#MeToo - sprawiedliwości stało się zadość?

Echa międzynarodowej akcji #MeeToo jeszcze nie przebrzmiały.

Już wcześniej były przypadki przestępstw seksualnych o jakie zostali oskarżeni Harvey Weinstein, Kevin Spacey oraz Woody Allen, a niedawno znowu miałem okazję przeczytać o usunięciu Romana Polańskiego z grona członków walnego zgromadzenia Francuskiej Akademii Filmowej z podobnego powodu.

W 2020 roku Roman Polański został pozbawiony honorowego miejsca wśród członków walnego zgromadzenia Francuskiej Akademii Filmowej, w związku z aferami seksualnymi z lat 70-tych.

W związku z zarzutami gwałtu na aktorce Valentine Monnier, którego rzekomo polski reżyser filmowy miał dokonać w roku 1975, a także ze względu na swoją niechlubną przeszłość (stosunek seksualny z 13-letnią Samanthą Geimer w roku 1977), środowiska feministyczne domagały się wyrzucenia go z gremium przyznającego nagrodę Cezara.

Podobny przypadek spotkał jakiś czas temu innego znanego reżysera w USA, Woody'ego Allena, który również został oskarżony o molestowanie seksualne swojej adoptowanej córki Dylan Farrow. Od tego czasu, mało który artysta wyraża chęć nawiązania współpracy ze wspominanymi panami. Wiele aktorek i aktorów publicznie wyraziło swoją dezaprobatę wobec ich zachowania i ich samych, odmawiając grania w filmach przez nich reżyserowanych.
A kilkoro nawet zadeklarowało, że żałuje dotychczasowej współpracy. W przypadku Woody'ego Allena, sytuacja wydaje się być jeszcze gorsza, niż w przypadku naszego rodaka. Niedawno New York Times obwieścił, że cztery największe wydawnictwa książkowe w Stanach Zjednoczonych odmówiły podjęcia rozmów w sprawie wydania wspomnień Allena, jego autobiografii. Oznacza to, że przedstawiciele największych i najbardziej prestiżowych wydawnictw nie chcą, a wręcz nie mają zamiaru poznać jego stanowiska. Zapewne wszystko to ma związek z wciąż narastającą presją ze strony zwolenniczek oraz zwolenników akcji MeToo#, jak również z rosnącymi konsekwencjami braku poprawności politycznej.

Można wysnuć tezę, że odmowa wydania autobiografii Allena czy wydalenie Polańskiego z Francuskiej Akademii Filmowej, po tym jak Akademia znalazła się w ogniu krytyki po zgłoszeniu 12. Nominacji do nagrody Cezara dla filmu Polańskiego Oficer i szpieg (2019), nie jest wcale spowodowana udowodnieniem winy oskarżonym. Być może jedynym powodem jest presja społeczna wywołana choćby cieniem podejrzeń. Znamy przecież tego typu przypadki z historii.

#MeToo – Geneza współczesnej krucjaty
Kiedy słyszymy w radiu lub oglądamy w telewizji wiadomości, które informują o tego typu wykroczeniach przez znanego artystę, naszą pierwszą reakcją jest zapewne szok. Nikt z nas nie spodziewał się, że nasz ulubiony raper, aktor czy malarz mógł próbować dopuścić się przestępstwa na tle seksualnym. Jakoś łatwiej przyswajamy wieści o tym, że ktoś ze „znanych osób" zostaje na przykład zatrzymany przez policję za jazdę pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Tłumaczymy sobie, że miał gorszy dzień lub załamał się, ma depresję lub jest po prostu głupi, itp. Jednak kiedy słyszymy o molestowaniu czy gwałcie, wtedy przestajemy być tak obojętni.
Szczególnie widoczne jest to wśród amerykanów, którzy wydają się mieć doświadczenie w tego typu sprawach. Znane były afery związane np. ze strzelaninami w publicznych szkołach, za które winą próbowano obaczyć muzyków metalowych śpiewających o szatanie i sklepy z łatwo dostępną bronią. Gdy dochodzi do tragedii, amerykanie starają się uporać z tą sytuacją i działają. W jaki sposób?

