Marzenie o byciu razem

Korzeniec" - reż. Remigiusz Brzyk - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Spektakl o początkach Sosnowca budując tożsamość mieszkańców miasta, podejmuje zarazem łagodnie ironiczny dialog z tak powstającymi mitami.

Na proscenium cztery kasetony kremowych płytek ceramicznych, lekko podniesione w stronę widowni, tak aby nikt nie przeoczył, że to właśnie podstawa, na której wspiera się widowisko - źródło, z którego bierze swój początek sceniczna opowieść. Korzeniec tandemu Remigiusz Brzyk/Tomasz Śpiewak jest adaptacją pierwszej części sosnowieckiej trylogii miejskiej Zbigniewa Białasa, którego zainspirował rzeczywisty kafelek z napisem "A. Korzeniec Sosnowice" (Sosnowiec do lat osiemdziesiątych XIX wieku nosił nazwę Sosnowice) wmurowany przed progiem jednej z kamienic. Nieustannie towarzyszy on zresztą bohaterom spektaklu, już to jako trzymana w rękach płytka, już to - zamykając horyzont sceny - jako sporych rozmiarów, raz po raz spuszczany z góry, prospekt. Ten mityczny glazurnik A. Korzeniec, o którym naprawdę nic nie wiadomo, to korzenie Sosnowca w takim stopniu, w jakim jego nieoczekiwana śmierć ekscytuje wszystkich mieszkańców - miasta położonego w tzw. Trójkącie Trzech Cesarzy - a zatem ludzi różnych kultur, przynależności państwowej, narodowości, wyznań, aspiracji, marzeń i zapatrywań.

Scenografia ograniczona jest do niezbędnych elementów, choć patrząc na to, co się dzieje na scenie, trudno się opędzić od skojarzeń: "widowisko plastyczne", tak mocno oddziałują na emocje jej elementy, zwłaszcza rekwizyty i kostiumy. Na tle tylnej ściany zagłębiowskiej sceny jest miejsce na projekcje i slajdy charakterystycznych dla miasta miejsc, poniżej piętrzy się kilka warstw worków z zaprawą do glazury. Pomiędzy nimi a proscenium jest spora przestrzeń, którą swobodnie poruszają się aktorzy przenoszący w obie strony monstrualnie powiększone stare widokówki Sosnowca. Jedne i drugie pełnią różne funkcje: określają miejsce akcji poszczególnych scen, symbolizują ruch lub upływ czasu, odwołują się do emocji lub kierują myśl widza w stronę pozascenicznych, zupełnie współczesnych wydarzeń.

Nic dziwnego, że w mieście wałkowanej przez media "sprawy matki małej Madzi", czyli w miejscu, "w którym nic się nie dzieje", jak mówi redaktor Walerian Monsiorski (Grzegorz Kwas, grający także tytułowego kafelkarza), zmianę scenicznych sytuacji wywołuje zjeżdżająca z góry jak deus ex machina olbrzymia płachta lokalnej gazety "Iskra". Jej krzyczące nagłówki to zarazem kolejne etapy śledztwa prowadzonego przez policję i samego redaktora, rzekomo przybliżające widza do odpowiedzi na pytanie: kto zabił i dlaczego głowę znaleziono osobno, a ciało osobno? Ale kryminalna zagadka jest tylko pretekstem do pokazywania ludzkich historii współtworzących dzieje i współczesność Sosnowca. Zarówno rzeczywistych, przemysłowca Heinricha Dietla czy śpiewaka Jana Kiepury, jak i wymyślonych, syntetyzujących losy żołnierzy i przemytników, kobiet i handlarzy, artystów i dorobkiewiczów.

Przedstawienie zaczyna się niepostrzeżenie, jak niepostrzeżenie prowincjonalna dziura zmienia się w miasteczko, potem w miasto, a w końcu aspiruje do miana ważnego elementu przemysłowej aglomeracji. Światło na widowni nie gaśnie, trwają jeszcze rozmowy, gdy na scenę wchodzi dwóch mężczyzn. Majster z pomocnikiem zaczynają układać kafelki. Za plecami monologującego Korzeńca przesuwa się cały jego świat: żona z ramą ślubnej fotografii, kawiarniani artyści, żydowska służąca, strajkujący robotnicy. Za chwilę wybuchnie wielka wojna, ale oni tego nie zauważą, zajęci swoimi interesami, rywalizacją, bogaceniem się na handlu świniami i ludźmi To trochę klimat jak z Wyspiańskiego: "niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna". Ale świat się zmienia, zaczyna się rywalizacja, może nawet coś w rodzaju wyścigu szczurów - w swoim żywiole jest Samuel Lubelski (Piotr Bułka) pracujący dla agencji emigracyjnej Maksa Weichmana, menadżer i showman, jak byśmy dziś powiedzieli. Do granicy jadą furmanki, w rękach lejce, zawieszone gdzieś pod sufitem nad widownią. Jadą szybciej, i szybciej, może na zatracenie? Jeszcze modlitwa przed drogą i słowa "niech ta historia będzie dobrze opowiedziana".

