Maria Stuart bez głowy

Maria Stuart " - reż. Moshe Leiser - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

W Operze Narodowej dwie rozhisteryzowane baby w elżbietańskich kostiumach miotają się bez ładu i składu po scenie udającej dziedziniec Westminsteru albo coś innego.

PO UBIEGŁOROCZNEJ PREMIERZE "MARII Stuardy" Donizettiego w Royal Opera House w Londynie głosy były podzielone. Wykonawczyniom dwóch głównych partii, Joyce DiDonato w roli tytułowej i Carmen Giannattasio (Elisabetta), zgotowano frenetyczną owację, podczas gdy tandem reżyserów został wybuczany. Moshe Leiser i Patrice Caurier to stare wygi, autorzy dziesiątków inscenizacji w najsłynniejszych teatrach operowych świata: ich poprzednie spektakle, także w ROH, dawały asumpt do sporów między tradycjonalistami a zwolennikami scenicznych nowinek, zawsze jednak znajdowały obrońców. Tym razem krytycy i melomani okazali się bezlitośni: uznali triumf mistrzowskiego wykonania opery nad poronioną koncepcją realizatorów.

Uczestniczący w tej koprodukcji Teatr Wielki - Opera Narodowa nie dysponował żadnym z atutów, jakie mieli do dyspozycji Anglicy: ani gwiazdorskiej obsady, ani zespołu obeznanego z estetyką bel canta. A "Maria Stuarda" to twardy orzech do zgryzienia nawet dla doświadczonych muzyków.

Dramaturgia dzieła - po wyeliminowaniu z libretta obecnych w sztuce Schillera wątków religijnych i politycznych - opiera się prawie wyłącznie na grze napięć między dwiema protagonistkami. Partytura jest nierówna: mimo brawurowego duetu Elisabetty i Marii z II aktu i wstrząsającej spowiedzi bohaterki prowadzonej na szafot, narracja chwilami grzęźnie na mieliznach nudy.

Trudno więc się dziwić poirytowanym polskim wielbicielom bel canta, bo zamiast DiDonato dostali młodą i wciąż surową wokalnie Cristinę Gianelli, a w miejsce Giannattasio - wręcz groteskową Ketevan Kemoklidze, której śpiew urągał wszelkim zasadom stylu i dobrego smaku. Skandaliczny występ Kemoklidze w partii Elisabetty położył się długim cieniem na reszcie wykonania. Na tak ostrą krytykę, jaką słyszałam w kuluarach, nie zasłużyła bowiem ani Gianelli, która całkiem porządnie rozśpiewała się w II akcie, ani tym bardziej Shalva Mukeria (Leicester), dysponujący precyzyjnym intonacyjnie tenorem, którego jasne i ostre brzmienie - jakkolwiek osobliwe dla ucha współczesnego słuchacza - wpisuje się idealnie w estetykę oper Donizettiego. Epoka ciemniejszych i bardziej nośnych głosów miała wtedy dopiero nadejść. Gilbert Duprez, pierwszy tenor w historii, który zaśpiewał wysokie C rejestrem piersiowym, podbił europejskie sceny już po premierze "Stuardy".

Partie pozostałych bohaterów są prostsze pod względem technicznym, co nie oznacza, że polscy wykonawcy ról drugoplanowych nie zasłużyli na pochwały. Dotyczy to zwłaszcza Wojciecha Śmiłka w roli Talbota, ale też Anny Bemackiej (Anna Kennedy) i Łukasza Golińskiego (Cecil). Chór śpiewał poprawnie, ale niemrawo, co niepokoi przed zbliżającą się premierą "Wilhelma Tella" Rossiniego, Orkiestra pod batutą nowego szefa Andrija Jurkiewicza nie brzmiała olśniewająco, ale przynajmniej nie zagłuszała śpiewaków, o co nietrudno w wybitnie niewdzięcznej akustyce tego teatru.

Wróćmy do inscenizacji. Wydawało mi się, że po nieprzychylnych recenzjach z Londynu przygotowałam się na najgorsze. Tymczasem przez myśl mi nie przeszło, że ujrzę koncertowy popis nieudolności reżyserskiej.

"Maria Stuarda" w ujęciu słynnego tandemu przypominała chwilami żywe obrazy w całkiem niestosownym sztafażu. Żadnego gestu scenicznego, żadnych wiarygodnych relacji między postaciami - ot, dwie rozhisteryzowane baby w elżbietańskich kostiumach miotają się bez ładu i składu po scenie udającej już to dziedziniec Westminsteru, już to współczesne więzienie, już to celę egzekucji. Reszta obsady - nie wiedzieć czemu, w dzisiejszych kostiumach - zmaga się z całkiem niedzisiejszymi rekwizytami w rodzaju katowskiego pieńka i pokaźnych rozmiarów topora.

Akcja stoi, dramaturgia leży, głowa Marii toczy się po scenie, zanim intryga ruszy z miejsca. Konkluzji - brak. Kurtyna. O, przepraszam, żaluzja, za którą reżyserzy ukryli rozpaczliwy brak pomysłu na finał.

Dorota Kozińska
Tygodnik Powszechny
2 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...