreśla, że jego inscenizacja „Króla Edypa" paradoksalnie wierna jest tradycji greckiej, zakorzenionej w muzyce i ruchu. Kiedy jednak zestawiona zostaje z przestrzenią próbującą budować jakiś rodzaj wspólnoty, swobody (widzowie siedzą na podłodze, na materacach), pojawia się poważny dysonans i trudność w odbiorze. Te dwie sfery w przypadku krakowskiej opery absolutnie ze sobą nie współgrają, nie oddziałują na siebie żadną energią. Należy zwrócić uwagę na warstwę językową – aktorzy posługują się wyłącznie językiem francuskim i łaciną, co rodzi dodatkowe bariery komunikacyjne. Znajomość libretta wcale nie pomaga. Jeśli potraktować operę Klaty jako prowokację, czy raczej formę atakowania gotowych wzorców postrzegania i analizy dzieła teatralnego, wypracowanych przez widzów, to „Król Edyp" i tak wypada bardzo słabo i pozostawia niedosyt.

Aktorzy obserwowani są przez widzów od dołu, z bliska. Pojawiają się jak tytani, wystylizowani na punków z lat 80., ujęci z żabiej perspektywy. Jednak nie przypominają punków polskich, ani brytyjskich – bardziej tych z amerykańskich filmów klasy B lat 80. (jak Kurgan z filmu „Nieśmiertelny"). Światła reflektorów pełzające za nimi grają swoją własną opowieść w postaci gry cieni na ścianach. Nie jest to jednak historia pełna, bo twórcy nie wykorzystali jej potencjału, mimo że wzrok widza za nią podąża. Pot wydaje się być jednym z głównych bohaterów. Przez pięćdziesiąt minut aktorzy wykonują ogromny wysiłek w obcojęzycznych pieniach. Mimo włożonej w wykonanie pracy, nie są przekonujący. Kostiumy wyglądają jakby były wykonane ze splotów pasów pociętych czarnych worków foliowych. I w swojej awangardowej formie przykuwają i zatrzymują uwagę. Jednocześnie zapewne nawet poliglotom tekst całkowicie umyka. Postaci wyglądają jak smętne monstra. Na początku spektaklu Edyp i Jokasta poruszają się jak maszyny, albo nakręcane lalki. Nie ma jednak uzasadnienia dla tego rozwiązania w dalszej części opery. Ozdobione ciężkim makijażem twarze chwilami wyglądają jak maski – efekt potęgowany przez cienie rysujące na policzkach hieroglify.

Przedstawiony dramatyzm sytuacyjny, przywołujący opowieść o mrocznych i niedozwolonych praktykach kazirodczych, nie współgra z przestrzenią odbioru – widzami usianymi na podłodze i wyginającymi karki (próbującymi patrzeć w trzy strony jednoczenie na trójramienny podest służący za scenę). Aktorzy wykonują ruchy biodrami, w przód i w tył, jednocześnie wykazując rozpacz. Mimo to materace i poduchy prowokowały niektórych widzów do drzemki, ciała układały się w pozycje półleżące. Jednak głośna muzyka wykonywana na żywo przez Roberta Piernikowskiego nie pozwolia nikomu zasnąć. Do realizacji wykorzystano oratorium Igora Strawińskiego według libretta Jeana Cocteau. Oprawa muzyczna została dobrze przygotowana. Jako opera „Król Edyp" wypada tragicznie (aktorzy naprawdę okropnie śpiewają). Jako spektakl dramatyczny natomiast wzbudza zażenowanie. Naprawdę nie wiem, czemu miało służyć tego rodzaju spotkanie. Poza tym, że teatr na nim zarabia, a widzowie już w trakcie wychodzą zrezygnowani, niewiele więcej się dzieje. Kiedy pod koniec spektaklu na długo gaśnie światło, widzowie czują się niekomfortowo, siedząc w minimalnym oddaleniu od nieznanych osób. Rodzi się poczucie obcości. Poza tym w ciemności zniekształcone kontury widzów wydają się być bliżej niż w rzeczywistości. Niejedna osoba ratuje się światłem z wyświetlacza telefonu komórkowego.

Do kogo skierowany jest ten spektakl? Stylizacja wizualna sugeruje odbiorcę muzyki rockowej i punkowej, w każdym razie wywodzącej się z kultury alternatywnej. Wokal mógłby wzbudzić rozpacz zarówno u tej grupy, jak i amatorów opery. Teatromani kompletnie nie mają tam czego szukać. Jedynie fani głośnej, elektronicznej, miksowanej muzyki na żywo mogliby znaleźć tu dla siebie miejsce.

 

Martyna Friedla
Dziennik Teatralny Opole
3 czerwca 2014

Książka tygodnia

Tajemnicze dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann (Ernst Theodor Amadeus Hoffmann)

Trailer tygodnia

Miłość do trzech pomar...
Zbigniew Głowacki