Marzyła o Holywood, nie podbiła Torunia

"Klara" - reż. Piotr Kruszczyński - Teatr im. W. Horzycy w Toruniu

Oparta na bardzo miałkiej prozie Izy Kuny "Klara" okazała się najsłabszym ogniwem cyklu "Męskie-żeńskie". Książka składa się prawie wyłącznie z dialogów i monologów kilku postaci. Małgorzata Sikorska-Miszczuk gwoli urozmaicenia adaptacji rozmnożyła bohaterów, animując ściany, meble, przedmioty; nie tylko wkładając im w usta kwestie z książki, ale i dopisane stosownie do wymogów nowopowstałych ról. I na pozór jest ciekawiej. Zwłaszcza, że Mirek Kaczmarek zaprojektował bardzo gustowną i funkcjonalną oprawę plastyczną. Urozmaicone pilastrami ściany pokoju wytapetowane są czarno-białymi fotosami; jakby bardzo licznymi zmarnowanymi dniami z nieprostego też życia bohaterki.

Rozsypane stop klatki? Wszakże Kuna marzyła dla "Klary" o hollywoodzkiej karierze Przy tym korespondujące z stylem wnętrza kostiumy Patrzy się więc na tę inscenizację z dużą przyjemnością. Bardzo dobrze opracowany jest też ruch sceniczny. Nic tu nie jest statyczne. Porusza się i mówi nawet butelka dżinu (Paweł Tchórzelski) . Ale to wszystko. Intelektualnego ładunku niewiele. Gdyby grane to było w jakimś nieznanym języku, można by pomyśleć - interesujący spektakl. Ale grane jest po polsku i trudno nie zrozumieć, że jest właściwie o niczym.

Bohaterka Kuny to dobijającą czterdziestki zdegenerowana idiotka, która ani na chwilę nie wypuszcza z rąk butelki i papierosa. Przez sześć lat ugania się za mężczyzną, który ją wykorzystuje, sypiając równocześnie nie tylko z własną żoną, ale i młodą asystentką. O ile postać Klary w książce, owszem, do znudzenia powiela własne błędy, tu, by nie nużyć widza, została okrojona do tego stopnia, iż nie widać jej prawie zupełnie. Wcielająca się w jej postać Anna Kociarz, nie wiadomo po co specjalnie importowana do tej roli, nie przebija się przez formę. Nawet w piosence, którą śpiewa na początku zostaje zagłuszona przez muzykę tak dalece, że nie sposób zrozumieć jednego słowa.

Podobnie z paroma innymi postaciami. Doprawdy trudno dopatrzeć się w nich wnętrza. Choćby dość ważna w książce poprzez wzajemne relacje z córką, Mama Klary, tu ograniczona została właściwie do dwóch groteskowych scen. Po wyjściu z teatru pamięta się więc tylko Annę Romanowicz-Kozanecką podwieszoną pionowo do liny i ginącą gdzieś w górze; albo jako osnutego woalem chyba już ducha, rodem z Witkacego.

Dopisana przez autorkę adaptacji postać Chińczyka grana jest przez Marka Milczarczyka jak kabaretowa parodia. Ale nie ma się co dziwić, bo to żaden też materiał na rolę. Aktorzy wychodzą z siebie, żeby z bardzo wątłego materiału dramaturgicznego coś jednak wykrzesać.

Najciekawiej zagraną rolą jest tu Aleks Pawła Kowalskiego. Aktor przepięknie wpisując się w konwencję groteski, pokazuje jednocześnie podłość i perfidię bohatera. Ta postać od początku zdaje się być jakby lepka, wewnętrznie obleśna. Nie tylko dlatego, że przeważnie usytuowana jest na sedesie, by w bezpiecznej odległości od uszu żony, wyznawać przez telefon miłość kochance. Ale na jej tle tym bardziej niezrozumiałe wydaje postępowanie Klary. Znacznie lepiej wypada przy Aleksie Żona Anny Magalskiej-Milczarczyk. Aktorka gra wiele poza tekstem. Nawet w najbardziej groteskowych scenach, widzimy i tragiczny wymiar tej postaci.

Dzięki dobremu aktorstwu trochę psychologii można się też doszukać w scenie, gdzie jeden z bohaterów próbuje wyznać rodzicom, że jest gejem. Ze strachu wyśpiewuje to po angielsku. Matka, dobrze grana przez Teresą Stępień-Nowicką, choć coś przeczuwa, nie rozumie tego języka, więc Ojciec (Marek Milczarczyk), by ją uspokoić tłumaczy, że syn jest chory na raka. Co kobieta przyjmuje z dużą ulgą. Ale ten wątek nie brzmi bynajmniej, jak apel o tolerancję. I to wcale nie dlatego, że w jednej z wcześniejszych scen bardzo sugestywnie zarzuca się gejom niewierność, ale stąd, że są oni pokazani w spektaklu bardzo komicznie tak przez scenografa, który każe im biegać w stringach naciągniętych na białe bawełniane bokserki, jak i autorkę adaptacji. Gejami są tu bowiem Stół i Krzesło, które zdradziło partnera z taboretem z Bydgoskiej Fabryki Mebli. Jest to jeden z nielicznych momentów w spektaklu, kiedy dobrze słychać śmiech na widowni; mimo iż grający Stół Tomasz Mycan obok akcentów komediowych delikatnie przydaje też postaci nutek dramatycznych i w sumie buduje ciekawą postać.

Bez sensu wydaje się przemycanie do tekstu też aktualnych akcentów politycznych. Brzmią banalnie. Szkoda, że realizatorzy włożyli w tę inscenizację tak wiele wysiłku, "Klary" i tak nie dało się uratować. Jednakże miłośników pięknej formy serdecznie do obejrzenia tego spektaklu zachęcam.

Anita Nowak
Teatr dla Was
4 grudnia 2012

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski