Metafora lustra

"Biała bluzka" - reż. Magda Umer - Och-Teatr w Warszawie

Wszyscy potrzebujemy lustra. Nie tylko po to, by poprawić makijaż czy sprawdzić stosowność ubioru. Nie tylko po to, by, jak twierdził Lacan, w wieku 6-8 miesięcy odkryć swoją podmiotowość. Jest ono niezbędne również do ciągłego potwierdzania swojej tożsamości, do odkrywania, kim naprawdę jesteśmy. Tym lustrem mogą być przyjaciele, ludzie bliscy, a także nasze własne myśli i spostrzeżenia. Może nim być, oczywiście, również i teatr. Ale nie każdy

„Biała bluzka” to monodram, który powrócił po bardzo długiej przerwie. Już w latach osiemdziesiątych zyskał on miano spektaklu-legendy, przedstawienia, które kształtowało całe pokolenie. Jak wtedy, tak i teraz przygotowany został przez Krystynę Jandę i Magdę Umer. Wszystko to decyduje, że  jego ponowne wystawienie samo w sobie niesie wymiar pewnej konfrontacji, zderzenia z własną przeszłością. Jednak, gdy piszę o metaforze lustra, mam na myśli raczej wymowę spektaklu niż warunki, w jakich powstawał.

Problematyka poruszana w „Białej Bluzce” wydaje się prosta. W ogólnym zarysie jest to historia kobiety, która zmaga się ze swoim życiem i nieszczęśliwą miłością do opozycjonisty (rzecz dzieje się przecież w czasach PRL-u). Nic więc dziwnego, że gdy mowa o pokoleniach kształtowanych przez „Białą bluzkę” najczęściej dodaje się, iż chodzi o pokolenia kobiet i to w dodatku tych urodzonych w okolicach lat sześćdziesiątych. Stanowisko to jest jednak uproszczone i poniekąd krzywdzące. Choć bowiem na pierwszy plan wysuwa się tu wątek (sic!) romansowy, osnuty wokół szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, to jednak te najważniejsze pytania, które stawia „Biała bluzka” brzmią o wiele bardziej poważnie i uniwersalnie.

Przedstawienie to oparte jest na opowiadaniu Agnieszki Osieckiej pod tym samym tytułem. Stanowi ono zapis pewnej nietypowej korespondencji. Wszystko, co się tu dzieje jest tylko notatką, liścikiem pozostawionym w widocznym miejscu. Z jednej strony, są to uporządkowane (często  numerycznie) listy spraw do załatwienia, spisy prozaicznych czynności czy formalności w urzędach. Z drugiej – opowieści bardzo intymne i emocjonalne, podszyte nutką niesamowitości. Ich nastrój waha się od niemal perwersyjnej radości życia, po nostalgiczne wyznania. Wszystko to tworzy pewien konglomerat, w którym na pierwszy plan wysuwają się dialogi pomiędzy dwoma, wydawałoby się, całkowicie odmiennymi osobowościami.

Dialog ten jest poniekąd koniecznością. Rodzi się z połączenia dwóch podstawowych potrzeb – bliskości i konfrontacji z innymi. To za jego pośrednictwem, a tym samym pośrednictwem głównej bohaterki – kobiety beznadziejnie zakochanej, nieprzystosowanej do życia  nie jedynie w PRL-u, lecz po prostu w świecie sformalizowanych relacji – zaczynamy zadawać pytania. Nie tylko o sztywne ramy, w które jesteśmy (dzisiaj także) wtłaczani, ale również o istotę bytu, ludzką tożsamość, o to, skąd bierze się siła, która pozwala nam codziennie rano wstawać z łóżek. Po obejrzeniu spektaklu trudno nie zastanowić się, dlaczego, tak jak w dagerotypie, w zależności od kąta spojrzenia w tym samym obrazie można zobaczyć zarówno pozytyw, jak i negatyw.

Rzeczywistość, w której żyje główna bohaterka (i którą, poniekąd, tworzy), jest rzeczywistością niespójną, pełną rys i pęknięć. Cierpienie, z którym się zmaga, to nie tylko odrzucenie przez mężczyznę, czy niemożność dostosowania się do norm i reguł. Nie można czytać tej opowieści jedynie przez pryzmat zmagania się z nałogiem, czy podporządkowania jednostki uwarunkowaniom historycznym. To spektakl o samotności, poczuciu rozdarcia, nieumiejętności poradzenia sobie z własnymi emocjami, niemożności uporządkowania swojego życia.  To spektakl o każdym z nas.

W przedstawieniu Och-Teatru osadzenie opowieści w realiach historycznych ma jednak szczególne miejsce. Na telebimie pokazywane są filmy i fotografie, przypominające nie tylko ważne wydarzenia, lecz również codzienność czasu PRL-u. Pojawiają się daty i twarze tak ważne dla powojennych losów Polski. Przypomnienie to nie jest nachalne, nie epatuje cierpieniem czy zbytnim dydaktyzmem. „Biała bluzka” nie jest spektaklem, gdzie patetyczne słowa odmienia się przez wszystkie przypadki. To przedstawienie, w którym na niemal tych samych prawach egzystują prawdy historyczne i jednostkowe, filmy o opozycjonistach i opowieść o komarze, który wyszedł z bursztynu, by wypić całą butelkę wódki. Paradoksalnie, to dzięki temu jest ono tak prawdziwe.

Siłą tego spektaklu (lecz, jak widać, siłą niejedyną) jest rewelacyjna kreacja Krystyny Jandy. Od niemal pierwszej minuty wytwarza ona niesamowite napięcie, sprawiające, że wierzymy w każde słowo, które pada na scenie.  O atmosferze przedstawienia decyduje w dużej mierze jej energia i jej zaangażowanie. Ta moc, czystość przekazu wiąże się również  ze sposobem zaaranżowania przestrzeni scenicznej. Janda większość spektaklu spędza na obrotowym krześle, z którego zarówno mówi teksty napisane przez Elżbietę, jak i wysłuchuje odpowiedzi Krystyny. W tle znajduje się telebim, na którym wyświetlana jest twarz aktorki. To również dzięki temu każdy jej gest nabiera szczególnego wymiaru. Najmniejsza zmiana mimiki czy odmienne spojrzenie pociąga za sobą zmianę całej atmosfery spektaklu.

Osobne słowa pochwały należą się również zespołowi akompaniującemu. „Biała bluzka” to wszak spektakl muzyczny i bez wyśmienitych aranżacji kultowych już piosenek trudno byłoby się obejść. Również ostatnia scena, gdy Janda śpiewa „Orszaki, dworaki” nabiera mocy w dużej mierze dzięki aranżacji muzycznej.

Właściwie jedynym elementem dekoracji, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, jest miniaturowy Pałac Kultury. Scena, w której Janda przechadza się pod tym „budynkiem” najlepiej chyba oddaje proporcje spektaklu. Jego wymiar historyczny jest bowiem tłem, chociaż tłem charakterystycznym, znaczącym. Zwłaszcza w kontekście utworu pointującego spektakl. Jednak to jednostkowa opowieść wydaje się najważniejsza. I dzięki świetnej reżyserii i grze aktorskiej zostaje ona wydobyta na pierwszy plan.

Barbara Englender
Dziennik Teatralny Katowice
6 grudnia 2010

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...