Na początku jest panika. Po niej przychodzi czas na refleksje... i szukanie kozła ofiarnego. Zajmuje to góra kilka dni, aż znajdzie się przywódca stada – tzw. wielki inkwizytor. Następnie tworzy się ugrupowanie lub nawet kilka, które mają stać na straży moralności i zwalczać tego typu sytuacje. A potem wszczynana jest krucjata! Oczywiście jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i jak na XXI wiek przystało, nie mówimy tutaj o krucjacie średniowiecznej, kiedy to grupa bogobojnych ludzi szła na świętą wojnę z ogniem i mieczem w ręku przeciwko muzułmanom atakującym Jerozolimę. Chodzi o krucjatę moralną i publiczną, w której to media widzą siebie w potrójnej roli - policjanta, sędziego i kata.

Woody Allen - reżyser od wielu lat walczy Mią Farrow i z oskarżeniami o molestowanie seksualne ich wspólnej córki Dyllan.

Geneza #MeToo
Afera seksualna w Hollywood poruszyła problem traktowania kobiet w show biznesie, co przyczyniło się do powstania ruchu #MeToo. Hasztag ten został pierwszy raz użyty dość dawno, bo w 2006 roku przez Taranę Bruke na portalu społecznościowym MyScape, w ramach masowej kampanii wzmacniającej empatię w stosunku do kobiet doświadczonych przemocą seksualną. Natomiast aktorka Alyssa Milano, tuż po aferze z Weinsteinem, zachęcała do rozpowszechnienia tego hasztagu w ramach kampanii uświadamiającej zagrożenie.
Na Twitterze napisała:
Gdyby wszystkie kobiety, które były kiedyś molestowane seksualnie, napisały #MeToo w swoich statusach, być może udałoby się pokazać ludziom, jaką skalę ma to zjawisko.
Akcja #MeToo spowodowała, że kobiety otwarcie zaczęły mówić o swoich nieprzyjemnych doświadczeniach, nie tylko w środowisku filmowym, ale w ogóle
w środowisku artystycznym. Wynikiem tego zatrzymano i postawiono zarzuty wykorzystywania seksualnego kobiet dwóm znanym komikom, chodzi o Bill Cosby'ego i Louisa CK. Przypomnijmy również sprawę Harvey'a Weinsteina, znanego producenta filmowego, współtwórcę wytwórni filmowych Miramax, Dimension Films oraz The Weinstein Company. Producent został oskarżony przez ponad 70 kobiet o molestowanie i wykorzystywanie seksualne. Na liście jego ofiar znalazły się znane nazwiska, m.in. Angeliny Jolie, Gwyneth Pathrow, Ashley Judd, czy Nathalie Portman. To właśnie jego występki stały się przyczyną powstania akcji #MeToo. I nie przeczę, że ta sprawa wyszła wszystkim na dobre.

Oskarżeń ciąg dalszy – Sprawy Spacey'a, Polańskiego, Jacksona i Allena
Przejdźmy teraz do spraw, które wydają się być niejednoznaczne.
Kevin Spacey, znany i lubiany aktor, m.in. z filmu American Beauty, czy z serialu produkowanego przez stację Netflix – „House of Cards", został oskarżony przez 30 mężczyzn o niestosowne zachowanie wobec nich. Błędnym posunięciem ze strony aktora było wydanie oficjalnego oświadczenia, w którym przeprosił młodszego kolegę, Anthony'ego Rappa (który to właśnie jako pierwszy publicznie powiedział o tym, co Spacey uczyni) i przy okazji wyznał, że jest gejem:
Byłem przerażony historią, jaką opowiedział Anthony Rapp. Przyznam się, że nie pamiętam tego wydarzenia, bo miało zdarzyć się ponad 30 lat temu. Jeśli rzeczywiście tak było, bardzo przepraszam. (...) Ta historia zachęciła mnie do tego, by powiedzieć o innych rzeczach związanych z moim życiem. Miałem w swoim życiu relacje zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Kochałem mężczyzn, miałem z nimi romantyczne wzloty. Teraz wybrałem życie jako gej.

W związku z oskarżeniami o molestowanie seksualne wysuniętymi przez aktora Anthony'ego Rappa, Kevin Spacey stracił posadę w serialu na platformie Netflix "House of Cards", a jego aktorska kariera została zrujnowana.
Aktor prawdopodobnie liczył na wsparcie swoich kolegów i koleżanek, za względu na ich deklarowane poparcie dla mniejszości seksualnych, niestety nie wyszło mu to na dobre. Media donoszą, że jedna z ofiar nagrała całe zajście, lecz skoro tak było dlaczego nie upubliczniła tego w Internecie (jak w przypadku Weinsteina)? Skoro wiele osób posiada taka dokumentację, to czemu nie doczekaliśmy się taśm z dowodami?

Oskarżenia dotyczące molestowań i gwałtów dotyczyły także innych sławnych artystów. W ciągu paru miesięcy pojawiły się informacje, w których skrzywdzone kobiety przypisywały podobne czyny takim osobistościom sztuki filmowej jak Dustin Hoffman, Luc Besson, Geoffrey Rush, Sylvester Stalone, Bruce Willis oraz Morgan Freeman. Żadne z tych pomówień się nie potwierdziły.

Znany i wpływowy hollywoodzki producent filmowy, Harvey Weinsten został oskarżony o molestowanie seksualne i gwałty przez ponad 70 aktorek, modelek i statystek. Jego sprawa sprawiła, że głośno zrobiło się o akcji #MeToo.
Najbardziej zaskoczył mnie fakt oskarżenia Morgana Freemana. Ten spokojny, 81-letni czarnoskóry amerykański aktor, ulubieniec publiczności na całym świecie, został oskarżony o molestowanie aż ośmiu kobiet. Informacje podał serwis CNN, do którego właśnie owe kobiety się zgłosiły. Jedna z rzekomych ofiar, miała być molestowana podczas pracy na planie „W starym, dobrym stylu", którego kręcenie rozpoczęto latem 2015 roku. Jednak, jak się później okazało, oskarżenia te były bezpodstawne i aktor został oczyszczony z wszelkich zarzutów. Natomiast stacja CNN została publicznie potępiona za łamanie podstawowych zasad dziennikarstwa przez inne media, m.in. The New York Times, The Wall Street Journal i The Washington Post.

Według mnie podobnie wygląda sytuacja nieżyjącego już Michaela Jacksona. W styczniu 2019 roku, na festiwalu Sundance swoją premierę miał film dokumentalny produkcji HBO, „Leaving Neverland", w którym James Safenchuck i Wade Robson wyznali, że Michael Jackson molestował ich seksualnie. Na wielu stronach internetowych i portalach społecznościowych wciąż wrze w tym temacie. Świat podzielił się na dwa obozy: obrońców muzyka i jego oskarżycieli. Ludzie, którzy jeszcze nie dawno opłakiwali muzyka, dzisiaj odcinają się od swojego idola. Chociaż jeszcze 14 lat temu, nie dopuszczali do siebie informacji, że Jackson mógł dopuścić się molestowania nieletnich.
Tak naprawdę nie ma żadnych upublicznionych dowodów, które wskazywałyby na jego winę. Nie dostaliśmy żadnych materiałów video czy taśm z głosem Jacksona, na których widzimy lub słyszymy, że rzeczywiście zrobił to, o co jest oskarżany. Dziennikarze śledczy zajmujący się tą kwestią, również nie przedstawili żadnych wyników swoich śledztw.
Co zamiast tego robią? Otóż starają się, krok po kroku, usunąć pamięć po artystach. Muzyka Michaela Jacksona jest bojkotowana w wielu radiostacjach, praktycznie bez żadnego konkretnego powodu. Wystarczy tutaj wspomnieć o stacjach w Kanadzie i Nowej Zelandii, które zadecydowały, że nie będą już nigdy więcej puszczać przebojów Jacksona na swoich antenach. A z kolei Mark Louis Vuitton, projektantka mody w styczniu zaprezentowała kolekcję męską poświęconą artyście, po czym wycofała ją w marcu tego samego roku. Nawet jeden z twórców amerykańskiego animowanego serialu „The Simpsons", Al Jean powiedział, że odcinek Stark Raving Dad, który zadebiutował w 3. sezonie serialu, miał posłużyć piosenkarzowi do jego obrzydliwych celów. Usuwanie na siłę dzieł artysty, jak zrobiły
to wymienione radiostacje muzyczne, tylko dlatego, że został oskarżony o pedofilię, jest dla mnie dużą przesadą.
Ludzie nie zadają pytań, ani nie szukają dowodów na niewinność Jacksona, lecz zamiast tego rozpowszechniają na cały świat „Leaving Neverland". Po premierze filmu, niemal wszyscy uznali go za pedofila, a echa tej afery dotarły także i do Polski. Jakiś czas temu patronem Amifteatru, który znajduje się na warszawskim Bemowie został właśnie Jackson, teraz władze dzielnicy chcą zmienić swoją decyzję. Tłumacząc się, że Amfiteatr powinien zmienić swoją nazwę, gdyż jej patron jest obciążony poważnymi oskarżeniami. Chociaż tym samym władzom nie przeszkadzało to, że podobne zarzuty wysunięto w stronę Jacksona już w 2004 roku i został z nich oczyszczony.

Michael Jackson, nazywany "Królem Popu", wielokrotnie był oskarżany o molestowanie seksualne w stosunku do osób nieletnich. Nawet po jego śmierci, ciąży na jego legendzie piętno pedofila.
Jak natomiast zareagowali fani Króla Popu? Czy zadali sobie trochę trudu i przyjrzeli się tej sprawie bliżej? Nie. Przyznali rację rzekomo pokrzywdzonym. W wyniku czego, czołowi przedstawiciele pozarządowych organizacji związanymi z prawami człowieka, w tym również MeToo# uznali, że pamięć po zmarłym już dawno artyście powinna zostać usunięta, raz na zawsze.
Jak już wcześniej wspomniałem, sprawa Polańskiego związana z wydarzeniami, które odbyły się w latach 70-tych ubiegłego wieku, ciągnie się za reżyserem aż do dzisiaj. Przypomnijmy całą tę sytuację. Jest rok 1977, Los Angeles w stanie Kalifornia. Roman Polański, wciąż przeżywający śmierć swojej żony Sharon Tate, brutalnie zamordowanej w 1969 roku przez gang Charlesa Mansona, proponuję sesje zdjęciową do francuskiego magazynu Vogue 13-letniej dziewczynie, Samanthcie Geimer (umówmy się, na zdjęciach z tamtych lat, rzeczywiście nie przypominała 13-latką). Młoda dziewczyna wierzy naiwnie, że ta współpraca otworzy jej drogę do kariery modelki lub aktorki. I owszem, dziewczyna stanie się niedługo sławna, ale nie w sposób w jaki chciała.
W swojej autobiografii, Dziewczynka, życie w cieniu Romana Polańskiego, dokładnie opisała co zaszło między nią i dużo starszym polskim reżyserem. Polański zabrał ją do domu Jacka Nicholsona, z którym łączyła go przyjaźń od czasu planu filmowego „Chinatown".
W posiadłości Polański odurza ją narkotykami, a następnie dochodzi między nimi do seksu oralnego i analnego. Wybucha wielki skandal. Reżyser zostaje aresztowany, ale nie ma co liczyć na uczciwy proces. Żądny sławy sędzia nie przejmując się ugodą, jaką oskarżony zawarł z prokuraturą, prawdopodobnie planował wsadzić go za kraty, więc reżyser uciekł do Francji.
Jednak sama zainteresowana w swojej książce napisała wprost, że nie stawiała oporu, a wręcz przeciwnie. Chciała zaimponować Polańskiemu kłamiąc, że brała już narkotyki i uprawiała seks, a także, że ma już skończone 17-lat. Jednak po całym zajściu, dziewczyna była oszołomiona i nie wiedziała jak się ma dalej zachować. W 1988 r., za namową matki, złożyła pozew cywilny przeciwko Polakowi. Ostatecznie ten wypłacił jej odszkodowanie i sześciocyfrowa kwota trafiła na konto ofiary. Dzisiaj Samantha Geimer broni Romana Polańskiego, a nawet zwróciła się do amerykańskiego wymiar sprawiedliwości umorzenie sprawy.
To co jednak najbardziej mnie zastanawia to fakt, że matka młodziutkiej wtedy Geimer nie zrobiła nic żeby zapobiec tym wydarzeniom. Były to czasy, w których doskonale pamiętano lata 60-te, w których to wszyscy brali narkotyki, pili duże ilości alkoholu i uprawiali seks na potęgę i to bez zabezpieczenia. Wiedzieli o tym wszyscy, którzy mieszkali w Hollywood, również sąsiedzi wielkich gwiazd. Nikt mnie nie przekona, że matka Samanthy nie wiedziała o tym, że kiedy czterdzoestoparoletni reżyser filmowy zaprosi niepełnoletnią dziewczynkę do domu swojego przyjaciela, który w dodatku był znany z organizowania w swoim domu imprez narkotykowo-seksualnych, to będzie jej robił tylko zdjęcia do magazynu modowego. Pomimo, iż minęło parę ładnych lat, sprawa ta powinna ulec przedawnieniu, amerykański wymiar sprawiedliwości nie ustępuje i pomimo licznych apelacji, nie uniewinnił Polańskiego z wcześniej stawianych mu zarzutów. To wszystko ma wpływ na jego karierę do dziś.

