Metafizyka kurzu

"Posprzątane" - reż: Mariusz Grzegorzek - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Czy teatr miałby rację bytu, gdyby nie sadystyczno-masochistyczne skłonności drzemiące w każdym widzu? Lubimy oglądać osobiste tragedie bohaterów spektakli, lubimy także doszukiwać się analogii do własnego życia, tylko po to, by snując krytyczne refleksje, zawsze dochodzić do wniosku, że inni też mają źle. Podobne stwierdzenie byłoby jednak obrazą dla dramatu Sary Ruhl "Posprzątane" i spektaklu Mariusza Grzegorzka pod tym samym tytułem

Owszem, innym też jest źle. Bywa nawet, że gorzej, chociaż narodowa skłonność do pesymizmu i uskarżania się nie pozwoli nam tego przyznać. Jakby tego było mało, lubujemy się w ubieraniu tego smutku, nostalgii i żalu nad losem innych w kilka warstw patosu i powagi. Wylewamy hektolitry łez przy programach typu "Trudne sprawy", "Uwaga" czy "Rozmowy w toku" albo reklamach, które mają nakłaniać do przekazywania procenta swojego podatku na rzecz dzieci z porażeniem mózgowym. Informacjami o tym, co widzieliśmy, dzielimy się ze znajomymi i rodziną, standardowo dodając formułkę "co się dzieje na tym świecie", "kiedyś tego nie było" i płynnie przechodząc do narzekania na rząd/ policję/ lekarzy/ ludzką nieczułość. Nie żartujemy z chorób, śmierci, starości, tragedii ludzkich, na które składają się zdrady, porzucenia, samotność, brak celu w życiu, który popycha w szaleństwo. Są to tematy, które funkcjonują pod przykrywką tabu, można wypowiadać się o nich jedynie z czcią, szacunkiem i nutą szczerego żalu i współczucia. Czy Sarę Ruhl można oskarżyć o brak wrażliwości, ponieważ w swojej sztuce zdjęła koturny i wszystkie te nieszczęścia postawiła na równi z motywem sprzątania, zakrapiając je dodatkowo wstawkami rodem z estetyki realizmu magicznego?

Sprzątanie staje się przyczynkiem do rozpoczęcia opowieści o czterech samotnych kobietach. Opinia na temat porządku - nieco w myśl zasady "jak cię widzą, tak cię piszą" - charakteryzuje ich osobowości i poglądy na życie. Na scenie pojawia się zatem notorycznie zapracowana i zmęczona Lane, która po powrocie z dyżuru w szpitalu pragnie jedynie zamknąć się w swoim eleganckim apartamencie, który pod jej nieobecność miała posprzątać Matilde - dziewczyna, która po śmierci rodziców opuściła rodzimą brazylijską wioskę i wyruszyła na poszukiwanie lepszego życia. Problem w tym, że sprzątanie przyprawia ją o depresję i dlatego wchodzi ona w potajemną komitywę z Viriginią - pedantyczną siostrą Lane, dla której porządkowanie, zmywanie, odkurzanie, pranie, prasowanie jest sposobem na niemyślenie o zaprzepaszczonych marzeniach. Czwartą kobietą jest Ana. Pojawia się niespodziewanie i od razu dostaje łatkę "tej, która rozbiła rodzinę", bowiem to dla niej Charles postanawia odejść od Lane. Dla pani w średnim wieku, której osobiście zrobił mastektomię. Mężczyzna tłumaczy to żydowską przypowieścią o drugiej połówce, którą Bóg wybiera dla każdego jeszcze w życiu prenatalnym, przypowieścią zasłyszaną w radiu o tym, że każdy z nas ma swój baszert. Idylla w życiu Charlesa i Any nie trwa jednak długo, ale to właśnie jej koniec stanie się początkiem zmian, które nastąpią w życiu wszystkich kobiet.

"Posprzątane" to sztuka wielopłaszczyznowa, tragifarsa o niespełnionych marzeniach, zawiedzionych oczekiwaniach, niedoszłych planach, o samotności, która towarzyszy bohaterom bez względu na to, ile osób je otacza. To także opowieść o estetycznym, etycznym i humanistycznym aspekcie śmierci. Grzegorzkowi udało się wydobyć wszystkie te motywy z dramatu Ruhl, doskonale balansując pomiędzy estetyką tragedii i komedii, naturalizmu i realizmu magicznego. O ile pierwsza część spektaklu przechyla się w stronę komedii z wysmakowanymi i trafnie pointującymi akcję żartami, które nie brzmią tanio i sztywno, o tyle druga płynnie przechodzi w tragedię, która jednak nie aspiruje do miana melodramatycznego wyciskacza łez. Pierwsza godzina upływa także pod znakiem niespodziewanych (nawet dla bohaterów przedstawienia) zabiegów rozbijania akcji elementami ze świata fantazji. Matilde ucieka wyobraźnią do swoich rodziców, wyobraża sobie siebie spędzającą z nimi czas, to jak tańczą czy siedzą w kawiarni i śmieją się. Lane z kolei snuje imaginacje o wizycie w jej domu Charlesa wraz z Aną. I chociaż owe wyobrażenia od początku wymykają się poza umysły bohaterów, jawiąc się także osobom, które znajdują się blisko nich, to podczas drugiej części spektaklu nie jest już tak oczywiste, co przynależy do świata rzeczywistego postaci, a co jest wynikiem ich fantazji. Daje to możliwość zapewnienia publiczności szerokiego spektrum wrażeń i emocji, które bezustannie podmieniając się i zmieniając nie pozwalają na znużenie przedstawieniem.

Nie sposób jednak wszystkich zasług przypisać Grzegorzkowi. Należą się one również aktorkom grającym główne role: Marietcie Żukowskiej (Lane), Justynie Wasilewskiej (Matilde), Gabrieli Muskale (Virginia) oraz Agnieszce Kowalskiej (Ana). Dzięki ich umiejętnościom aktorskim powstały barwne, pełnowymiarowe postaci. O żadnej z nich nie możemy powiedzieć, że jest dobra bądź zła, czarna bądź biała, nie dostajemy szansy jednoznacznie ich ocenić, apodyktycznie wystawić opinii. Są one na przemian zabawne i tragiczne, poważne i rozmarzone, pełne pasji i zupełnie "zdołowane", pałające złością i nienawiścią oraz łagodne i pomocne. Ot, po prostu ludzkie. Jakby na przekór otaczającego je środowiska, zasygnalizowanego w minimalistycznej, idealnie białej, sterylnej, muzealnej scenografii, także stworzonej przez Grzegorzka. Scenografii przedstawiającej mieszkanie Lane, w którym trudno sobie jednak wyobrazić, aby można w nim było normalnie funkcjonować. To raczej rodzaj mieszkania do patrzenia i do folderów reklamowych agencji zajmujących się aranżacją wnętrz. Piękne i eleganckie, ale odrealnione, odległe, sprawiające wrażenie, jakby od jego ścian nigdy nie odbił się śmiech.

Mariusz Grzegorzek może dopisać "Posprzątane" do listy udanych spektakli zrealizowanych dla łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza. Można chyba również nieco ironicznie powiedzieć, że dzięki tej realizacji także Teatr może uznać, że plan na sezon 2011/2012 został zrealizowany - nowe przedstawienie Grzegorzka było. Reżyser bowiem współpracuje z łódzką instytucją nieprzerwanie od 1994 roku, jedynie z incydentalnymi przerwami na romanse z innymi teatrami bądź kinem. Moja ironia jest jednak jednocześnie życzeniem, aby każdy następny spektakl był równie udany jak ostatni, a wtedy przez kolejne 18 lat nie opuszczę ani jednej premiery tandemu Mariusz Grzegorzek i zespół Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi.

Sandra Kmieciak
Teatralia
23 lutego 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia