Metoda śniącego widza

"Rodzeństwo" - reż. Krystian Lupa - Narodowy Teatr Stary im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

„Rodzeństwo” Krystiana Lupy to naturalistyczny obraz trójki bohaterów z dramatu Thomasa Bernharda o tym samym tytule. Postaci zostały zamknięte w mieszczańskim pokoju stołowym. Widz przygląda się rozterkom bohaterów, w których losy się zanurza, tracąc poczucie własnej realności.

W miejscu rampy znajduje się czerwona rama wraz z przeciągniętą poziomą nitką, wyraźnie oddzielającą widza od wykreowanej rzeczywistości. Widz znajduje się w pozycji obserwatora-podglądacza. Ta pozycja to jedynie punkt wyjścia, w miarę rozwoju spektaklu jego pozycja ulegnie zmianie. Na scenie przestrzeń z naturalistycznego obrazu została urzeczywistniona. I tak zaprezentowany świat nie udaje rzeczywistości, ale jest jej reprezentacją, martwą przestrzenią, do której zostali wprowadzeni aktorzy.

Zamknięta przestrzeń jest umeblowana w starym stylu. W centralnym miejscu znajduje się ogromny stół i cztery krzesła. Po prawej stronie, przy ścianie, stoi fotel. Z lewej strony sofa z fotelem do kompletu, a obok okno, często występujące w scenografiach Krystiana Lupy. W głębi sceny znajduje się stary zegar, który uporczywie odmierza bohaterom ich czas. Równolegle do stołu ustawiony jest czarny kredens. Obok znajdują się drzwi, które prowadzą do kuchni. Nie raz zostaną otwarte przez aktorów, którzy, udając się w tamtym kierunku, rozszerzą płaską perspektywę scenicznego obrazu, jednocześnie pokazując, że jest to przestrzeń, do której widz-podgladacz nie ma dostępu. Pozostaje mu tylko nasłuchiwać wydobywających się stamtąd odgłosów. Na ścianach portrety kobiet, mężczyzn i dzieci. Zielone, pociemniałe tapety i ciągnąca się dołem czarna boazeria. Stary parkiet. Wszystko to sprawia wrażenie, że bohaterowie znajdują się w przestrzeni martwej, w której czas się zatrzymał, a dwie siostry Ritter (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) i Dene (Agnieszka Mandat) otoczone są kryształowymi kieliszkami, porcelanowymi sosjerkami, srebrnymi widelcami i haftowanymi obrusami. Całe pomieszczenie przygniata siostry, sprawia, że próbują walczyć z tą rzeczywistością, ale w konsekwencji raczej wolą się dusić niż podjąć działanie.

Pierwsza część spektaklu to uporczywie ciągnąca się scena rozmowy sióstr, z której wynika, że przygotowują się do obiadu, na którym zjawi się ich ciężko chory brat-filozof. W tej scenie zostaje także ujawnione wiele faktów z ich życia. Ritter nie jest zbyt zaangażowana, dowiadujemy się, że raczej nigdy nie przykuwała wagi do kuchenno-gościnych spraw. Łapczywie pije wino i wyłożona na sofie pali papierosy. Dene, kreująca się na ulubioną siostrę Vossa (Piotr Skiba), skrupulatnie i odpowiednio przygotowuje stół i obiad na wizytę brata. Jej nerwowe i pełne zaangażowania ruchy wokół stołu czynią z niego miejsce święte, które na powrót ma spoić rodzinę.

Ta część spektaklu pokazuje pewien dysonans między martwą scenografią, a żywymi aktorkami, które z trudem odnajdują się w danej przestrzeni. Ich działania i uruchamianie wszystkich rekwizytów to z jednej strony aktorskie oswojenie się ze scenografią, a z drugiej – wewnętrzna walka z przeszłością, która skrywa się za tymi przedmiotami. W tym układzie widz zostaje zgrabnie wprowadzony w temat spektaklu i wraz z aktorem oswaja się ze scenografią.

To od pierwszej części zależy, czy widz podda się wytwarzanej iluzji i zanurzy w kreowany sceniczny świat. Beata Fudalej w jednym z wywiadów powiedziała, że kiedy ogląda się spektakl Krystiana Lupy, to trzeba z początku nieco się ponudzić, spokojnie spoglądać na długie rozciągnięte sceny i w skupieniu czekać, aż realność kreowanych zdarzeń nas zaatakuje. Ten moment zanurzenia jest bardzo ważny, bo to od niego zależy, czy widz pojawi się po przerwie, czy jednak opuści teatr.

Na tych, którzy zostali czeka nagroda. Na scenie pojawia się Voss. Jego rozbiegany, nieco obłąkany wzrok wędruje i w pewnym momencie, niby przez przypadek, trafia na widza. Ten szczegół staje się paraliżujący, a bezpieczna pozycja obserwatora wkracza na inny poziom odbioru. Skoro wrócił on po przerwie na swoje miejsce, to znaczy, że zostaje mocniej wciągnięty w przebieg przedstawienia – pozycja podglądacza ulega zmianie – widz staje się świadkiem zdarzenia. Coraz częściej zapomina o nitce oddzielającej go od obrazu i zanurza się w kreowaną przestrzeń. Czas zdaje się płynąć szybciej, a widz w napięciu oczekuje kolejnych uniesień i ataków szału Vossa.

Relacje między bohaterami są szczególne: mimo że są rodzeństwem, to jednak wyczuwa się między nimi erotyczne napięcie. Uporczywie walczą z przeszłością. Choć tak naprawdę walczy z nią tylko Vosse. Siostry pogodziły się ze swoim życiem i zgrabnie odnajdują się w nowej rzeczywistości. Dowodem na to są ich portrety, namalowane przez młodego awangardowego malarza. Portrety te, choć współgrają z zawieszonymi na ścianie obrazami przodków, przez swoją formę ukazują zwrot, jaki dokonał się w ich rodzinie. Voss nie jest w stanie znieść tego faktu –doprowadza go to do obłędu i podczas słuchania „III Symfonii" Ludwika van Beethovena daje temu wyraz. W akcie poruszenia odwraca portrety rozwieszone na ścianie. To działanie jest bezradną i porywczą próbą wprowadzenia zmiany do swojego nudnego życia. Jest to bardzo przejmujący moment spektaklu, ale w kontekście zakończenia, które sugeruje, że życie bohaterów wkracza na stałe, nudne tory mieszczańskiego żywota, wydaje się nic nie znaczącym aktem. Człowiek, zdając sobie sprawę z kruchości i miałkości swojej egzystencji, nieustannie podejmuje próby jej ocalenia, natomiast zawsze wydają się one śmieszne, żałosne i mało istotne w kontekście śmierci.

Spektakl oferuje widzom głębokie filozoficzne tematy – głównie z kręgu filozofii Wittgensteina, który jest inspiracją dla postaci Vossa. Jednak nie tylko, bo rozważania krążą również wokół ludzkiego losu, wokół obłudy otaczającego nas świata, któremu niejednokrotnie się poddajemy.

Głównym atutem spektaklu, oprócz wykorzystanego tekstu, jest doskonała gra aktorska. Każdy z aktorów brawurowo nakreślił sylwetkę swojej postaci. Są one tak precyzyjnie skonstruowane, że oczom widza jawią się jako osoby realne, których życie toczy się również poza granicami sceny. Premiera tego spektaklu odbyła się w 1996 roku i pomimo upływu czasu, aktorzy wciąż grają z pełnym zaangażowaniem i świeżością. Doskonałe aktorstwo spod szyldu Stanisławskiego komponuje się ze scenografią i wciąga widza w odgrywaną akcje sprawiając, że staje się zaangażowanym świadkiem.

Postępując metodą „śniącego widza", warto na pół świadomie poddać się atmosferze spektaklu, by wraz z aktorami zajrzeć we wnętrze człowieka, odkryć jego ciemne pokłady i nieustającą chęć zmiany swojego losu. Ta podróż nie jest jedynie depresyjnym aktem lamentowania nad życiem. Ten negatywny temat, wyłożony i przerobiony na scenie, może stać się impulsem do rozmyślań nad własną egzystencją.

Daria Kubisiak
Dziennik Teatralny Kraków
3 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Trailer tygodnia