Materia Prima, czyli podziw dla techne

5. Międzynarodowy Festiwal Teatru Formy. Materia Prima

Jest w festiwalu Materia Prima coś przewrotnego, coś, co nakazuje "przebranżowić" gust wyrobiony na tak zwanym repertuarowym teatrze dramatycznym. Przyznane już w nazwie festiwalu pierwszeństwo materii staje się tutaj daleko posuniętą pochwałą rzemiosła.

Chodzi o to, że teatr formy jawi się tutaj jako sztuka pojęta w kategoriach techne. I właśnie ta dominacja techne sprawia publiczności niewysłowioną przyjemność.

Najlepszym przykładem jest "Lebensraum"[na zdjęciu] Jakopa Ahlboma. Podobnie jak w "Horrorze" pokazywanym na Materii Primie w 2017 roku, tak w tym przedstawieniu holenderski twórca sięga po hiperrealistyczne środki wyrazu, by przedstawić fantastyczną historię w możliwie najbardziej przekonujący sposób. Fabuła opowiada o dwóch konstruktorach, którzy pod wpływem rozczarowania dotychczasowymi rozwiązaniami mechanicznymi wspólnego domu, postanawiają zbudować kobietę-robota do prac domowych. Sympatyczni skądinąd bohaterowie nie przewidują, że w konstrukcji może tkwić iskierka życia, która popycha ją do poszukiwania podmiotowości. Nie godzi się ona na odgórnie przypisaną rolę służącej, co prowadzi do serii komediowych sytuacji i farsowych nieporozumień.

Inspiracją przedstawienia była twórczość Bustera Keatona. Zwłaszcza kreacja głównych bohaterów przywodzi na myśl konwencje niemego kina i jej "gapowatego" protagonisty. Fabuła bliska jest "Elektrycznemu domowi" (1922), gdzie w funkcjonalnie zaprojektowanym domu kolejne rozwiązania techniczne zaczynają zwracać się przeciwko twórcy. W "Lebensraum" to nie skradziony tytuł naukowy inżyniera stanowi powód zemsty martwej materii. Ona po prostu przestaje być martwa i emancypuje się spod władzy twórców. Ahlbom skonstruował podobny dom, który z czasem odziera się z martwej i chłodnej kalkulacji na rzecz szeroko pojętego życia symbolizowanego, paradoksalnie, przez maszynę.

Przedstawienie możemy odczytać jako wypowiedź na przynajmniej kilku poziomach. W odwołaniu do tytułowej "przestrzeni życiowej" reżyser zdaje się krytykować zarówno technokratyzm jak i te tendencje, które niewolą innych, w tym wypadku nieludzi, dla własnej korzyści. Ale temat emancypacji maszyny może być rozumiany także jako wypowiedź metateatralna. Wszak sam Ahlbom, jak bohaterowie jego opowieści, tworzy teatralną maszynę, w której liczy się precyzja ruchu, czasowa synchronizacja i niebywała sprawność warsztatowa aktorów. Techne, zdaje się mówić autor, nie może odgrywać w teatrze tylko roli służalczej - sama w sobie jest wartościowym aktorem. A więc - niech żyją maszyny!

Trudno było mi na tegorocznej edycji festiwalu znaleźć równie ważką wypowiedź artystyczną, która wiązałaby mistrzostwo formy z wielopoziomową refleksją na temat maszynerii teatru. W moim odczuciu nie było to na pewno nagrodzone długą owacją na stojąco "Requiem pour L.", opisywane zresztą w programie festiwalu jako "jedno z najważniejszych wydarzeń scenicznych ostatnich lat - które - nie pozostawia nikogo obojętnym". Choreograf Alain Platel i kompozytor Fabrizio Cassol stworzyli wariację na temat "Requiem" Wolfganga Amadeusa Mozarta. Czternastu muzyków, wśród nich instrumentaliści, piosenkarze i soliści operowi, poruszają się w przestrzeni naznaczonej śmiercią. Scena wypełniona jest schematycznymi grobami, które przypominają projekt Petera Eisenmana, czyli Pomnik Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie. Ta przestrzeń zostaje zestawiona z projekcją wyświetlaną na ścianie za muzykami. Jest to autentyczny zapis agonii tytułowej L.

Cassol zainspirowany rytuałami pogrzebowymi, których był świadkiem w Kongo, postanawia skomponować muzykę korzystając z tradycji muzyki afrykańskiej. Stworzył polifoniczną strukturę, w której przenikają się języki afrykańskie z łaciną, muzyka klasyczna i współczesna, wpływy obydwu kontynentów. Tymczasem Platel zadbał o ruch, który przywołuje na myśl rytuał pogrzebowy odprawiany nad umierającą L. Przez niemal dwie godziny jesteśmy więc świadkami multikulturowej mszy pogrzebowej dla kobiety, która jest nam zupełnie obca.

Wielość środków i inspiracji tworzy heterogeniczną strukturę, która w moim odczuciu nie poraża ani skrajnym napięciem, ani głębszym sensem. Wręcz przeciwnie, wykorzystane środki tylko muskają po powierzchni znaczeń. Zestawienie ostatnich chwil życia L. z muzycznym krajobrazem śmierci nie tworzy żadnego zasadniczego przekazu, nie uruchamia emocji, procesu utożsamienia czy współczucia. Dlatego nie mogę o "Requiem pour L." myśleć inaczej jak o ilustrowanym koncercie. Tym bardziej, że ruch rozpisany dla muzyków przez Platela ograniczył się do chodzenia między grobami lub skakania po nich i wymieniania głębokich spojrzeń. Wbrew odważnym zapowiedziom programowym pozostałem zupełnie obojętny wobec tego kontestowania granicy między sztuką a śmiercią.

Takim samym wzruszeniem ramionami mógłbym skomentować "Spotkanie z tobą było moim przeznaczeniem" francuskiego duetu Marie-Claude Pietragalla i Julien Derouault. Jest to ten typ teatru tańca, który, podobnie zresztą jak twórcy "Requiem pour L.", chce mówić o uniwersaliach. Podchodząc do tematu jako do szkolnego referatu, tworząc przekrój danego pojęcia - w tym wypadku "miłości" - teatr ten żongluje odwołaniami kulturowymi, w efekcie dając prostą fabułkę niemogącą pomieścić namiętności i ogromu ekspresji generowanych przez artystów.

Pietragalla i Derouault tworzą opowieść o małżeństwie zaliczającym wzloty i upadki. Poszczególne układy komentują kolejne etapy ich związku: zachwyt, namiętność, rutyna, rozczarowanie. O dno banału ocieraliśmy się wielokrotnie: gdy oglądamy "układ z kubkami" (kochankowie tańczą z użyciem kubków prawdopodobnie z poranną kawą), czy "układ z odkurzaczem" (gdy on ogląda telewizor a ona jest zmuszona wykonywać za niego obowiązki domowe). Na nic się zdaje bogaty warsztat artystów. Sytuacje, w których się poruszają są tak schematyczne, że nie da się ich wyłączyć nawet w oglądzie zredukowanym do emocjonalności. Bo i jak mam siłą wyobraźni usunąć odkurzacz z rąk tancerki, która wpada jak gdyby w taneczny układ z własną samotnością?

Warto wspomnieć o istotnym mankamencie dobrze obrazującym profil festiwalu. Pierwszeństwo materii posunięte jest do tego stopnia, że nie tłumaczy się żadnych wypowiedzi scenicznych, które, naturalnie, formułowane są w języku artystów. Chcę na to zwrócić uwagę, bo w czasie pokazu "Spotkania..." i zachwytu publiczności (częściowo wstała z miejsc), czułem się jak ten samotny chłopiec w tłumie, który jako jedyny chce powiedzieć "król jest nagi". Asekuracyjnie zapytam: a może to odgórnie przyjęta strategia, która ma na celu niezaburzanie harmonii dźwięku - jako materii - i kategoryczną negację koncepcji słowa jako nośnika znaczeń? A może zakłada się, że bywalcy krakowskiej opery znają biegle francuski? Mówiąc poważnie, gdy aktor wyrzuca z siebie słowa, które są kontrapunktem jego ekspresji cielesnej, a widz nie jest w stanie zrozumieć, co on mówi, nie da się wynieść ze spektaklu nic więcej ponad wrażenie dziesięciolatki zasłyszane w tłumie: że scena z odkurzaczem była najlepsza.

Wybrałem te trzy spektakle, bo dobrze oddają ducha festiwalu. "Porzućcie fabularne roszczenia, wy, którzy tu wchodzicie" - zdaje się twierdzić niewidoczny napis nad bramą festiwalu. Ja go widocznie przeoczyłem i wszedłem tam z oczekiwaniami widza repertuaru dramatycznego. I przez to, teraz, gdy piszę te słowa, czuję się jak barbarzyńca buszujący w ogrodzie. W moim ograniczonym spojrzeniu teatr formy grzeszy, gdy na czoło wysuwa techne zapominając o tym, co chce widzowi przekazać, a dzieło zyskuje, gdy potrafi stworzyć wiele połączonych ze sobą poziomów - od materii do refleksji (jak zrobił to Ahlbom). Tymczasem publiczność oklaskiwała z ogromnym zaangażowaniem głównie techne - oderwane od dramaturgicznych "zniekształceń" i bazujące na podstawowych sytuacjach i emocjach. Może to oznaka ogólnego trendu wśród krakowskich widzów teatralnych, znamionującego znużenie intelektualnym stylem teatru? A może tylko mój brak empatii wobec tak zwanych spraw fundamentalnych.

Piotr Urbanowicz
e-teatr.pl
6 marca 2019

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia