Mariusz Treliński o miłości i śmierci

"Traviata" - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Warszawska "Traviata" to wielkie role Aleksandry Kurzak i Andrzeja Dobbera. Telewizyjni celebryci na szczęście tańczyli w tle.

O nowym spektaklu Mariusza Trelińskiego było głośno od tygodni, lecz media szukające sensacji interesowały się nie tym, że w Operze Narodowej wystąpi dwoje sławnych w świecie polskich śpiewaków, lecz faktem, iż na scenie pojawią się bohaterowie "Tańca z gwiazdami". Premiera przywróciła jednak operowemu spektaklowi właściwą hierarchię artystyczną. 

Taniec jest tu tylko dodatkiem. Czasem banalnym, ale gdy dochodzi do kulminacji zdarzeń, podkreśla tragiczną sytuację, w jaką uwikłała się tytułowa bohaterka Verdiego. I nie ma znaczenia, że reżyser zmienił realia, zamiast w XIX-wiecznych paryskich salonach akcja rozgrywa się w nocnym klubie, jakich wiele dzisiaj w Warszawie. To nadal jest uniwersalna opowieść o wielkiej sile miłości, która przychodzi w niewłaściwym momencie.

Im bardziej jednak Mariusz Treliński starał się uatrakcyjnić opowieść inscenizacyjnymi zabiegami, tym bardziej stawało się jasne, że "Traviata" wymaga reżyserskiej skromności. Tymczasem klub zaprojektowany przez Borisa Kudličkę to ciąg pomieszczeń, które ze zgrzytem przesuwały się po scenie, burząc nastrój. Piękny był natomiast poetycki obraz dodany na wstępie czy prosty zabieg wydobywania z mroku postaci, które nabierały symbolicznego znaczenia.

Najbardziej przejmująca jest jednak w tym przedstawieniu chwila, kiedy stary Germont błaga Traviatę, by odrzuciła uczucia jego syna Alfreda. Na scenie są proste dekoracje i oni: Andrzej Dobber oraz Aleksandra Kurzak. Potrafią całkowicie zawładnąć widownią, śpiewem przekazują całą gamę emocji - od cichych wyznań do dramatycznego krzyku serca. Jeśli Opera Narodowa ma ambicje osiągnięcia światowego poziomu, w tym momencie udało się to całkowicie.

Pierwszeństwo należy się jednak Aleksandrze Kurzak, żywiołowej aktorsko, a skupionej muzycznie. Z każdym pojawieniem się wzbogacała wizerunek swej bohaterki, aż do finałowej sceny śmierci. W niej również na szczęście reżyser usunął się w cień, doceniwszy muzykę Verdiego. Zwłaszcza że hiszpański dyrygent Miguel GomezMartinez, różnicując brzmienie orkiestry, świetnie wspomagał śpiewaków.

Niewiele mógł jednak pomóc Sébastienowi Gueze. Rolę Alfreda otrzymał on nie ze względu na walory głosu, lecz za chłopięcy wygląd, który pasował do koncepcji reżysera.

Jacek Marczyński
Rzeczpospolita
1 marca 2010

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...