Mega współczesna muzyka bez "wąsa"

Rozmowa z Matyldą Damięcką i Łukaszem Witt-Michałowskim

30 stycznia jak również w Sylwestra i Nowy Rok, Scena in vitro pod dyrekcją Łukasza Witt-Michałowskiego, po raz kolejny w Lubelskim Centrum Kultury zdecydowała się wystawić swój spektakl „A recipe for Leonard Cohen". Cieszący się ogromną popularnością spektakl z udziałem między innymi Matyldy Damięckiej jak również samego Łukasza Witt- Michałowskiego w roli Leonarda Cohena zmotywowały naszą redakcję do rozmowy na temat pomysłu, jak i przesłania spektaklu. Przy kartkach poezji Leonarda Cohena i jego grafikach rozmowa toczyła się swoją drogą drogą poezji Leonarda Cohena.

Z Matyldą Damięcką i Łukaszem  Witt-Michałowskim, twórcami i wykonawcami spektaklu „A recipe for Leonard Cohen", rozmawia Dorota Pogorzelska z lubelskiej redakcji Dziennika Teatralnego.

Dorota Pogorzelska: - Kiedy po raz pierwszy zetknęłaś się z twórczością Leonarda Cohena? Jakie wtedy towarzyszyły emocje, jak się czułaś kiedy po raz pierwszy usłyszałaś jego głos, czy też przeczytałaś jego poezje?

Matylda Damięcka: - Z Cohenem to jest tak że albo się go lubi albo... to jest jak z poezją śpiewaną albo lubi się ten sznyt albo go się nie lubi. Ja musiałam trochę do niego dojrzeć. Zawsze byłam fanem tej gwardii, wychowywana byłam w rocku czyli w bardzo w bliskiej tematyce Cohena. Bob Dylan... i szczerze mówiąc dopiero 10 lat temu zaczęłam postrzegać go jako postać rockową. Wiem, że nie jest to stricte rock ale chodzi o osobowość bo był rockandrollowy, chodzi o ten charakter o to towarzystwo. To były piękne czasy David Bowie, Iggy Pop i przez to, że Cohen kojarzy się z tym kapeluszem z tym „smędzeniem" takim- ja to mówię z miłością to była muzyka „z wąsem". Słowo „rockandrollowe" to jest słowo klucz. To miało w sobie jednak bardzo dużo tego mięsa, którego trzeba się dokopać dopiero jak go się posłucha... poczyta... jakim był? jaką miał historię? Muzycy, z którymi współpracował, z którymi się przyjaźnił to robi taką otoczkę, która osadza go w towarzystwie, które chce go słuchać i przyznam, że wcześniej jak go poznałam jako nastolatka to nie była muzyka którą pokochałam od pierwszego wejrzenia. Zawsze miałam coś takiego,no... nie zawsze ale bardzo często, że powierzchownie oceniam artystów a pierwsze wrażenie często jest mylne. W wielu artystów trzeba się wsłuchać i jednak trochę o nich poczytać aby wiedzieć co za tym wszystkim stoi. A Leonard Cohen to jeden był z tych właśnie artystów.

- 10 lat temu poznałaś tak naprawdę jego twórczość czy temu towarzyszyło jakieś wydarzenie?

Matylda Damięcka: - Nie. To są po prostu rzeczy, do których w pewnym momencie dojrzewamy, dojrzewamy do jego muzyki. Trochę to się stało tak, że będąc w szkole teatralnej na przekór bardzo nie lubiłam poezji śpiewanej ale to głównie przez to w jaki sposób szkoły uczą wykonywania tych utworów. Były one jak z czasów, które już jednak przemijają tak jak i pewne mody przemijają. Na szczęście przemijają, a szkoła jakby się cofnęła i ani rusz nie szła do przodu. Poezja śpiewna kojarzyła mi się przez to z takim „aktorzeniem"

- Nienaturalnością?

Matylda Damięcka: - Nie, właśnie z naturalnością ale śpiewną przez aktorów z taką z taką... jest ona taka dobitna! Taka na piedestale! Taka w świetle jednego spota w czarnym golfie prawie że... a to są proste rzeczy. On wcale nie chciał, podejrzewam, żeby był interpretowany jak Demarczyk. No to są te czasy. Czasy, natchnione tak wyśpiewywane, z takim przytupem, gdzie aktor patrzy w dal, ze łzą w oku. To wszystko jest prostsze bliżej ciała. To znaczy, on jest bliżej moim zdaniem. Leonard Cohen, on jest bliżej emocji, on jest bliżej prostych rzeczy. On ma piękne metafory - owszem - ale to są proste rzeczy, wszystkie te metafory, wszystko o czym śpiewa są bliżej człowieka, a nie pomnika człowieka.

- Czyli człowieka z krwi i kości , który żyje i ma swoje pragnienia, swoje smutki. Chciałabym się dowiedzieć, co tak konkretnie od siebie chciałabyś wrzucić do naszego wielkiego kotła, który pojawia się w sztuce. Nie jako aktorka, której rolę kreujesz ale ty. Prywatnie. Co jest dla ciebie ważne? Co chciałabyś dorzucić? do emocji naszych przeżyć, naszych smutków, jak również naszych małych radości codziennego dnia życia?

Matylda Damięcka: - Myślę, że o ile Leonarda by to interesowało co czuję to... po pierwsze zgadzam się ze wszystkim rzeczami, które zostały wrzucone. Pierwsze o czym myślę to są alkohol i papierosy. Drugie to są akty. Ponieważ rysuję akty. Bohaterkami jednych z moich cykli rysunków są małe nagie kobiety wśród dużych przedmiotów. Nie wiem, jak to inaczej nazwać na przykład kobieta, która leży na ogromnym jabłku. Więc wrzuciłabym parę kobiet gdyż Leonard kochał kobiety. Wrzuciłabym dobrą łychę burbona, no i pyszne papierosy. Niech mu służą. I wrzuciłabym mu parę słów ze swojej sztuki gdyż traktował słowo jako swoją poezję. On nie miał z tym problemu. Ja niestety cały czas mam problem ze słowem pisanym, z dzieleniem się nim, z dzieleniem się tekstami swoich piosenek. Wrzuciłabym najpierw jemu swoje piosenki abym się z nimi oswoiła aby jego mądrość spłynęła na mnie, albo żebym przestała to robić. Wierzę, że był takim człowiekiem, który nie pozwoliłby mi tracić czasu na pisanie takich rzeczy jeśli byłaby to na przykład grafomania.

- A co, jeśli powiedziałby to samo, co o swoich wierszach, że są lepsze niż inne wiersze, gdyż piszą o pięknych sprawach, chociaż same takie nie są?

Matylda Damięcka: - Tak. To znaczy ja bym wysłuchała wszystkiego co miałby mi do powiedzenia. W życiu mam problemy z autorytetami, ponieważ to nie jest kwestia tego, że czuje się tak świetnie z sobą i uważam siebie za lepszą artystkę niż inni ale uważam, że na poświęcanie komuś miejsca w swojej hierarchii na autorytet trzeba sobie naprawdę zasłużyć. Musimy sobie je dobierać bardzo zmyślnie i nie szastać tymi miejscami. Leonard Cohen byłby tą jedną z osób, którą wysłuchałabym z olbrzymią skruchą i z otwartymi oczami i uszami. Przyjęłabym każdą krytykę, bo tak też zostałam nauczona w domu, że po premierze bardziej wartościowe jest dla nas usłyszeć dobrą krytykę niż pochlebstwa. Jeżeli kogoś się tylko gładzi po głowie, to kompletnie do niczego nie prowadzi. Więc jeżeli ktoś jest w stanie wyłapać same złe rzeczy, które można poprawić to jest bardzo wartościowe.

- O, proszę. Jest i reżyser spektaklu Łukasz Witt-Michałowski. Dzień dobry. Panie Łukaszu, kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z poezją Leonarda Cohena, jaki to był ważny moment w pana życiu?

Łukasz Witt Michałowski: - Miałem lekcje angielskiego prywatnie u pana, który udzielał mi ich w swoim mieszkaniu, w bardzo wysokim wieżowcu. Ponieważ to był pan, który dużo czasu spędził w Anglii, miał sporo różnych kaset z muzyką, której w tamtych czasach w Polsce nie było w nadmiarze. Zainteresowała mnie szczerze mówiąc okładka kasety, na której gość w ciemnym garniturze od Armaniego, w ciemnych okularach, zajada banana.

- Taki kontrast? Elegancki garnitur i banan. Tak?

Łukasz Witt-Michałowski: - Po latach przeczytałem wypowiedź Cohena, w której komentował tę okładkę mówiąc, że zależało mu aby to było coś burzącego porządek tego wygładzonego zdjęcia. I rzeczywiście to zadziałało. Byłem wtedy nastolatkiem. Włączałem sobie potajemnie tę kasetę zawsze, gdy mój anglista wychodził z pokoju. Utwór „First We Take Manhattan" zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Nie znałem na tyle angielskiego aby zrozumieć, co ten facet śpiewa ale to zestawienie słów i melodii zadziałało na moją wyobraźnię. Zdawało się niezwykle ważne i mroczne co ten facet ma do powiedzenia . Zżerała mnie ciekawość i tym chętniej zacząłem uczyć się angielskiego.

- Skąd pomysł na sztukę czy ktoś zainspirował Pana? Czy zupełnie wynikło to przypadkowo?

Łukasz Witt -Michałowski: - Kiedyś, będąc w szeregach Teatru Witkacego w Zakopanem zrobiłem taką muzyczną niespodziankę dla całego zespołu. To były urodziny Teatru i chciałem sobie pośpiewać trochę, więc skonstruowałem z pomocą Andrzeja Dziuka scenariusz. Napisałem do agentki Leonarda Cohena - do tej samej, która zdefraudowała oszczędności Cohena jakiś czas później. Wtedy niespecjalnie pilnowano praw autorskich, ale ja, z racji mojego afektu wobec autora, chciałem być w porządku. ( śmiech) Agentka poprosiła o scenariusz. Wysłałem przetłumaczony, z pomocą mojej znajomej, zakopiańskiej tłumaczki, skrypt. Leonard odpisał mi, że mogę dowolnie dysponować jego twórczością. Taką miałem przygodę z Cohenem. On mi wtedy umożliwił realizację tego projektu bez żadnych nakładów finansowych ze strony mojej, czy teatru. Było to przed okresem ponownego boomu na Cohena, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy przebywał w klasztorze Zen. Późniejsi agenci już tak nie rozdawali praw autorskich na lewo i prawo, więc otrzymałem w tamtych czasach taki jednorazowy prezent.

- Leonard Cohen w jednym ze swoich wierszy powiedział - "Idź swoją drogą a ja pójdę twoją drogą". Czy starał się pan pójść jego drogą tworząc ten spektakl? Czy jest właśnie na odwrót, że podążył pan swoją drogą?

Łukasz Witt-Michałowski - To był impuls. Potrzeba wewnętrzna, mój rodzaj „dziękuję" wobec Cohena. Od ponad dekady rozmawialiśmy z Maksem Kowalskim, moim przyjacielem i kompozytorem o tym, że trzeba to zrobić. Że czujemy takie ciśnienie inkubacyjne w sobie. Bardzo chcieliśmy, aby Matylda wzięła w tym udział i artyści, którzy spotykają się z nami w tej muzyce, ale to nigdy nie jest tak, że chciałem kogoś w czymś naśladować. Trudno byłoby jak równy z równym mierzyć się z Cohenem. Zresztą nie o to tutaj chodzi. „Nie", to jest odpowiedź moja, nasza na to, co on z nami wewnętrznie zrobił. Matylda śpiewa zawodowo - ja nie. Jest to dla mnie eksperyment. Jednorazowy eksperyment. Ale on rzeczywiście wynika z potrzeby serca. Mam nadzieję, że od tej mojej potrzeby serca nie ucierpi widownia. (śmiech)

- W spektaklu jest wielka dbałość o szczegóły. Nawiązanie do jego wierszy, w których swoją poezję nazywa „zieloną zielenią zieleniny", która tworzy metaforyczny komentarz do Tory. Tą zieleniną w waszym spektaklu jest? Może inaczej. Jaki szczegół stanowi tą „zieleninę"?

Łukasz Witt-Michałowski: - Kiedyś Leonard Cohen powiedziało o Federico Lorce , że Lorca zbombardował jego życie smutkiem. Smutek wniesiony przez Hiszpana pogłębił artystycznie smutek Kanadyjczyka. W wydanej po śmierci Cohena książce „Płomień" on sam twierdzi, że akordów uczył go jeden raz Hiszpan, którego poznał w Montrealu. Udzielił mu jedynie trzech lekcji, a na kolejną nie przyszedł, bo jak się okazało później - popełnił samobójstwo. I - według słów Cohena - cała jego późniejsza muzyka oparta jest na tym czego nauczył go ten tajemniczy gość. Ten nieznajomy Hiszpan. Krótko: to, co Lorca zrobił z Cohenem - Cohen zrobił ze mną. Dosłownie przeorał moje widzenie rzeczy.

Matylda Damięcka: - Wracając do pytania. „Zieleniną" jest nasza wrażliwość. Cohen przez nasz system przefiltrowany. U mnie to jest „The Story Of Isaac", który śpiewam pod sam koniec, który mnie przeorał dosyć ostro. Coś mnie kosztuje ale jest miło, że jest utwór, który jednak coś wywołuje, a do czego nie trzeba nic dogrywać. Jeżeli sama poezja przechodzi przez usta i wywołuje emocje, wszystko jest o wiele prostsze. Bo potem już się jest innym człowiekiem.

- Jest się również innym człowiekiem po pobycie w klasztorze o czym mówił sam Leonard. Spektakl jest grany w Sylwestra jak również w Nowy Rok. Jak myślicie? Czy osoby, które przyjdą w tych dniach, również staną się innymi ludźmi? Dlaczego w tym czasie? Czy zrobiliście to specjalnie? Czy taki był po prostu grafik?

Łukasz Witt-Michałowski: - To jest taki czas przejścia. Transgresji. To jest Nowy Rok. Zamykamy za sobą stary. Z tą myślą, że Cohen swoim pobytem w klasztorze też otworzył jakiś rozdział i wydaje mi się spójny z tą ideą. Wszystko jest u nas takim japońskim wieczorem. W związku z tym, że to był klasztor Zen będziemy mieli tego wieczoru rodzinę Nakamoto z Japonii, która oprowadzi nas po świecie kultury Japonii. To jest ciekawe, co u Żyda z Montrealu mogło wzbudzić na tyle ciekawość w Buddyzmie, że - jak sam przyznał - w latach osiemdziesiątych z nadgorliwości spieprzył sobie oba kolana siedząc w zazen? Jest nawet taka opowieść w naszym spektaklu, kiedy Chasydzi przychodzą do klasztoru Zen, w którym Cohen przebywa, aby go nawrócić z powrotem na judaizm. Po spędzonym wspólnie wieczorze wychodzą bardzo zbudowani. To wszystko są tajemnicze spotkania.

- Spotkania dwóch kultur dwóch religii, dwóch filozofii.

Matylda Damięcka: - Magia sztuki, magia tworzenia spektakli, każda z osób w sztuce coś zmienia. Jakoś inaczej ciężar się rozkłada. Dlatego gdybyśmy wzięli inny skład zespołu, wszystko wyglądałoby inaczej. Wracając do pytania. Ja osobiście miałam wpływ na grafik i jest mi osobiście dobrze z tym, że kończę rok grając ten spektakl. Nie lubię podsumowań całego roku ale osobiście nam pomaga, że robimy sobie postanowienia w Nowym Roku, że w Nowym Roku na przykład zacznę ćwiczyć. Dla mnie to, że gram w Sylwestra nie jest jakimś postanowieniem noworocznym ale cieszę się, że gram ten spektakl, bo ze wszystkich rzeczy, które robię jest to dla mnie ważne. Pożegnałam się już w 2018 roku z paroma ważnymi miejscami, z którymi współpracowałam. Tutaj jest takie miejsce gdzie mi się dobrze robi, gdzie czuję się wysłuchana, gdzie czuję, że mam jakąś wolność we wszystkim co się wiąże ze sztuką i z efektem końcowym, i dlatego jest mi dobrze, że kończę rok tym a nie innym spektaklem, w tym, a nie w innym miejscu.

- Spektakl jest grany w języku angielskim. Czy były próby zagrania go za granicą? Może Izrael? W spektaklu jest tak wiele z kultury judaizmu. Może wielka Brytania?

Łukasz Witt-Michałowski: - Nie zamykamy się na kraje B dopuszczając tylko kraje A. Mieliśmy premierę spektaklu w kwietniu ubiegłego a roku potem z różnych przyczyn nie mogliśmy do niego wrócić. W zasadzie to znowu jest jakby premiera. Chcemy grać go możliwie często i możliwie wszędzie.

Redakcja: Sztuka jest uniwersalna, przekaz jest zrozumiały zarówno dla Polaków jak i dla mieszkańców Izraela czy Kanady.

Łukasz Witt-Michałowski: - Byłoby ciekawe zagrać w Strefie Gazy muzykę Cohena na przykład. Nie tylko w miejscach, w których obecność ducha Jego muzyki wydaje się być oczywista. Jedno nie wyklucza drugiego. Mówię tutaj o prowokacji myślowej. Mówiąc Cohen nie możemy ograniczać się tylko do sfery judaizmu. Sam Cohen dość eklektycznie podchodził do tych spraw i był zwolennikiem korzystania z tego „co działa".

Matylda Damięcka: - Zwłaszcza, że jego poezja jest uniwersalna. Traktuje o ludzkich rzeczach. Poza tym dobrze, że jest po angielsku, to również pomaga. Jest opowieścią o człowieku z konkretnymi anegdotami. Fajnie jest poznać same anegdoty. Dla kogoś, kto jest fanem Cohena jak także sam koncert.

Łukasz Witt-Michałowski: - Mamy znakomitych muzyków z różnych miejsc z Polski i z różnymi korzeniami muzycznymi. Każdy, na co dzień uprawia inny jej rodzaj. Więc oni, wpadając tutaj na siebie, kreują bardzo ciekawe rzeczy. Ich odmienność nie ułatwia współpracy, jest za to niezwykle owocna. (śmiech)

Matylda Damięcka: - Każdy jest z trochę z innej bajki i blues to nie jest książkowy blues. To nie jest blues przewidywalny a „przeszkadzajki" dodają mu czegoś zupełnie nowego. Gitara jest bluesowa ale nagle pojawia się cyja nagle kontrabas, co jest bardzo ciekawe i fajne.

Łukasz Witt-Michałowski: - Proszę sobie wyobrazić, co oznacza przez 5 i pół roku wstawać codziennie o czwartej rano. Cohen zajmował się tam rzeczywiście gotowaniem do czego nawiązujemy w swoim spektaklu. Gotował dla swojego mistrza - Roshiego. Co ciekawe, Roshi zawsze mówił: „Kone, (bo tak nazywał Cohena) mój ty szczery chłopcze, twoje wiersze są za mało smutne". Intrygujące jest, że mam starszych kolegów, którzy Cohena kojarzą z lat osiemdziesiątych, kiedy przyjechał do Polski w 1985 roku, i którzy to, w odbiorze Jego twórczości zatrzymali się na tym Cohenie z lat 80., kompletnie nieświadomi, jak Jego twórczość wpłynęła na największych współczesnych muzyków światowej sceny i jaki miała na nich wpływ personalnie. O tym trochę opowiadamy w naszym muzycznym wieczorze.

Matylda Damięcka: - A poza tym, ile osób zatrzymuje się na tym komercyjnym Cohenie? Cohenie, który jak każdy człowiek musi w pewnym momencie z czegoś żyć, spłacić długi, albo inne kredyty i rzeczy. Bo artysta też czasami musi coś jeść. Nie dla samej sztuki żyjemy. Mnie zawsze smuci jedno, że pojęcie Cohena ogranicza się tylko i wyłącznie do radia ZET i RMF.

Łukasz Witt-Michałowski: - Wracając do jego poezji. Jest często bezkompromisowy i „wali nią po ryju" dosłownie. To jest poezja, która mnie osobiście kojarzy się twórczością Josifa Brodskiego. Oczywiście, jeden zanurzył się mocno w architekturę, drugi w co innego ale siła oddziaływania obydwu w kontekście kondycji ludzkiej naprawdę „nie zalatuje mychą". To jest bardzo współczesna poezja i też jest tak, że dużo ludzi młodych, którzy przyszli na nasz wieczór mówi: „wow" myśleliśmy, że jest to muzyka „z wąsem", a to jest „mega współczesne".

Matylda Damięcka: - Jeżeli coś jest dobre i szczere, to jest ponadczasowe. Teraz się robi hity, które się zdezaktualizują po jednym sezonie, a są rzeczy, do których się po prostu wraca, bo niosą z sobą treść, niosą z sobą człowieka jako szczerość. Jeśli ktoś udaje to nie jest to...

- Spektakl Noworoczny razem? Jakie są kolejne plany może kolejna premiera nowego spektaklu?

Matylda Damięcka i Łukasz Witt-Michałowski razem: Mamy plany, ale jeszcze teraz ich nie ujawnimy!

Dziękuję za rozmowę.

___

"A recipe for Leonard Cohen" - reż. Łukasz Witt-Michałowski - Centrum Kultury w Lublinie
Widowisko muzyczne opowiadające o doświadczeniach Leonarda Cohena z mistyką Zen. 
Obsada: Matylda Damięcka (wokal); Łukasz Witt - Michałowski (wokal); Tomasz Deutryk (perkusja); Max Kowalski (kontrabas); Tomasz Kraśkiewicz (gitara elektryczna, gitara akustyczna); Konrad Ligas (akordeon); Daniel Moński (instrumenty perkusyjne).

Dorota Pogorzelska
Dziennik Teatralny Lublin
7 stycznia 2019

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia