Mewa nie żyje

"Mewa" - reż: Paweł Miśkiewicz - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

"Mewa" w reżyserii Pawła Miśkiewicza jest spektaklem, w którym przez postaci przebijają aktorzy, a fikcja przeplata się z realnością. Czechowowski tekst stał się pretekstem do zabawy formą i sprawdzenia, czy teatr jest odpowiedzią na jakiekolwiek pytania, czy tworzy się go po to, by jakieś pytania zadać?

Po środku zamarznięte jezioro, tuż za nim brzozowy zagajnik. Rzędy teatralnych krzeseł ustawione po bokach sceny, a wszystko to przysłonięte kurtyną. Rzadko się zdarza, że "brama między fikcyjnym, a realnym światem" na Starowiślnej w ogóle się pojawia. W "Mewie" jest obecna i jest półprzezroczysta. Teatr i rzeczywistość będą się wzajemnie podglądać, nieraz się przenikną, a czasem całkiem zamienią rolami. 

Rytm spektaklu jest nieregularny. Treść dramatu realizuje się powoli, po to by za chwilę się zaciąć i kilkakrotnie zapętlić. Aktorzy powtarzają niektóre dialogi, jakby jeszcze próbowali, czy już improwizowali i starali się przepchnąć tekst dalej. Kulminacją "powtórek" jest szaleńczy popis Wiktora Loga-Skarczewskiego, który po (prawie całkowitym) obnażeniu się, biega po okręgu, powtarzając w kółko zdanie: "Jedno i to samo!". Przypomina to zabieg, jakiego użył Marek Piwowski w „Rejsie”, kiedy to Zdzisław Maklakiewicz wypowiada się na temat polskiego filmu, że jest nuda i "nic się nie dzieje, proszę pana. Nic."

Karykatura. Z momentów zadumy wyrywa zadany przez reżysera prztyczek. Paweł Miśkiewicz trochę jak jego Trieplew- miota się w poszukiwaniu przepisu na dobre podanie sztuki.

W spektaklu zdarzają się momenty słabe inscenizacyjnie (babranie się Trieplewa w krwi zabitej Mewy, czy biała Nina, błądząca z mikrofonem przy zgaszonym świetle), jednak zawsze znajdują one usprawiedliwienie w tekście Czechowa i wpisują się w ogólnie dobrze pomyślaną całość.

Arkadina (Iwona Bielska) opętana sobą, ciągle prowadzi podwójną grę. Patrzy na "sztukę" syna z politowaniem, by za chwilę usprawiedliwić jego sceniczne wybryki. Później puszcza oko do obydwu publiczności- tej z widowni i tej ze sceny.

Jedynym momentem, kiedy aktorka zdaje się przynależeć tylko do jednego świata, jest scena, w której wszystkie postaci (i upadła brzoza) w swoistym transie łączą się i tworzą coś na kształt Grupy Laokoona, tyle że są poplątani erotycznie.

Ci którzy piją, umierają 
ci którzy nie piją też umierają
lepiej jest więc pić i umierać


Nie tylko Masza (niczym ksiądz z ambony) wysnuwa u Miśkiewicza ciekawe wnioski. Każda z postaci zadaje pytania, lecz tak samo jak u Czechowa, żadna z nich odpowiedzi nie dostaje.

Adrianna Markowicz
Dziennik Teatralny Kraków
6 lipca 2011

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...