Po scenografii słowo jest drugim zasadniczym elementem budującym przedstawienie. Rzeczywistość konstruują epickie frazy rodem z biblijnych przypowieści, przywoływanych przez sceniczne postaci kilkakrotnie, nie tylko, co byłoby naturalne, przez zadomowionych w starotestamentowym świecie żydowskich bohaterów. Manifestując epickość, twórcy spektaklu z rozmysłem próbują stworzyć mit założycielski miasta, którego zaprawą jest marzenie o wspólnocie, współistnieniu bez konfliktów i zadrażnień, oraz przekonanie, że obecność przodków i ich duchowe wsparcie towarzyszy ludzkim wyzwaniom. Przychodzą tu na myśl Umarli ze Spoon River Edgara Lee Mastersa, telewizyjne widowisko zrealizowane przez Jolantę Ptaszyńską w nieczynnej hucie "Kościuszko" w Chorzowie. Tamto przedstawienie, pokazując jednostki, mówiło o przemijaniu i okrucieństwie historii, w Teatrze Zagłębia jest odwrotnie - od nieuchronności historycznych procesów widz jest prowadzony do tragikomicznych losów poszczególnych ludzi. Twórcy zapragnęli, by dawne wydarzenia były tak żywe dla współczesnych, jak opowieści o założeniu Teb dla starożytnych Greków. Sądząc z reakcji wypełnionej po brzegi widowni, która nie musi już Ślązakom zazdrościć Cholonka - to im się udało.

Brzyk nie po raz pierwszy odkurza historyczne fakty, patrząc na nie z sympatią, lecz nie bezkrytycznie. Ciekawie zaznacza dystans do wydarzeń, wkładając w usta postaci takie słowa, jak: "za sto lat wielki polski pisarz napisze o panu książkę" albo "a ja jestem Janek Kiepura i zostanę śpiewakiem słynnym na cały świat". Nie po raz pierwszy odnosi się też do pewnych zjawisk z dziejów teatru. To nie tylko zasługa autora, że tym razem dostajemy dialog o muchach jak z Mrożkowych Emigrantów - przezabawny, w kontekście tego, że przez pobliskie Mysłowice do Ameryki wyemigrowało w jednym tylko 1914 roku ćwierć miliona ludzi. Uśmiech zastyga na ustach dopiero wtedy, gdy w świetnym monologu Ester Pławner (debiutująca Edyta Ostojak) okazuje się, że ten american dream dla wielu, zwłaszcza kobiet, stał się snem o piekle brazylijskich burdeli. Z kolei sceny z odciętą głową przywołują skodyfikowane gesty z Hamleta, a tuż przed finałem unosi się nad aktorami duch Fredry ze swym "Zgoda! A Bóg wtedy rękę poda". Łagodna ironia tych zabiegów jest oczywista.

Przedstawienie, jakby na przekór epickiej treści, jest niezwykle teatralne i obfituje w takie pomysły, jak rozegranie piłkarskiego meczu przy pomocy poruszających się mechanicznie aktorów, grających piłkarzyków. Ładnie też rozwiązano kwestię Trójkąta Trzech Cesarzy: trzech żołnierzy o imionach Mikołaj, Franz i Wilhelm w niemal identycznych mundurach, beznamiętnie podnosząc i opuszczając graniczny szlaban (tu kłania się Mrożkowy Dom na granicy), martwi się, że podczas wojny nie będzie można rozpoznać, kto swój, a kto wróg. Świetne są również sceny z Doktor Mojkowską (Ewa Kopczyńska) badającą przyszłych emigrantów: stoi na stołku z wyciągniętą do góry ręką w geście Statuy Wolności i oświetla gardło każdemu podchodzącemu, wypowiadając przy tym słowa: "Ameryka nie przyjmuje każdego".

Ten odwieczny polski motyw - zostać czy wyjeżdżać - przewija się przez cały spektakl, wskazując, jak trudny w realizacji jest ideał wielokulturowości. Marzenie o byciu razem jest raczej życzeniem reżysera, a nie scenicznych postaci! Antonina (Agnieszka Bieńkowska), właścicielka świńskiego interesu, marzy tylko o lepszym życiu dla córki. Jak wszyscy tutaj. Oni są razem, bo tak wyszło, tak powiał wiatr historii - to wyraziście wynika z monologów "obcych": fińskiej guwernantki Emmy (Agnieszka Okońska) i żydowskiego aptekarza Kerszenblata (Wojciech Leśniak, bardzo dobry także jako kolejarz Ociepa i rzeźnik Goździk).

Trzeba przyznać, że młody w większości zespół aktorski stanowi zgrany team, nikt bez potrzeby nie wybija się na pierwszy plan, bo nie o to chodzi. Postaci zostały przyzwoicie zarysowane wokół jednego, dwóch gestów, min, zachowań, sposobów mówienia. Tu łyżka dziegciu - wszystkie monologi były ciut za długie, nieco męczące dla nie-sosnowiczanina. Bez szkody dla postaci i całości spektaklu można było je skrócić. Może dlatego niezła dramaturgia i tempo siadły nieco w drugiej części. Ratowała je muzyka, pełna miejskich dźwięków, nostalgiczna i ekspansywna zarazem.

Jaki z tego morał - jak zapytaliby przed wiekiem nauczyciele w Sosnowcu i nie tylko? Nie bardzo wiadomo, bo choć spiskowa teoria w wyjaśnianiu zbrodni wzięła w łeb, finał nie wybrzmiał za mocno. Jakiś łatwy optymizm czuje się w tym, że portret cara zastąpił polski orzeł, a nad byłymi szwarcownikami z biało-czerwonymi opaskami i w galowych czapkach górniczych unosi się piosenka "bo ta jedyna" czyli kto: Ester Pławner? Zofia Korzeniec? Polska?

Magdalena Legendź
Teatr
20 grudnia 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia