Marta Stebnicka (1925 - 1920)

Przed drzwiami mieszkania zostawiało się wszystkie swoje sprawy rodzinne, tragedie.

Przestrzeni nie było zbyt wiele, ale w rogu, z prawej strony, stała niezwykła, srebrzystobiała forma – z przerażająco rozwartymi ustami, jakby we wrzasku, z dwoma wyciętymi otworami. To było to, co dominowało w przestrzeni tego zwyczajnego pokoju. Jak się okazało, to była Goplana – fantom, postać sceniczna, za którą siedziała Janina Kraupe, mówiła tekst do miednicy, skandując.


„Balladyna" Juliusza Słowackiego

Przeszło 70 lat temu znalazłam się w mieszkaniu Ewy Siedleckiej w Krakowie przy ul. Szewskiej 21, II piętro. To w tym mieszkaniu, w jednym z pokoi, którego okna wychodziły na Szewską, Kantor tworzył swój teatr.

Była wojna, okupacja niemiecka, czas terroru, niebezpieczny, w każdym domu strach, cierpienia, rewizje i bardzo trudne warunki do życia. I to był właśnie cud ulicy Szewskiej. Przed drzwiami mieszkania zostawiało się wszystkie swoje sprawy rodzinne, tragedie. W mieszkaniu istniały tylko sprawy z Kantorem, z teatrem, ze sztuką.

Kantor przeszczepiał w nas jakieś potężne ładunki temperamentu, pobudzał wyobraźnię, przemieniał, zależnie od swoich potrzeb inscenizacyjnych. Najpokorniejszy był jego bliski przyjaciel, najstarszy z nas, Jerzy Turowicz. Był dla nas przykładem.

Kantor porywał nas w swój teatr. Nie od razu wiedzieliśmy: co, jak i dlaczego. Ale siła Tadeusza była tak wielka, że wszystko wydawało się oczywiste i zrozumiałe.

Grałam w tym spektaklu Skierkę, Anna Chwalibożanka – Chochlika. Miałyśmy maski na twarzy, nieco jajowate, biało-czarne z otworami na usta i oczy, a ja dodatkowo miałam ogromne papierowe rzęsy, które zabierały mi obraz tego, co działo się na scenie i widowni.

Jeszcze każda z nas miała wielkie nochale. Krążyłyśmy między Goplaną, Balladyną, Grabcem. Musiałyśmy być jeszcze całe ubrane na czarno. Ja nie miałam nic odpowiedniego w domu, toteż nasz niezastąpiony opiekun, ksiądz Siedlecki, pożyczył mi swoją sutannę. Mój Boże, grałam w sutannie księdza Siedleckiego!

Premiera była w maju 1943 roku. To był czas, którego się nie zapomina, a rozedrganie, które mieliśmy w sobie, zostało do dziś.

Po premierze „Balladyny", o czym mało kto wie, w mieszkaniu na Szewskiej przez dwa miesiące można było oglądać pierwszą tajną wystawę prac twórców krakowskiej awangardy. Jerzy Skarżyński dał najwięcej obrazów. Były też prace Rostworowskiego, Kantora, Nowosielskiego i Zofii Gutkowskiej (jego przyszłej żony), Jerzego Kujawskiego, Adama Hoff- manna i Ewy Kierskiej.

„Powrót Odysa" Stanisława Wyspiańskiego
Nie od razu zaczęły się próby „Powrotu Odysa" Stanisława Wyspiańskiego. Kantor chciał wyciszyć sprawę „Balladyny", która poruszyła, ale też podzieliła widzów w czasie tych kilku spektakli.

Doszłam na próby, które odbywały się w mieszkaniu Pugetów, wtedy przy ulicy Wolskiej, dziś Piłsudskiego. Wydawało mi się, że spektakl był już prawie gotowy. To był zupełnie inny teatr. W niczym nie przypominał „Balladyny". Przedmioty służące aktorowi do tworzenia postaci otwierały mu przestrzeń, mówiły o nim, ale nie były przez niego używane, np. spróchniała deska (wisiała nad nami), łańcuchy, zardzewiała, żelazna kotwica. Każdy z nas przynosił jakieś żelastwa, np. Tadeusz Brzozowski niemal z narażeniem życia ukradł szczekaczkę z Plant. Dzięki niej na scenie słychać było strzały.

To wszystko mam nieco zamazane w pamięci. Znosiliśmy później na Grabowskiego (gdzie odbyła się premiera), do bogatego, mieszczańskiego wnętrza, całkowicie wypatroszonego przez Kantora, najrozmaitsze „zdobycze".

Kantor budował nowe ściany zachlapane tynkiem, podłogę z desek, podest sceniczny dla Odysa i zalotników. Chciałam jeszcze przypomnieć, dlaczego wyprowadziliśmy się do mieszkania Magdy Stryjeńskiej z mieszkania Pugetów. Pewnego dnia, w czasie próby, w bramie na ulicy Wolskiej Niemcy zastrzelili młodego mężczyznę. Pracowaliśmy dalej, ale natychmiast zmieniliśmy miejsce prób na mieszkanie przy ul. Grabowskiego.

Ten spektakl i próby do niego łączyły całe nasze środowisko. Przychodzili młodzi malarze, plastycy, koledzy Kantora – nieustające dyskusje, jedni przyprowadzali drugich, inspirowali się wzajemnie, pokazywali swoje prace do oceny, kłócili się.

Ciągle coś się działo w nas i między nami. Kazio Mikulski przynosił swoje gżegżółkowate, surrealistyczne wiersze. Każdy miał swoje tajemnice warsztatowe do pokazania i obrony. W końcu premiera, w upalny czerwiec 1944 r.; wstrząsająca, ludzie siedzieli, zbici razem z aktorami, na skrzyniach, na podłodze, na drabinie, na pudłach, na połamanych krzesłach. Aktorzy wychodzili z maskami na scenę, odgrywali swoje teksty i wracali z powrotem do publiczności, zdejmując maski.

W tym spektaklu grałam Telemaka, Tadeusz Brzozowski Odysa. W wojskowym, niemieckim szynelu, hełmie polowym, w buciorach wojskowych, samotny i gniewny. To wielka kreacja tego wybitnego malarza. Penelopę grała Jadwiga Lau, malarka, żona poety Jerzego Laua. Pastucha I i Zalotnika – Andrzej Cybulski, Melanto – Anna Chwalibożanka, zalotnika – Franciszek Puget, Femiosa – Marcin Wenzel, Pastucha II i Zalotnika – Ali Bunsch.

Za oknami, po przeciwnej stronie ulicy, stacja policji niemieckiej i wokół nas rozlokowane wojska lotnicze. Tak to było. Przeżyliśmy. Ubyło naszego przyjaciela – Grochota, złapanego w łapance ulicznej. Zginął w Gross-Rosen.

To już za nami. I ten teatr wstrząsający, i ludzie, którzy nie chcieli wychodzić ze spektaklu. Była wielka cisza i skupienie. „Spod Trojej wracam" – ostatnie słowa Odysa. ©
___

MARTA STEBNICKA (ur. 1925) – aktorka, pedagog, reżyser, autorka książki „Polowanie na wachlarze".

Grzegorz Nurek
Tygodnik Powszechny
9 lipca 2020
Portrety
Marta Stebnicka

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia