Martwa Janiczak

"Dead Girls Wanted" - reż. Wiktor Rubin - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Twórcy sosnowieckiego spektaklu narzekają na grzebanie w historiach popkulturowych ikon, na wchodzenie w ich życia i jednocześnie czynią dokładnie to samo. Ta rzekoma próba odkopania ikon popkultury spełza na niczym.

Skoro mówi się, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, może w przypadku kobiet chodzi o to, jak zaczynają. Jolanta Janiczak zaczyna rewelacyjnie. Psychodelicznie. W sposób oderwany od rzeczywistości. W słuchawce telefonu, którą widzimy na ekranie wypełniającym scenę, padają słowa: "she's dead". Uruchamia to ciąg prawdopodobnych obrazów na temat tego, jak można zakończyć życie. A dokładnie, jak kobieta może to zrobić. W "Dead Girls Wanted" miesza się tragizm i brutalizm sytuacji ze śmiesznością pomysłów na wyobrażenie sobie tej chwili. Filmowe rozstrzelania, przecięcia, pocięcia, wypadki, zatrzaśnięcia przeplatane są przezabawnymi scenkami w wykonaniu autorki. Mówiąc o stolarzach, wskazuje, że każdemu brakuje jakiegoś członka; rozdrapując ranę, odczuwa swój koniec. Janiczak wymyśla sytuację, dokonuje jej inscenizacji, bierze w niej udział i ciągle czuje niedosyt. W końcu stwierdza, że to nie jest jej estetyka i po chwili widzimy ją na ekranie wśród wymarzonej natury z obszczanym śniegiem w tle. Chyba jednak nie o taki obrazek chodziło. Jest raczej prozaicznie, zatem dramaturżka zastanawia się: "Co by tu można jeszcze było zrobić?". Mamy zabawy ze żrącym środkiem chemicznym, ptaka w buzi, pojawia się chowanie żywcem Autorka opowiada o kobietach u kresu, ale ostatecznie ustępuje pola bohaterkom, a raczej uczestniczkom wyborów miss, które walczą o tytuł najbardziej pożądanej, martwej dziewczyny.

I tu pojawia się pierwszy zgrzyt w opowieści Janiczak i Grzegorza Stępniaka. Wybór bohaterek. Tendencyjny. Prosty. Najprostszy z możliwych. Komercyjny. Mamy: Amy Winehouse, Whitney Houston, Nastasję Filipowną, Annę Nicole Smith oraz pochowane za życia Britney Spears i Lindsay Lohan. Skoro to wybory miss, to każda prezentuje swoją historię, doświadczenia i incydent, który sprawił, że zmarła lub jest martwa za życia. Zgrzyt numer dwa. Nie ma w tym nic, czego byśmy o tych paniach już nie wiedzieli. Zero pogłębionych sylwetek, zero próby wydobycia czegoś nowego albo uchwycenia się jednego wątku i chęci jego dociekania. Ta ćpała, ta kochała, tej kazano śpiewać, ta musiała zarabiać na całą rodzinę, tą bił mąż, ta ogoliła się na łyso, a ta próbowała ratować karierę jak mogła... We wszystkich incydentach damy, oczywiście, epatowały seksem, z ich ust płynęły potoki słów uznawanych powszechnie za obelżywe, wielokrotnie się przy tym myląc i wpadając w nader histeryczne lub nazbyt prześmiewcze tony.

Tekst jest przegadany, mocno moralizatorski i przeintelektualizowany. Potoki słów o ulatujących, pośmiertnych gazach, rybnym zapachu kobiecych narządów, zarżnięciu i zerżnięciu bohaterek - jak kto woli, do woli... Wszystko podlane feministycznymi nutami i lekkim powrotem do początków emancypacji. Ta rzekoma próba odkopania ikon popkultury spełza na niczym. Marnie wypadają interakcje z publicznością, nawet podstawioną. Słynący z tego chwytu tandem Jola Janiczak - Wiktor Rubin pudłuje tym razem za każdym razem.

Osobliwym zagraniem było obsadzenie mężczyzny w roli Whitney Houston. Wyszła Łukaszowi Stawarczykowi ta Whitney, tak różniąca się od innych, bo ani biała, ani wystarczająco czarna. Żal patrzeć było na (skądinąd zwykle bardzo dobrą) Magdalenę Celmer. Sosnowiec nie działa na nią jak Bydgoszcz. Robiła co mogła, ale natłok banałów-incydentów jej Amy przytłoczył wysiłki. Miałem ochotę pożyczyć od niej krzesło i uderzać się nim w głowę jak Winehouse. Aktorstwo nie pomaga tej wdzięczącej się i pozornie wdzięcznej realizacji. Mielizny tekstu udaje się zwycięsko ograć jedynie Agnieszce Kwietniewskiej. Dla ostatniego incydentu jej Lindsay Lohan warto było wysiedzieć do końca spektaklu. Na drabinie imitującej schody do pokoju wujka Harvey'a (wizyta ratującą podupadająca karierę), w brawurowy sposób wspina się po wątłej konstrukcji psychicznej bohaterki. Niczym Lohan - "dobrze, że nie jadłam wczoraj nic problematycznego" - jest perfekcyjnie przygotowana, rzutka, sprawna, zabawna, prześmiewcza i świadoma swego dramatu. Nie przegina, nie popada w tanie tony, naprawdę ratuje karierę, bije się z myślami, obnaża absurdy sytuacji, z którymi ma do czynienia. Przyznaje się do frustracji, mówi o spaniu z włączonym telefonem w oczekiwaniu choćby na zaproszenie na wernisaż nieznanego artysty. Kwietniewska spina wszystkie historie, podsumowuje i wskazuje na przyczyny porażki.

Gdy się powiedziało i pokazało wszystko, nie zostawiając nic dla siebie, trudno mieć żal o odtrącenie, odsunięcie na margines i brak zainteresowania. Przegrana może być jednak stylem. Ładna jest scena końcowa, gdy wszystkie bohaterki spotykają się i połączone wspólnymi losami wyruszają w podróż. Aplauzu, o który prosiły po każdym incydencie, jednak nie będzie.

Spektakl celuje nisko, by szeroko być odbieranym. I to się powiedzie. Po ambitnej, rewelacyjnej i niestety niezrozumiałej "Wojnie światów" oraz bardzo dobrych "Upiorach" Teatr Zagłębia ma szanse na komercyjny sukces. Nazwiska bohaterek i reżysersko-dramatorpisarski duet zapewne staną się tego gwarantem. Razi niespójność historii postaci z prywatnymi wynurzeniami aktorów. Żal, że ważki temat - dlaczego martwe kobiety i ich historie tak nas ekscytują, podczas gdy mężczyznom-celebrytom wybaczamy więcej - sprowadzony został do banałów. Głos tych kobiet powiedzieć mógłby wiele o tym, jak radzić sobie z oczekiwaniami tłumów, jak wytrzymywać presję kariery, gdzie są granice tego, co moje, a czym mogę dzielić się z innymi, aż w końcu o tym, że zbawienna może być rola sztuki. Nie chcę nawet porównywać "Dead Girls Wanted" do tego, co dzieje się po sąsiedzku w Katowicach, gdzie w Teatrze Śląskim Sandra Korzeniak sama jedna pokazuje co to naprawdę znaczy być kobieta "pod presją".

Twórcy sosnowieckiego spektaklu narzekają na grzebanie w historiach popkulturowych ikon, na wchodzenie w ich życia i jednocześnie czynią dokładnie to samo. Wychodzi na to, że najważniejsze, by sama autorka śmiała się ze spektaklu do rozpuku. Jej zadowolenie to wyprodukowanie własnemu dziełu aktu zgonu, na własne życzenie (jak u jej bohaterek).

Sławomir Szczurek
e-teatr.pl
21 marca 2019

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia