Męska dominacja obnażona

"Białe małżeństwo"- reż. Krystyna Meissner - Teatr Współczesny we Wrocławiu

"Białe małżeństwo" w reż. Krystyny Meissner w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu

Sztuka Różewicza w 1973 roku wyprzedzała nieco czas. Choć osadzona jest w odległej epoce, gdy w szlacheckim dworku państwo wyręczali się służbą, dotyczy problemów aktualnych i w PRLu, i dzisiaj. Wtedy wywołała skandal obyczajowy, Kościół ją wyklął, a autora oskarżano o perwersję. Dzisiaj, gdy łamane są rozmaite tabu, Różewicz nie może liczyć na takie nagłośnienie, choć trzeba przyznać, że Krystyna Meissner zrobiła wiele, by przedstawienie dało podstawę do mówienia o nim. Jest wizualnie nie do odparcia, a przy tym nie zniekształca oryginalnego tekstu, nakłania więc do wygłaszania pochlebnych opinii.

Rzeczywistość przedstawiona w "Białym małżeństwie" jest podwójna, właściwie wielokrotnie podwójna. Pod cienką powłoką społecznych norm i zasad dobrego wychowania kryją się mroczne marzenia i nieopanowane rządze. Sentyment i przywiązanie dziadka do wnuczek skrywa seksualne zainteresowanie dojrzewającymi dziewczętami. Pustka małżeńskiego stadła ucieleśniona w porcelanowej zastawie bywa zapełniana przez egzaltowaną poezję, która nie potrzebuje szkolnego sztambucha. Wiejska sielanka z dostatnim stołem i piękną przyrodą jest areną dla seksualnego molestowania. Kościelne wnętrze mieści rozbuchaną zmysłowość . Wymyślne stroje kryją zupełną nagość, co zresztą zostało w sposób dosłowny wykorzystane w kilku scenach. Ich symbolika oddaje tę dwuwarstwowość: spod narzuconych społecznych rygorów zadziwiająco łatwo wyłaniają się ciała. W końcowych scenach nowożeńcy eksponują je jednak niepotrzebnie. Ich ciała nie spotykają się. Nadaramnie epatują sobą partnerów w ślubnych strojach. Panna młoda chce się poświęcić dla lubego, ale nie chce uprawiać z nim seksu. Nawet gdy stoi przed nim zupełnie rozebrana, chce być mężowi tylko bratem. Dlaczego? Z pomocą, jak to już nieraz bywało, przychodzi święty Mikołaj.

Kluczem do zrozumienia koloru tytułowego małżeństwa jest pewne zdarzenie opowiedziane przez Biankę (Katarzyna Bednarz) Paulinie (Katarzyna Z. Michalska). Wszystko wskazuje na to, że wizyta mężczyzny, którą dziewczynka zapamiętała jako złożoną przez św. Mikołaja, była raczej wyprawą Dziadka (lub innego mężczyzny) po seksualny łup. Późniejsze kupowanie za prezenty przesiąkniętych dziewczęcą wonią części garderoby (Dziadek wymienia czekoladki na pończoszki i majtki) każe przypuszczać, że to właśnie najstarszy obecny w opowieści członek rodu molestował nieświadome znaczenia sytuacji dziecko. W tym kontekście późniejsza niechęć Bianki do seksu, także małżeńskiego, wydaje się zrozumiała. Odrzucenie wynikającej z biologii tożsamości płciowej, brak akceptacji własnej rodzącej się seksualności i domaganie się przez dziewczynę - notabene przy symbolizującym boski majestat konfesjonale - męskiego członka, także może stanowić echo tamtej traumy. Jednak wątek pedofilii, realizowanej w bezpiecznym dla dewianta środowisku rodzinnym, wybija się na pierwszy plan sztuki, to nie na nim kończy się jej społeczna drapieżność.

Mężczyźni w dramacie Różewicza traktują kobiety instrumentalnie, a te zazwyczaj pokornie się z tym godzą. Matka (Elżbieta Golińska) została wydana za mąż wbrew swojej woli, a konieczność współżycia sprawiła, że letnie uczucia do męża zamieniły się w awersję. Kucharcia (Anna Błaut) jest wykorzystywana seksualnie przez Ojca (Jerzy Senator), swojego chlebodawcę, nawet podczas gotowania, za co przynajmniej przy jednej okazji otrzymuje dodatkowe wynagrodzenie (monetę jak seks jednaką z obu stron). Dowiadujemy się zresztą, że nie tylko z nią pan domu realizuje swoje erotyczne pragnienia. W sztuce pojawia się często jako byk, a w symbolicznej scenie jego córka Bianka pokonuje go niczym w trakcie corridy. Takich symbolicznych obrazów jest zresztą w realizacji Krystyny Meissner znacznie więcej.

Całość rozgrywa się niejako w obszernym wnętrzu kościoła: po bokach stoi skrzydlaty anioł i murzynek z tacą na datki, na środku zaś pusty konfesjonał, na najdalszym planie - charakterystyczne dla świątyń okno. Od czasu do czasu pojawia się naturalna lesistość, ta jednak nie jest niezbędna półnagim, niekiedy zaś całkiem nagim nimfom, które pląsają po wodzie, ale też oblepiają konfesjonał, a innym razem przyszłego pana młodego, wijąc się w kuszącym tańcu. Konfesjonał nie mieści żadnego przedstawiciela Boga, podobnie jak miejsce przeznaczone do aktywności duchowej i religijnych obrzędów, które służy celom ewidentnie cielesnym. Instytucje roszczące sobie prawo do forsowania surowych norm obyczajowych - zdaje się mówić twórczyni spektaklu - są tylko pustą atrapą. Nie niosą ze sobą istotnego etycznego przesłania, bo życie jest gdzie indziej, nie w religijnych idiosynkrazjach, lecz w nieodpartej fizjologii i stosunkach społecznych opartych na męskiej dominacji.

Tekst Różewicza nie jest jednak tylko krytyką międzyludzkich relacji, wynikających z systemu społecznego sprzyjającego jednej z płci. Mężczyźni deklamujący sobie, oczywiście pod nieobecność kobiet, sprośne wierszyki, czyhający tylko, żeby skorzystać z przychylności (radośnie pogodzonej) służącej, epatujący swoim rozbuchanym ego (a niekiedy id) młode kobiety - to wszystko z pewnością nie jest obraz intelektualistów i przedsiębiorców, zaangażowanych w czynienie świata lepszym. Na oskarżeniu mężczyzn o egoistyczny hedonizm sprawa się wszakże nie kończy. Także kobiety przedstawione zostały w niezbyt korzystnym świetle, co ściągnęło na Różewicza oskarżenia o mizoginizm.

Kobiety zostały jednak przynajmniej pokazane w bardziej zróżnicowany sposób. Pensjonarska naiwność obu sióstr (świetne role obu Katarzyn!), zawiść Pauliny o Beniamina (Piotr Łukaszczyk), skłonność do popadania w egzaltację przez Matkę, przewyższająca nawet nastoletnie uniesienia poetyckie córki, wyuzdanie Ciotki (Ewelina Paszke-Lowitzsch), nie przywiązywanie wagi do godności osobistej przez Kucharcię - to wszystko rzeczywiście daje obraz niezbyt dojrzałych kobiet. Jednak na tle mężczyzn wypadają i tak lepiej. Są bardziej samoświadome i refleksyjne. To przecież jedna z nich dokonała transgresji w świecie zdominowanym przez męską seksualność i doprowadziła do aseksualnego małżeństwa.

Na podstawie powyższych relacji wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze spektaklem ponurym i tragicznym. Nic podobnego! Niemal przez cały czas było bardzo przewrotnie i zabawnie. Wyskakujące w salonowych sytuacjach towarzyskich z męskich spodni penisy i sromotnik bezwstydny, jak przystało na grzyb o takim mianie, bezwstydnie erygujący na wodzie - to przykłady jednak zbyt proste, bo nie oddające niuansów tekstu. Humor sytuacyjny i zderzanie różnych perspektyw (dziewczęcej z kobiecą, męskiej z żeńską, pańskiej z "chamską") sprawiały, że można było się na tym przedstawieniu dobrze bawić, choć przesłanie było jak najbardziej poważne. Mężczyzna nieporadnie walczący o miłość (Beniamin) i kobieta próbująca zachować człowieczeństwo i nie dać się sprowadzić do roli obiektu pożądania (Bianka) w końcowych scenach kolejno stają przed sobą nadzy, ale ich obnażenie nie spotyka się z adekwatną odpowiedzią drugiej strony. Nie ma między nimi porozumienia, więc małżeństwo pozostaje białe także w sensie psychologicznym.

Przedstawienie w reżyserii Krystyny Meissner wciąga, cieszy oko bardzo udaną scenografią, rekwizytami (także tymi męskimi), efektami scenicznymi (deszcz) i kostiumami (lub ich brakiem, choć nagość nie jest w nim najważniejsza), dobrym obsadzeniem i prowadzeniem aktorów. Wszystko to, skojarzone ze znakomitym, obrazoburczym i niepokojącym tekstem wrocławskiego pisarza, dało doskonały efekt. Mnie pozwoliło także odczuć jeszcze jedną małą satysfakcję. Otóż trend na zbiorniki wodne, zgodnie z przewidywaniami, jakie sformułowałem przed rozpoczęciem sezonu, się utrzymał. Rozległa tafla wody w głębi sceny okazała się przydatna zarówno ludziom, jak nimfom.

Jarosław Klebaniuk
g-punkt.pl
28 września 2010

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...