Marek Weiss o swojej dyrekcji

Rozmowa z Markiem Weissem

- Podsumowując swoją pracę tutaj, jestem bardzo dumny z tego, że tu byłem, z tego, co tu zrobiłem i czego wspólnie dokonaliśmy. To pierwsze i pewnie ostatnie takie moje miejsce, gdzie robiłem rzeczywiście taki teatr, w który wierzyłem i który, jak uważam, ma sens - mówi Marek Weiss w rozmowie o swojej dyrekcji w Operze Bałtyckiej i premierze "Czarnej maski" w jego reżyserii, która odbędzie się 20 marca.

Z Markiem Weissem, dyrektorem Opery Bałtyckiej, rozmawia Łukasz Rudziński.

Łukasz Rudziński: Sezon jeszcze trwa, ale wiadomo już, że po nim przestanie pan być dyrektorem Opery Bałtyckiej. Jak podsumuje pan 8 lat w Operze Bałtyckiej?

Marek Weiss: - Te 8 lat było dość stabilne. Ilość premier pozostała praktycznie na niezmienionym poziomie - pięć, w dwóch sezonach cztery. Porównując do ilości premier w innych teatrach operowych, taka równowaga jest zadowalająca. Ilość spektakli w tych latach wahała się od 125 spektakli (w najlepszym 2010 roku, gdy dotacja nam wzrastała), do 86 w 2013 roku. Miniony rok zamknęliśmy z 95 spektaklami, co jest wynikiem przyzwoitym. Średnia widownia od początku mojego pobytu w Gdańsku systematycznie, z niewielkimi wahnięciami, rosła: od 309 widzów na spektakl w 2008, do 434 widzów w 2015 roku przy 470 miejscach na widowni.

A jak wygląda tak głośna ostatnio sprawa płac w Operze Bałtyckiej na przestrzeni tych lat?

- Średnia płaca zespołów artystycznych była dość stabilna, co z kolei nie jest powodem do dumy, bo płace również powinny rosnąć. Przykładowo w 2012 roku średnie wypłaty na pracownika artystycznego wyniosły 3231 zł, w 2013 roku było to 3388 zł, w 2014 roku nieznacznie zmalały do poziomu 3364 zł. Z kolei z 2014 na 2015 rok wzrosły przeszło o 400 zł - do poziomu 3775 zł. W moim odczuciu taka płaca jest skandalicznie niska. Niedoinwestowana jest zwłaszcza orkiestra, bo trzeba rozumieć, że to są muzycy, którzy mają w ręce instrument od dziecka i tylko graniem i doskonaleniem swoich umiejętności powinni się zajmować, jeśli mają to robić na satysfakcjonującym wszystkich poziomie. Może trochę lepiej ma chór, ale z kolei artyści chóru biorą udział w nieporównanie większej ilości prób.
Wiem, jak jest w innych operach i w wielu z nich bieda jest skandaliczna, podobnie jak w większości instytucji kultury, które są w stanie permanentnego niedoinwestowania. Przeciętna pensja podstawowa w Operze Bałtyckiej dziś wynosi niewiele ponad 3600 zł, a mieszczą się w niej także zarobki dyrekcji, jak i tzw. "śniegowi", dbających o czystość otoczenia. Jeśli zarobki są tak niskie, a wymogi są znacznie powyżej średniej krajowej, to coś tu się nie zgadza.

Pan znalazł na to nietypowy sposób, wprowadził pan "normę 0", czego dotąd nie robił nikt w Polsce. Dlaczego?

- Krytykowana przez marszałka "norma 0" [za każdy spektakl otrzymuje się dodatkowe wynagrodzenie, tzw. "nadgrania", im norma jest wyższa, tym więcej występów mieści się w ramach podstawowego wynagrodzenia i nie jest wynagradzana dodatkowo - przyp. red] była jedynym możliwym sposobem na niewielki wzrost płac. Zastałem tu "normę 3" - gdy nastały dla nas chude lata - od 2011 roku - zacząłem ją stopniowo obniżać, by podnieść ludziom pensje, bo zespoły kategorycznie żądały podwyżki, którą - według ich zdania - obiecał im poprzedni marszałek Jan Kozłowski. Podobno przystał on na podwyżki pensji co roku rzędu 10 proc. wynagrodzenia. Trudno dziś dociekać, czy faktycznie we władzach województwa był wtedy taki optymizm, czy może ktoś coś źle zrozumiał. W sytuacji, gdy takie żądania stały się kategoryczne, doszło do sporu zbiorowego, musiałem więc zaproponować jakieś rozwiązanie.

W efekcie jednak spektakli było coraz mniej...

- Ludzie pracują tu codziennie na próbach i grają od 8 do 12 przedstawień miesięcznie - ostatnio stać nas tylko na 8, ale bywały lata, gdy graliśmy po 12 razy w miesiącu. Cała ta praca powinna być jakoś wymiernie wynagradzana w sytuacji, gdy wszystkie zespoły mają poczucie, że Opera Bałtycka idzie w górę. Wskazują na to rankingi, zdanie wielu specjalistów czy prestiżowe propozycje, jakie cały czas otrzymujemy. Wszyscy pamiętają, że Weiss na pierwszym spotkaniu mówił, że jak będą coraz lepsi, to prędzej czy później poczują to w kieszeni. Obniżanie "nadnormówek" uważałem za konieczne, by poprawić nieco sytuację tym, którzy grają w spektaklach. Dlatego wszyscy zaczęli się pilnować - nie ma zwolnień lekarskich, wszyscy przychodzą na próby i wykłócają się, gdy na przykład chcę nieco zmniejszyć obsadę chóru w przedstawieniu. Wszyscy chcą grać. "Norma 0" jest po to, by jakoś ludzi chronić, skoro nie było nas stać na podwyżki. W moim przekonaniu to jedyny słuszny sposób na wyjście z takiej sytuacji i jestem przekonany, że inne opery w Polsce pójdą tym tropem.

Ale jak doszliście do "normy 0", nie było już żadnych rezerw.

- Wtedy ludzie zaczęli się domagać podwyżki swojej pensji podstawowej. Trudne rozmowy i spór z operową "Solidarnością" odbywały się jednak we wzajemnym zrozumieniu. Oni dobrze wiedzieli, że ani ja, ani Urząd Marszałkowski nie chowamy tych pieniędzy przed nimi, tylko ich po prostu nie mamy. Podliczyłem, że 200 zł podwyżki brutto do podstawowej pensji każdego pracownika to obciążenie dla budżetu na poziomie 1 mln 200 tys. zł. W budżecie, warto dodać, w którym większa część idzie na pensje i którego jedna czwarta trafia do ZUS-u. Pozostałe na granie środki są po prostu skromne. Nie tylko dlatego, że jest "nadnormówka", ale też dlatego, że jest taki repertuar i tacy soliści, których nie da się skaptować za 5 zł z okolicznych dzielnic Gdańska.
Pracuję w operze od wielu lat i na szczęście mam tutaj wielu przyjaciół, którzy pracują u nas z 20 proc. rabatem, naśladując w tym mnie, bo ja też pracuję w Operze Bałtyckiej z 20 proc. rabatem. Wszyscy wspomagamy budżet Opery, biorąc niższe stawki. Soliści, którzy są zakontraktowani na konkretny blok spektakli, nie zawodzą. Gdy ktoś dostał lepszą propozycję i jednak zrezygnował, to więcej tu już nie śpiewał. To rodzaj solidarności i zobowiązania wobec tych, którzy są z nami zaprzyjaźnieni.

W budżecie na 2016 rok uwzględnił pan podwyżki kosztem rezygnacji z grania spektakli.

- Poproszono mnie o złożenie budżetu na 2016 rok. Dowiedziałem się, że pieniędzy na podwyżkę nie ma. Przedłożyłem więc taki plan, w którym zakładałem, że pomimo tego dam pracownikom podwyżki i pokazałem, jak to będzie wyglądało. Wyszło, że będziemy mogli zagrać 19 spektakli operowych i 20 baletowych. Tak niewielka liczba spektakli nie wynikała tylko z podwyżki. Mój budżet wcześniej zawsze był bardzo optymistycznie kalkulowany, z uwzględnieniem miliona lub półtora miliona złotych od sponsorów. Jak byli sponsorzy, to budżet się zapinał. Ale ponieważ sponsorzy kultury to w Polsce fikcja, często nie udawało się zebrać tych pieniędzy i dług przechodził na kolejny rok. Tym długiem były niezapłacone honoraria wobec solistów, którzy śpiewali w ostatnich spektaklach roku i zgadzali się poczekać na pieniądze do następnego roku.
Od lat jesteśmy w takim długu, za co byłem zawsze srodze karcony. I w tym roku powiedziałem: dobrze, złożę wam budżet uczciwy jak kryształ, więc pomniejszyłem go o upragniony milion od sponsorów i środki na podwyżkę dla pracowników. Dlatego spadek ilości spektakli stał się drastyczny. Marszałek, jak zobaczył taki plan, to oczywiście gwałtownie zaprotestował przeciwko cięciom repertuarowym. Departament kultury zakazał mi dawania tej podwyżki i podejmowania jakichkolwiek kroków, które będą rzutować na pracę następcy. Ogłosiłem więc zespołom, że nie będzie podwyżki. Ludzie poszli protestować.

