Mężczyźni, którzy pociągają za sznurki

"Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć" - reż. Iwona Kempa - Teatr im. Juliusza Słowackiego

Dopóki siedzimy omamieni groteską odbywającą się na scenie, pudełko, w którym nas zamknięto, jest w kolorze pastelowego różu. Świadomość tego, co się przed nami odbywa zamieni go w zimny granat. Potem zrobi się całkiem ciemny, żeby po chwili znów rozjaśnić się i zwalić nas z nóg głośnym śmiechem - z siebie i swojego żałosnego losu. Nikt tutaj nie będzie płakał, choć parę razy załamie się głos. Nikt nie odpuści i nikt się nie podda - życie potoczy się do końca, mimo że momentami zdaje się, że właściwie już nie ma w tym wszystkim żadnego sensu.

Piątka kobiet to nie tylko bohaterki, ale także jedyne ozdoby prawie pustej sceny, na której znajdują się mikrofony na statywach i wysokie krzesła barowe. Jak złudne jest myślenie o kobiecie w kategoriach estetycznych, okaże się na końcu, kiedy smętnie śpiewając "Seksapil", aktorki zedrą z siebie peruki i piękne suknie, pokazując wyszczuplającą bieliznę, zakrywającą nieudolnie tak odmienne od siebie nawzajem ciała - jedne jeszcze młode, drugie już zniszczone przez czas. Kobiety są tak różne wewnętrznie, jak różnie wyglądają. Stoją przed nami bowiem zdziecinniała romantyczka (Bożena Adamek), temperamentna piękność (Dominika Bednarczyk), wyzwolona seksualnie matka (Dorota Godzic), cyniczna mizantropka (Marta Konarska) i dojrzała, wyniosła elegantka (Anna Tomaszewska). Oczywiście to wcale nie jedyne ich oblicza - każda z nich kryje opowieść, której ujawnienie zaburza nam wszelką grę pozorów - spektakl jest jak plebiscyt na to, która najlepiej swoją traumę sprzeda widzom. Najwyraźniej objawia się to w wykrzyczanym przez bohaterkę Doroty Godzic: "Mam dość, Ty zawsze musisz być najważniejsza, a kto interesuje się mną?!". Dziewczyny sobie przeszkadzają, komentują ironicznie i śmieją się z siebie. Szturchają się i momentami parodiują - właściwie cały czas ze sobą walczą, a oznaki jakiegokolwiek wsparcia zdają się być niewidoczne. Konkurs na to, kto ma najgorzej trwa. Między wzajemnie przerywane monologi wkradają się znane nam wszystkim piosenki - "Parasolki", "Mechaniczna lalka"... mają ukrywać czy odsłaniać? Tego właściwie nie wiemy. Z pewnością jednak pomagają zbudować farsowość całego przedstawienia. I zastanawiają. Akompaniatorem bowiem jest mężczyzna (Dawid Rudnicki), ukryty w kącie z fortepianem. Czy kobiety śpiewają jak im zagra, czy to on gra pod dyktando?

Spektakl Iwony Kempy jest wstrząsający. Pokazuje nam, kobietom, jak bardzo żałosne, a jednocześnie poruszające jesteśmy w swoich dramach i jak niewiele między sobą się różnimy w ich intensywnym przeżywaniu. Widzimy też kobiecą niemożność wyrwania się spod uzależnienia względem mężczyzn - żadna z historii na scenie nie mogłaby się zdarzyć, gdyby nie mężczyzna, a jednocześnie to oni nie są tutaj dopuszczeni do głosu, nie możemy poznać ich perspektywy. Zamieniają się w marionetki w opowieściach bohaterek - jakby w odwecie za to, że każda z przytoczonych historii to wspomnienie tego, jak to oni, świadomie lub nie, pociągali za sznurki.

Rzecz nie tyczy się jednak samych relacji. Przede wszystkim to opowieść o maskach, które zakładamy, żeby poradzić sobie z życiem. I o tym, jak zgniatamy konwenanse, kiedy nagle te maski z siebie zrzucamy. Cały zespół kobiet pracujący przy spektaklu zostawia nas bez odpowiedzi na pytanie, kto tutaj jest wariatem. Ten, który wypiera i ukrywa niewygodne prawdy grając rolę klauna, czy ten, który sprzeciwia się grze i nosi cierpienie oraz cały bagaż doświadczeń na wierzchu? I czy jest szansa na to, aby odciąć się, uniezależnić i próbować budować szczęście tylko na sobie? Tylko jedna z kobiet na scenie próbowała to zrobić, podejmując traumatyczną decyzję. I okazało się, że jako jedyna sama zafundowała sobie wewnętrzną śmierć. Czy to znaczy, że trzeba się poddać? Oddać swoje życie w ręce kogoś, na kogo będzie można zrzucić ewentualne porażki?

Nie. To znaczy, że ciągle od nowa trzeba szukać sposobu na wszystko to, co zdarzy się za chwilę. W końcu w swoim absorbującym i równie fascynującym u każdej z pań aktorstwie, żadna z bohaterek nie wygrała. A psycholog Kempa po raz kolejny nie osądziła nas, tylko odkryła nasze twarze, kończąc wszystko unoszącym się w powietrzu, niemym: "Tacy jesteśmy".

Aleksandra Sowa
Teatr dla Was
4 grudnia 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia