Mel i Fel

"Kolega Mela Gibsona"-reż: Waldemar Patlewicz-Teatr Korez w Katowicach

Napisać o "Koledze Mela Gibsona", że to spektakl, w którym hula żywioł kabaretowy, oznaczałoby skrzywdzić jego twórców. Tekst Tomasza Jachimka - podobnie, jak "Scenariusz..." czy "Kwartet..." Schaeffera - jest niezwykle pojemny i zawsze można wzbogacić go o aktualne - również polityczne - wydarzenia. Tak też się stało podczas drugiego dnia tegorocznych jaworznickich Spotkań Teatralnych...

Jeśli zamiast Feliksa Rzepki śpiewać dla Polonii „O mój rozmarynie” pojedzie Bogdan Kalus, który – według naszego bohatera – nie posiada w ogóle głosu, ten występ wywoła międzynarodowy skandal, a Barack Obama się obrazi. Z kolei król Sobieski – w przeciwieństwie do obecnego prezydenta – nie miał brata i był normalnego wzrostu. Zresztą, nasi rodacy w Chicago i tak nie wiedzą, co to takiego ten PiS. Przeglądając foldery Lufthansy, Rzepka mówi „Lubię ich, wiecie, za co…”, a wspominając o „płaszczyku” bardzo czytelnie odsyła do niedawnego zamieszania, którego sprawcą był Jan Rokita.  

Pojawia się również sporo smaczków, czytelnych przede wszystkim dla bywalców Korezu. Rzepka wspomina, że kolega Talarczyk – podobnie jak Quentin Tarantino – jest już całkiem wypalony. Kiedy bohater dzwoni do Roberta, odbiera jego żona – Agata. Na wypowiedź Gibsona, że Salma Hayek jest bardzo utalentowana, ale niedoceniona, odtwórca roli Cyrana odpowiada: „A Okupska wręcz przeciwnie…”. Dla gwiazdy śląskich scen nasz bohater też znalazł już znakomitą rolę - w filmie o Sobieskim ma grać „tego głównego Turka”. Wprawdzie Cezarego Kruszynę zastępuje bardziej znany mim („pieprzony Krosny”), ale w innym momencie z kolei Mirosław Neinert robi aluzję do własnego dorobku („teatralny talib” będzie atakował z kina, telewizji i kreskówek na Jetixie). 

Tradycyjnie zaktywizowana zostaje publiczność, która chętnie śpiewa stosowne zwrotki „O mój rozmarynie”. Iluzja zostaje przełamana również wówczas, gdy Neinert prezentuje, w jaki sposób aktor podaje rękę, a dokładniej – gra etiudę na ten temat. Podobnie, jak u Schaeffera, niezwykle ważna staje się improwizacja, „szycie” własnym tekstem w zależności od reakcji widzów. A ci zachowują się, jakby już zapomnieli, że rok temu oglądali w Sali Teatralnej „Kometę…” z Elżbietą Okupską. Nic więc dziwnego, że fragment o striptizie aktor musi po chwili dookreślać: „120 kilo żywej wagi”.  

Bohater poucza studenta, przebranego za Świętego Mikołaja, że ów biskup był postacią określoną historycznie, pękniętą wewnętrznie (zwariował i zaczął rozdawać prezenty), a nawet podejrzaną („A dlaczego wręczał je tylko dzieciom?”). Rozpakowując prezent, człowiek sceny wydaje z siebie okrzyk, który rodzina interpretuje jako objaw zawału czy wylewu, gdy on tymczasem w ten sposób cieszy się z otrzymanego właśnie siedemnastego kompletu spinek. Nawet wychodząc z gabinetu dyrektora i potykając się, prezentuje „przemianę postaci”. Rozmawia z muszlą klozetową, snując plany wspólnego występu w filmie Pasikowskiego i uczy się normalnie mówić (wówczas staje się Polakiem, bluzgającym na „orła z Wisły”, gdy ten osiąga gorsze wyniki). Od czasu do czasu aktor popija zawartość zielonego, plastikowego kubka, co może być znakiem rozbicia teatralnej iluzji, ale równie dobrze daje się usprawiedliwić sytuacją zeznającego przed Komisarzem bohatera.  

Trudno uwierzyć, że tę sztukę napisał człowiek, którego naturalnym środowiskiem jest estrada, a nie scena. Kiedyś recenzenci zachwycali się biustem aktorki, grającej Roksanę, ale teraz się roztyła. Rzepka swoje „Jak pan chce, to mogę zabawić – od tego jestem” mówi przesadnie przymilnie, niemal służalczo, na „misia koalę” – mając świadomość, że jest błaznem do wynajęcia. Przygotowując się do roli, Rzepka staje się nieznośny, więc żona aktora dzwoni do specjalisty, skarżąc się, że przed premierą czuje się tak, jakby miała w domu dziesięciu facetów („Nie, w łóżku nikogo nie udaje, niestety”). Bufet – podobnie, jak w znakomitym „Podgarbionym” Pieczyńskiego – okazuje się miejscem, w którym detronizacje następują po sobie błyskawicznie, a jedne koterie zwalczają inne, nie stroniąc przy tym od sztyletu czy trucizny. Koledzy stawiają herbatę, lecz gratulacje z trudem przechodzą im przez gardło. Inni pocieszają po złych recenzjach („Jak oni mogli was tak zjechać?”), mając nadzieję, że uda im się pożyczyć stówę. Mistrzostwem świata jest fragment, w którym autor porównuje przedpremierową tremę do stania z ręką na klamce przed drzwiami sypialni Moniki Belluci - ze świadomością, że odtwórczyni roli Maleny czeka już po drugiej stronie.

Na XVIII Spotkaniach Teatralnych w Jaworznie (19.03.2009 – 21.03.2009)

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
28 marca 2009

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...