Marsz, marsz Dąbrowski

"Ich czworo. Obyczaje dzikich" - reż. Agnieszka Korytkowska-Mazur - Teatr Polski

W Teatrze Polskim w Poznaniu trwają badania nad nowym gatunkiem scenicznym: komedią erotyczną o podłożu antropologicznym, ale z moralizatorskim przestaniem. Dowodem "Ich czworo. Obyczaje dzikich"

Zaproszona do współpracy przez reżyserkę Agnieszkę Korytkowską dramatopisarka Dana Łukasińska podrasowała sztukę Gabrieli Zapolskiej o cytaty z epokowego dzieła Bronisława Malinowskiego "Życie seksualne dzikich", dopisała nowe realia obyczajowe, wyostrzyła język. Poszerzenie świadomości bohaterów o antropologię, zanurzenie Żony (Barbara Krasińska) w dzisiejszości, gry intertekstualne i komentarz do życia i twórczości Zapolskiej to kolejne piętra nadbudowane nad fabułą komedii. W oryginale chodzi o konsekwencje zdrady małżeńskiej, której dokonuje zaniedbywana pani domu.

W nowej wersji "Ich czworo" niewierność i rozpad rodziny zostają ukazane w kontekście praw naturalnych regulujących relacje mężczyzny i kobiety. Korytkowską przygląda się finalnym akordom związków, porównuje je z "obyczajami" społeczeństw pierwotnych. Pyta, co jest w naszych układach skłamane. Nastolatka Lila (Katarzyna Dałek) pisze rozprawkę o Zapolskiej na swoim różowym laptopie, jej tata Profesor (Andrzej Szubski) i jego doktorantka Mania-Maniana (Oriana Soika) podrzucają chwytliwe interpretacje dotyczące drogi artystycznej i wyborów ideowych autorki "Moralności pani Dulskiej". Living room rodziny zostaje pokryty projekcjami dżungli i biegających po sawannie zwierząt. Korytkowską wprowadza do sztuki dodatkowe postaci. Widzialne dla publiczności, niewidzialne dla bohaterów. To domowiki, dawne duchy ogniska domowego. Chochliki i opiekunowie. Łobuzy z pokoju jadalnego, dwóch wujów i kuzynostwo. Ubrani po domowemu, w kalesonach, dresach, leginsach. Rozmemłani i nadaktywni równocześnie. Można takiego nie zauważyć i usiąść na nim, potknąć się o niego. Śpiewają "Last Christmas", szwendają się i popiskują. Widać ich, póki rodzina jest razem, poty nic nie zagraża temu domowi. Ale już w mieszkaniu wdowy (Teresa Kwiatkowska) zatrzymują się na progu. Po rozpadzie rodziny Profesora gdzieś znikają, z nimi odchodzą kolor i szczęście.

Ciekawy, choć ryzykowny pomysł inscenizacyjny, bo rozpraszający naszą uwagę, zdejmujący część aktywności z głównych bohaterów. Krasińska jako Żona karkołomnie ratuje postać starzejącej się trzpiotki.

Szubski gra Profesora jak żywy dowód prawdziwości tez z fraszki Kochanowskiego "Astronom": zajęty nauką, studiujący obyczaje seksualne dzikich antropolog nie umie utrzymać miłości żony, nie czesze jak Lasoto wie warkoczy żony, nie maluje jak Berber, nie szykuje obdartego z kory młodego drzewka jak Czoktan. Jednak wiedza antropologiczna w końcu mu się przydaje: może jak wódz Czejenów powiedzieć kochankowi Żony: "Pies wyszczał się na moje tipi", i ocalić honor. Nie rozumiem finałowej tragedii rodziny - bólu Liii po odejściu mamy, desperacji Profesora, skoro miejsce niewiernej małżonki zajęła chętna doktorantka.

Ile razy oglądam "Ich czworo", zawsze zaskakuje mnie, że obsada jest większa, niż zapowiadał tytuł. Nie tylko ja mam ten problem. Dla żeńskiej części poznańskiej publiczności przedstawienie w Teatrze Polskim jest zatytułowane "On jeden". Nowy tegosezonowy aktorski nabytek dyrekcji nazywa się Piotr B. Dąbrowski i w stuningowanej Zapolskiej gra oczywiście Fedyckiego, czyli kochanka Żony. Za jego sprawą objawił się rzadki na polskich scenach typ amanta ironicznego. Amant ironiczny wykorzystuje swoje tzw. warunki, ale jednocześnie potrafi kpić, że ma takie, a nie inne atuty. Uruchamia je świadomie, a nawet z lekkim zażenowaniem, że to na niewieścią widownię działa w takiej skali. Zero narcyzmu, zero wykorzystywania wizerunkowej przewagi nad resztą obsady. Rzadkie to u aktora o takim emploi, bo może oznaczać, że będzie on kiedyś chciał to "amanctwo" przezwyciężyć. Fedycki Dąbrowskiego w swoim pokoju nie ma żadnej książki poza książką kucharską, ale za to ma łóżko ze skotłowaną pościelą. Nie czyta niczego poza kobietami. Cóż, Malinowski znalazłby pewnie na takiego radę. Indianie Navaho obcięliby mu nos. A Maorysi wytatuowali na czole napis: "Z góry przepraszam wszystkich facetów".

Łukasz Drewniak
Dziennik Gazeta Prawna
10 lipca 2010

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...