Równolegle przeprowadzono konkurs na stanowisko dyrektora, którego pan nie wygrał.

- Konkurent, który zwyciężył, powiedział, że z tym budżetem zagra dużo więcej i że teatr będzie tętnić życiem. Śmieję się, że teraz będzie dużo więcej, szybciej, weselej i "dla ludzi". Powiedziałem wyraźnie komisji konkursowej, że muszę dostać większą dotację, bo muszę dać podwyżki i na pewno nie zmienię profilu teatru. Mówiłem to świadomie, wiedząc, że ta koncepcja nie przejdzie. Wiedziałem, że to niemożliwe. Nie dlatego nawet, że tych pieniędzy faktycznie brakuje, tylko dlatego, że odporność na teatr, jaki ja uprawiam, już się w Gdańsku wyczerpała. Uważam, że optymalny czas na dyrekcję to 7 lat, te 8,5 roku, jakie tu spędzam, to już sukces. I jeśli dyrektor nie jest menedżerem, który wszystkich zadowala, tylko jest artystą z własnym, bezkompromisowym pomysłem, to tyle starczy.
Podsumowując swoją pracę tutaj, jestem bardzo dumny z tego, że tu byłem, z tego, co tu zrobiłem i czego wspólnie dokonaliśmy. To pierwsze i pewnie ostatnie takie moje miejsce, gdzie robiłem rzeczywiście taki teatr, w który wierzyłem i który, jak uważam, ma sens. Rozumiem, że to wąska specjalizacja i rozumiem, że to wymaga osłuchania, przygotowania i część ludzi mogła być do tego nastawiona niechętnie, może nawet wrogo. Oni też powinni móc przyjść do Opery i mieć to, co lubią. Uważam, że nie powinno być kontynuacji. Musi przyjść wyraźna zmiana profilu i linii artystycznej tego teatru, za co będę trzymał kciuki.

Jak się rysuje przyszłość Bałtyckiego Teatru Tańca?

- To, co osiągnął BTT, znacznie przerosło moje oczekiwania. To jest w życiu artystycznym nie tylko miasta i regionu prawdziwe wydarzenie, jakiś ewenement, co potwierdza liczba propozycji z nim związanych. Opiekowałem się pracą Izadory Weiss jako dyrektor i mąż w miarę moich możliwości, by praca Bałtyckiego Teatru Tańca była jak najbardziej efektywna. Trzeba pamiętać, że Bałtycki Teatr Tańca nie istnieje jako osobny twór. To ciągle jest statutowo balet Opery Bałtyckiej, który musi działać w określonych ramach i staraliśmy się tego nie przekraczać. Nazwę zespołu wymyśliła Izadora. Promowaliśmy tę nazwę, bo dzięki temu zespół mógł zyskać rozgłos także poza Operą Bałtycką. Natomiast ta nazwa jest na tyle związana z Izadorą Weiss, że jeśli jej tu nie będzie, to ta nazwa nie ma sensu. Oczywiście, niczego nie przesądzam, bo to Izadora musi odpowiedzieć na takie pytanie. Do tej pory nikt z tutejszych władz się do niej nie odezwał. Trzeba przy tym pamiętać, że to zespół międzynarodowy. Powiedzieliśmy tancerzom, że zrobimy wszystko, by BTT przetrwało i pracujemy dalej nad nową premierą, a w sierpniu wyjedziemy do Chin ze "Snem nocy letniej" i "Burzą". Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut im. Adama Mickiewicza umożliwili nam reprezentowanie polskiego teatru w Chinach. Na wizytówkę polskiego teatru składać się będą spektakle Krzysztofa Warlikowskiego, Krystiana Lupy i Izadory Weiss. Chińscy partnerzy są chętni by pokazywać nasze spektakle w kilku miastach.

Od dawna słychać głosy, że tancerze mają w operze jak pączki w maśle.

- To głos orkiestry, bo tancerze tańczą w operach, a orkiestra nie bierze udziału w spektaklach BTT. Ta specyfika BTT wynika z poważnych pryncypiów artystycznych. Zespół BTT ma najniższe podstawowe pensje w operze, ale "nadnormówki", które mają w spektaklach operowych, to jest ta różnica w stosunku do innych zespołów. Podobnie jest z solistami baletu. Są soliści, którzy zarabiają bardzo skromne pieniądze, niewiele większe niż koryfeje baletu, ale są też soliści co najmniej tak wybitni jak Paweł Skałuba (jedyny nasz solista śpiewak na etacie) i którzy tyle co on powinni zarabiać. Różnica między Beatą Gizą a Pawłem Skałubą polega na tym, że Skałuba występuje tu trzy razy w miesiącu, a Beata Giza jest tu codziennie rano i wieczorem i nie ma żadnych szans wystąpić gdziekolwiek indziej. Nasz tenor poza Operą Bałtycką występuje w całej Polsce. Porównywalne między nimi zarobki w Operze Bałtyckiej są niczym, jeśli się pamięta o tym, że śpiewak ma szansę zarobić wielokrotnie więcej poza naszą instytucją, a tancerze BTT nie.

Napisał pan we wstępie do programu "Czarnej maski" Krzysztofa Pendereckiego, że jej premiera jest najprawdopodobniej pożegnaniem z Operą Bałtycką, swego rodzaju funeralną mszą. Jaka będzie ta "Czarna maska"?

- Prawdę mówiąc tak trudnej rzeczy nigdy w życiu nie robiłem. To jest inscenizacja koncepcyjnie przypominająca "Salome" i "Madame Curie", tylko jest nieporównanie trudniejsza w realizacji. Chcieliśmy wykonywać ją w przekładzie na język polski, ale kompozytor się na to nie zgodził. Powiedział, że ta opera została stworzona do niemieckiego libretta i nie da się tego przetłumaczyć tak, by była śpiewana po polsku zgodnie z duchem muzyki. Ma ponadto szalenie skomplikowaną strukturę muzyczną: są trzy orkiestry, chór, soliści śpiewający każdy swoje w ansamblach. Jest trzech dyrygentów: dyrygent kierujący całością, dyrygent kierujący bandą na scenie i dyrygent, który siedzi przed sceną i dyryguje solistom, bo muzycy wraz z głównym dyrygentem siedzą na scenie za plecami solistów. Organizacja muzyczna wymagała mnóstwa decyzji koncepcyjnych, jakie stanęły przed Szymonem Morusem.

Kolacja urodzinowa u burmistrzowej Benigny rozegra się w XVII wieku, czy przeniesie ją pan w inną epokę?

- Fabuła jest tak precyzyjna i tak osadzona w tamtych czasach, że przeniesienie jej w inne realia nie miałoby sensu. Goście burmistrzowej rozmawiają o konkretnych wydarzeniach. Wszystko jest napisane jak kryminał Agathy Christie. Trzeba dokładnie wiedzieć, że jeden z gości to jansenista, inny jest hugenotą, jaka jest relacja między burmistrzem i jego żoną, która bardziej wynika z różnych opowieści niż ich gry. Jeśli się nie zorientujemy co się między nimi dzieje, to zakończenie może być niejasne. Przypomina mi to film "Dwunastu gniewnych ludzi" - wszyscy siedzą przy stole i gadają ze sobą. Jak się upuści coś z tego gadania, to można się pogubić.

Pod płaszczem konwencjonalnej kolacji kryje się jednak ponura diagnoza naszych czasów?

- Utwór ten mówi o najbardziej istotnych sprawach, jakimi żyjemy tu i teraz. Mówiąc najogólniej, mocno przeżywamy kryzys Europy, który trwa od dawna i jest związany z naszą, europejską pychą kolonialną. Europa się utuczyła na grabieży, przemocy, gwałcie czy ludobójstwie. Czy to w historii przechodzi bezkarnie? Chyba nie. Kryzys jest ceną, którą trzeba prędzej czy później zapłacić. Jak ją zapłacimy? Jak się będziemy wywiązywać z pewnego długu? Czy tchórzliwe, czy przyzwoicie? Europa jest jakimś pięknym marzeniem, a przy tym tragicznym nieporozumieniem. Przecież nienawiść między różnymi europejskimi ugrupowaniami i narodami okazała się silniejsza niż rozum i ideały zjednoczenia.
Na te pytania nie ma odpowiedzi. Nie ma pomysłu na wędrówkę ludów, która trwa, ale tak naprawdę dopiero się zaczyna. Są różne odruchy - zarówno odruchy przyzwoitości, jak i głupoty czy szaleństwa. Ten spektakl to taki okruch zwierciadła, w którym przyglądamy się losom Europy w opowieści o urodzinach burmistrzowej. To metafora, która musi prowadzić do jakiegoś "tu i teraz". To, że soliści wystąpią w kostiumach z epoki, to znak, że początki tego, co się dzisiaj dzieje, miały miejsce już wtedy. Nie będzie łatwo się pogodzić z tym, co nasz spektakl proponuje na koniec. Będzie to bardzo ważne pytanie skierowane do nas wszystkich.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
21 marca 2016
Portrety
Marek Weiss

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia