Męczeństwo nie bez przyczyny

"Madame Curie" - reż. Marek Weiss - Państwowa Opera Bałtycka w Gdańsku

Była Trawiata, była Tosca.

Teraz jest Curie-Skłodowska.

"Madame Curie" należy do tych nowych dzieł, w których racja i postulat ideowy chcą tak blisko znaleźć się obok oczywistości, by nie rzec poprawności, że inteligentny widz może poczuć się zaniepokojony. Nie chodzi się do opery po publicystyczny banał. Widz nie chce być ani nachalnie informowany o czymś, ani przekonywany, choćby w najsłuszniejszej sprawie. W "Madame Curie" przede wszystkim zawiódł scenariusz, a zastosowany język jest zbyt trudny, aby liczyć na dobry odbiór u młodszej widowni. I aby plakatowość utworu miała się na coś przydać.

O postaci Marii Skłodowskiej-Curie, w ogólnym odczuciu raczej bezbarwnej, wiemy niewiele więcej niż to, co podają encyklopedyczne hasła. Odkrycie radu i polonu, Nagroda Nobla. Jedno lub dwa zdjęcia od niepamiętnych czasów utrwalane w wydawnictwach. Spogląda z nich twarz chemiczki, naukowca, twarz delikatna, lecz pochmurna, naznaczona niepokojem i cierpieniem. Ten wizerunek postanowiły konsekwentnie przypomnieć na scenie twórczynie opery: kompozytorka Elżbieta Sikora - urodzona we Lwowie w 1943, uczennica Tadeusza Bairda i Pierre'a Schaeffera, od 1981 mieszkająca w Paryżu - i librecistka Agata Miklaszewska. Reżyseria Marka Weissa niczego w tej kwestii nie zmieniła. Curie jest przez cały spektakl postacią traktowaną serio i to w stylu prawie hagiograficznym. Walczy, nie poddaje się, pracuje, cierpi, ma skrupuły (jej odkrycia niosą z sobą ofiary), a na końcu zostaje poddana swoistej apoteozie.

Od pierwszych do ostatnich taktów opery panuje atmosfera niezwykłej nerwowości i zagrożenia. Bohaterkę otacza represyjne społeczeństwo, naukowcy, akademicy (mężczyźni) i prasa - i nikt nie zamierza przyjąć do wiadomości, że kobieta coś potrafi. Sytuacja niewątpliwie jest zgodna z biografią noblistki, lecz przedstawiona zostaje zbyt jednostronnie, zamienia spektakl w "opowiadanie z tezą". Oto już na wstępie Maria zostaje powiadomiona o przyznaniu jej Nagrody Nobla. Jednak życzliwy autor listu zniechęcą do jej przyjęcia. Ta atmosfera oburzenia, donosów, insynuacji i napaści towarzyszy bohaterce do końca spektaklu. Wyjątkami w świecie mężczyzn są kochający mąż Piotr, Albert Einstein i jeszcze ktoś, cudem wyjęty z tłumu wrogich kabotynów. Naprzeciw szarej masy stoi, ubrana w jasną i prostą suknię, przypominającą nocną koszulę, dzielna Maria. W rękach trzyma fiolki z pierwiastkami. "Ona jest tylko kobietą!" - krzyczą maski i jest to oskarżenie, przed którym nie warto się bronić. "Nie będą mi dyktować, jak mam żyć, co mam robić. Idźcie do diabła!" - krzyczy utalentowana kobieta. To jej hasło.

Śmierć Piotra jest dla Marii niespodziewanym ciosem. Na scenie pojawia się postać, ubrana jak święta Madonna z obrazka, i kroczy, obojętna na dramat kobiety. Nie bardzo wiadomo, w jakim celu Absolut zostaje tu wezwany, jeśli nie miał wcześniej udziału ani w życiu, ani w odkryciach. W innym miejscu spektaklu Bóg - według jednej z masek - "nie tylko gra w kości, ale i oszukuje". Rozsądek jest wartością nadrzędną w świecie Marii i społeczeństwa, w jakim żyje. Człowiek, którego uosabia, chce wiedzieć, posiąść naukę, używać jej dla swych potrzeb, pomimo rozterek, wynikających z porażek i nieuniknionych błędów. Ta świadomość znajduje jednak w muzyce wyraz, który rozczarowuje. Za wiele jest niepokoju, chaosu i, zdawałoby się, jałowej walki, aby obraz życia jednostki był wiarygodny i rzeczywiście interesował.

Kobietę-naukowca z uznaniem przyjmuje Ameryka. W hołdzie dla geniuszu Marie Curie amerykańscy przyjaciele ofiarowują jej jeden gram radu. W montażu obrazów, które wykorzystano w spektaklu, pojawiają się sceny z I wojny światowej oraz sytuacje, kiedy odkrycia noblistki pomagają ofiarom. Bolesne wyrzuty pojawiają się wraz z listą osób, które ucierpiały w trakcie badań. Chorzy na raka i białaczkę wystawiają świadectwo o życiowej pomyłce Curie. Nuklearny grzyb unosi się złowieszczo na ekranie, a jego cień jest groźną puentą dla naukowych badań, którym oddała swoje życie Maria.

Inscenizacja Marka Weissa jest bardzo prosta, ograniczona wąską przestrzenią estrady w sali posiedzeń gmachu UNESCO i plastycznie przekonująca. Na środku stoi masywny stół symbolizujący elementy laboratorium. Po bokach na wysokich praktykablach został ustawiony chór w ubraniach z epoki, zaciekle dyskutujący z Marią oraz informujący o światowych wydarzeniach.

Język muzyczny Sikory to ekspresyjny sonoryzm. Smyczki w wysokich rejestrach dominują w partyturze, tworząc przejmujący klimat zagrożenia. Postaci kreowane przez wokalistów najlepiej wypadają w melorecytacjach. W partiach śpiewanych tekst jest mało słyszalny lub popada w dziwną kolizję z melodyką słowa, co niewątpliwie należy do ekspresyjnego stylu kompozytorki. W roli Marii Skłodowskiej-Curie wystąpiła Anna Mikołajczyk i stworzyła wielką postać, nagrodzoną entuzjastycznymi brawami.

Można żałować, że mimo nie raz podkreślanej w fabule narodowości Marii jej pełne nazwisko nie trafiło do tytułu opery. A mogłoby ono brzmieć bardziej znajomo i w zgodzie z rzeczywistością: "Madame Skłodowska-Curie", ponieważ jest to opowieść o noblistce urodzonej i wychowanej w Warszawie.

Paweł Zapendowski
Teatralia
17 lutego 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...