Pod koniec ubiegłego roku, Francuska Akademia Filmowa podjęła poważne kroki, aby oczyścić swoje szeregi. Opuściło ją aż osiemnaście osób, w tym Alan Terzian oraz Thomas Langmann, producent filmowy oskarżony o znęcanie się na żoną. Polański również został wydalony, chociaż jeszcze we wrześniu 2020 roku wraz z Lagmannem zostali przyjęci w progi FAF, jako historyczni członkowie. Dodatkowo sprawę skomplikowało przyznanie aż 12. Nominacji do Cezarów dla najnowszego filmu „Oficer i szpieg" w reżyserii Romana Polańskiego i kolejne oskarżenie Polaka o gwałt, tym razem przez aktorkę Valentine Moonier. Na łamach Le Parisien opisała, że w 1975 roku, gdy miała 18 lat filmowiec miał ją najpierw pobić, a później wykorzystać. Przyniosło to następny wybuch społecznego oburzenia.

Po ogłoszeniu listy nominowanych, członków Akademii bardzo krytykowano za chęć nagrodzenia kogoś oskarżonego o przemoc seksualną. Początkowo w obronie nominacji dla „Oficera i szpiega" stał przewodniczący FAF, Alain Terzian stwierdzając (z resztą słusznie), że Akademia nie powinna wydawać moralnych sądów i oddzielać twórczość od prywatnego życia artysty. Jednak uporczywe protesty poniekąd zmusiły cały zarząd organizacji podaniu się do dymisji.

Samantha Gailey pomimo głośnej afery, jaka wyniknęła w latach 70-tych, od wielu lat broni Romana Polańskiego w mediach. Woody Allen też ma spore problemy związane z przeszłością. Czy molestował małą dziewczynkę w przeszłości, czy nie, to nie ma znaczenia. Dowiedziała się o tym opinia publiczna i rozpętała się wielka afera. Czy jednak decyzja czterech największych wydawnictw książkowych w Stanach Zjednoczonych o niewydaniu autobiografii reżysera, w której sam zainteresowany przedstawiłby swoje zdanie na temat całej tej sprawy i miałby jakąś szansę obrony, jest dobra? Ja uważam, że jest zła. I to bardzo. Jednak nie oznacza to, że gdy książka Allena ujrzy światło dzienne, to uznam, że wszystko co w niej napisał jest w 100% prawdą. Ludzie, którzy go nie lubią i tak w nią nie uwierzą. Ale co z ludźmi postronnymi? Neutralnymi? Czy oni nie chcą poznać, co ma do powiedzenia w sprawie oskarżeń? Panie Farrow przedstawiły swoje argumenty w najważniejszych amerykańskich dziennikach telewizyjnych i już znamy ich stosunek do reżysera. Czy nie mamy prawa dowiedzieć się co tak naprawdę Allen sądzi o tym wszystkim? Według Czterech Największych Wydawnictw Książkowych w USA... nie. A przynajmniej nie za ich pośrednictwem.

Emocje prawdę powiedzą?
To co jednak wydaje mi się najgorsze, to że tego typu czyny (jeśli do nich rzeczywiście doszło) powodują, że ludzie przestają myśleć racjonalnie. Dzieło sztuki, film lub piosenka, które kiedyś stało się światowym hitem i ma wielkie znaczenie dla współczesnej popkultury, po takim zdarzeniu nie jest już mile widziane odbiorze społecznym. Ludzie nie tylko nie chcą słuchać utworów, ani oglądać filmów czy obrazów, ale chcą je wymazać z pamięci. I są zdolni do tego, aby pozostali, nawet ci którzy nie są zaznajomieni ze skandalem, również o tym dziele nie usłyszeli, ani go nie zobaczyli.

Szczególnie można to zauważyć na wielu filmowych forach, kiedy pojawia się jakaś wzmianka o filmie wyżej wymienionych artystów, niektóre osoby od razu wypowiadają się na ten temat mniej więcej tak:
Dlaczego na tym forum wstawiacie link z filmem, wyreżyserowanym przez tego pedofila? Jak można wstawiać na tej grupie filmy lub informacje związane z tym „przestępcą"? Przecież ten człowiek (Allen lub Polański), skrzywdzili tyle osób, że też ktoś ich filmy jeszcze chce oglądać. To jest żenada!

Lub coś takiego:
Bardzo dobrze, że temu gnojowi udało się postawić zarzuty (ponownie, zależy czy mówimy o Polańskim czy np. Spacey), miejmy nadzieję, że nigdy już o nich nie usłyszymy.
Problem pojawia się gdy ktoś ma argumenty, które podważają ich teorie lub tłumaczy, że dzieło sztuki danego artysty nie ma nic wspólnego z jego haniebnymi czynami. Wtedy do takich ludzi to nie dociera a wręcz starają się wmówić takie osobie, że jest adwokatem diabła. Oczywiście nie wiadomo do końca kto ma rację. Nie można z góry uznawać, że jedna strona ma rację, a druga się myli. Lecz wyraźnie widać, że ludzie wierzący w oskarżenia obydwu panów żądają natychmiastowego wymierzenia sprawiedliwości. Burza jaka rozpętała się wokół osób zamieszanych w rzekome próby molestowania czy napaści seksualnych, jest ogromna i trwa do dziś. Trudno się temu dziwić. Wszystko ma swoje plusy i minusy.

Na pewno dobrą stroną całej tej sytuacji, która zaowocowała powstaniem ruchu MeToo#, jest fakt, że ludzie zaczynają otwarcie mówić o tym, co się dzieje w show businessie, obszarze częstych molestowań seksualnych stażystek, aktorek, itp. Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim zbyt późno, ale zawsze lepiej niż wcale. Rok 2017 okazał się być przełomowym, przełamał bardzo ważny temat tabu, którego nikt wcześniej nie poruszał. Z drugiej strony, jak to zwykle bywa, mamy masową histerię. Dzieje się tak, kiedy przeciętni, mogący tylko marzyć o sławie i bogactwie przedstawiciele tzw. klasy średniej dowiadują się, że osoby z show businessu, znane i lubiane, jednak mogą zrobić coś tak złego. Ich ulubieni aktorzy, reżyserzy i muzycy, ludzie będący często autorytetami i idolami, z których chcą brać przykład, mogą być seksualnymi maniakami. Problem jednak pojawia się kiedy mamy do czynienia, powtórzę to, z rzekomym dokonaniem czyli z podejrzeniami o dokonaniu przestępstwa na tle seksualnym.

Teraz całe bardzo wrażliwe społeczeństwo szuka dobrej recepty czy złotego środka, który mógłby zapobiec dalszym straszliwym czynom tego typu. Są tacy, którzy doskonale zdają sobie sprawę, że nie uda się uchronić wszystkich od wszelkiego zła. Bardzo bym tego chciał! Jednak dobrze wiem, że nie wystarczy tak tylko powiedzieć, wprowadzić w życie jakąś ustawę czy polityczny manifest, jak zrobili to Szwedzi w roku 1972, tworząc tzw. Rodzinę Przyszłości.

A może pójdźmy jeszcze dalej i wprowadźmy przymusową kastrację wszystkich mężczyzn. To oczywiście jest żart i zdecydowanie lekka przesada, chociaż część feministek pewnie ucieszyłoby ta myśl, ale większość kobiet niekoniecznie. 

Ludzie łatwo ulegają manipulacji. Bardzo łatwo i nie myślą wtedy samodzielnie. A jak histeria, to emocje. A te mogą być pozytywne, ale i negatywne. Pojawiają się nagle, zawsze łączą się z silnym pobudzeniem i mogą osiągnąć dużą intensywność. Nawet, jeśli jest są tylko przejściowe, krótkotrwałe. Emocje negatywne są niestety dość powszechne a bywają najczęściej złymi doradcami, nie dają miejsca na mądrą i rzetelną ocenę sytuacji. Tutaj warto wspomnieć o słowach Matta Damona, który w programie ABC krytycznie wypowiedział się
o akcji #MeToo.

Myślę, że to ważny moment, w którym kobiety czują się na tyle pewnie, że głośno opowiadają o tym, co je spotkało. To bardzo ważne. Jednak trzeba pamiętać, że jest różnica między poklepaniem po tyłku, a gwałtem czy molestowaniem. Obie rzeczy powinny zostać skonfrontowane, ale nie można ich do siebie porównywać. Żyjemy w czasach poprawności politycznej, ale chyba nikt z nas nie jest idealny.
Nie trzeba było długo czekać na reakcję członkiń ruchu #MeToo, które uznały go za osobę kompletnie nie rozumiejącą problemu, a tym samym za kolejnego wroga kobiet. Przekazy medialne w tych sprawach ukazują nam obraz sławnych i majętnych ludzi w negatywnym świetle, na dodatek robią to w taki sposób, że odbiorcy aż kipią nienawiścią.

Są nią tak nabuzowani tymi negatywnymi emocjami, że gdyby tylko zobaczyli kogoś takiego na ulicy, natychmiast doszłoby do publicznego linczu. Nie tylko dokonaliby samosądu na jego ciele, ale także i na duszy.

Ludzie związani z #MeToo powoli zamieniają się w fanatycznych żołnierzy inkwizycji, gotowych oskarżyć i potępić każdego, kto nie zgadza się z ich zdaniem. Jeszcze gorzej, kiedy większość społeczeństwa, szczególnie widoczne jest to w Stanach Zjednoczonych, popiera tego typu akcje organizacji pozarządowych. To się tyczy również niektórych działaczy politycznych związanych Lewicą. Przypomina to działalność hiszpańskiej inkwizycji, która została powołana do walk z heretykami w XV wieku (która, wbrew temu co głoszą niektórzy, podlegała władzy świeckiej, nie kościelnej) i której to działalność często potępiali właśnie czołowi przedstawiciele lewicowych partii. Teraz sami upodabniają się do ludzi, których tak krytykowali lata temu. A jeszcze przysięgali, że nigdy będą stosować podobnych metod.

Jak możemy się przekonać, są takimi samymi hipokrytami, a może nawet i gorszymi. Tego typu podejście bardzo źle wróży kondycji moralnej naszego społeczeństwa, jeśli będziemy opierać się tylko na emocjach a zapomnimy całkowicie o zdrowym rozsądku.

 

Michał Pawlak
Dziennik Teatralny Warszawa
18 lutego 2021

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...