Mieć czy być

"Eva" - reż. Joanna Szczepkowska - Teatr Rampa w Warszawie

Zdefiniuj artystę. Kim jest? Czy miarą jest sukces i rozpoznawalność? Ilość sprzedanych płyt i obrazów, zorganizowanych wystaw i koncertów? Czy po prostu pieniądze? To kuszący model i wzór oraz pragnienie serc wielu. A Joanna Szczepkowska napisała i wyreżyserowała sztukę o artystce, która miała inne osiągnięcia: koncert dla kilku osób, śpiewanie „pod kotleta", czyjeś łzy w oczach...

Eva Cassidy, amerykańska piosenkarka żyjąca w latach 1963-1995, nie była przebojową dziewczyną. Ona tylko śpiewała i grała na gitarze. Potrafiła zaśpiewać blues, jazz, folk, country, pop... wszystko. Każdy, kto ją usłyszał, był zachwycony jej głosem i możliwościami wokalnymi. Ale Eva nie umiała się sprzedać. Nie miała parcia na karierę, nie mizdrzyła się na castingach. Nie zrobiła sobie rzęs, brwi ani cycków. Ani nawet paznokci. Ot, przeciętna, niezbyt atrakcyjna młoda dziewczyna jakich tysiące. Może trochę bardziej wrażliwa i czuła. Może ciut bliżej przyrody niż inni. Chyba wyjątkowo wierna sobie samej, ale kto by tam to zauważył. Póki nie zaczęła śpiewać.

Szczepkowska opowiada o niej z ciepłem i miłością, i z odrobiną żalu. Bo być może Eva jednak zrobiłaby była tę międzynarodową karierę, ale wzięła i umarła na raka. Krzykliwa i nieco rozhisteryzowana Gwiazda–narratorka łagodnieje w trakcie opowiadania o Evie. Może zamiast jej zazdrościć, zaczyna ją rozumieć? Pamiętam ten dualizm i dojrzewanie Szczepkowskiej na scenie w genialnym monodramie „Goła baba" sprzed wielu lat. Ale tutaj znana aktorka nie była sama, był z nią świetny band grający na żywo oraz ona – Dorota.

Osińska idealnie pasuje do roli Evy. Nie chodzi nawet o względy wokalne, choć jej głos niesie niezwykły ładunek emocjonalny, wzrusza, rozmarza. Wokalistka śpiewa wyjątkowo czysto, stwarza na scenie intymny klimat – widzowie towarzyszą jej w jakby prywatnym, bardzo autentycznym koncercie. Ale Osińska w tej roli po prostu jest Evą Cassidy – delikatna, krucha, śpiewająca z uczuciem, niezłomna w tym, co chce robić, w tym, jak widzi siebie i swój rozwój jako człowieka, jako artystki. Nie ma na sobie pięknej sukni ani makijażu, nie porusza się z wdziękiem, jest niewidoczna. Póki nie zacznie śpiewać.

Wspomniany zespół tworzy trzech świetnie grających – i zgranych – muzyków, których lider, Paweł Stankiewicz, jest również kierownikiem muzycznym przedstawienia, aranżerem i kompozytorem wykonywanych utworów. I jak on super śpiewa! choć panowie pełnili tylko role chórków dla Doroty-Evy. Pomiędzy artystami wyczułam nie tylko wspólne muzykowanie, ale i prawdziwe więzy przyjaźni, zaufania, wzajemnego szacunku i podziwu. Oni lubią grać razem. A widz słucha i patrzy, i nadziwić się nie może, że karierą i sukcesem ten świat obdarza wielu, niekoniecznie każdemu według zasług jego.

Czy serce nie pęka ci, gdy czytasz, że Norwid umierał w nędzy i samotności, głuchnąc, ślepnąc i nie zwierzając się nikomu? Czy to sprawiedliwe, że Eva odeszła mając zaledwie trzydzieści trzy lata, w bolesnej chorobie, i została rozpoznana przez przemysł muzyczny dopiero po śmierci? A jednak na swoim ostatnim koncercie zaśpiewała „What a Wonderful World". Bo ona po prostu robiła swoje. I była szczęśliwa.

Dziękuję za to wzruszające przedstawienie.

Agnieszka Kledzik
Kledzik RADZI
8 listopada 2019

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski