Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza

Rozmowa z Krzysztofem Kowalskim

Staram się za każdym razem wchodzić na sto procent w postać i ona zawsze dotyka jakiejś innej części mojej duszy. Rola ewoluuje, nabieramy pewności, znajdujemy coraz więcej smaczków, odkrywamy jakieś nowe sensy. Cały spektakl dojrzewa. Później, w wolnym czasie, np. w okresie wakacyjnym, chodzę i o tym myślę. Powtarzam sobie jakiś tekst i nagle odkrywam coś całkowicie nowego – to naturalne.

Z Krzysztofem Kowalskim o roli Geralta w „Wiedźminie" w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, rozmawia Małgorzata Woźniak.

Małgorzata Woźniak: Jak zareagowałeś, kiedy dowiedziałeś się, że będziecie wystawiać „Wiedźmina"? Czytałeś wcześniej sagę Sapkowskiego, znałeś gry lub widziałeś film?

Krzysztof Kowalski: - Film, oczywiście, oglądałem – dawno temu. W gry niestety nie grałem, ponieważ miałem za słaby komputer. Opowiadania natomiast czytałem, ale nie znałem całej sagi. Jednak, kiedy ogłoszono casting, od razu się zainteresowałem.

W książce „Więcej niż musical" Piotra Sobierskiego znajduje się cytat Wojciecha Kościelniaka: „Samo zagranie Wiedźmina, czyli zderzeni z wyobrażeniem o nim, jest wyzwaniem. Ktoś, kto go zagra, musi mieć charyzmę i musi poradzić sobie z taką konfrontacją". Jaka była twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że to ty zostaniesz Geraltem z Rivii?

- Kiedy został ogłoszony casting, dużo osób mówiło, że pasuję do tej roli, choćby dlatego, że jestem blondynem, więc wygląd już się zgadzał. Ja stwierdziłem, że ucieszę się dopiero jak wyniki zostaną ogłoszone. Nigdy nie wiadomo, jaką wizję ma reżyser, a Wojtek często lubi iść pod prąd. Geralt to samotny wilk. Z jednej strony targa nim dużo emocji, a z drugiej strony on tych emocji nie okazuje. Wszystko musi odbywać się w środku, ale tak, aby widz odczytał tę wewnętrzną walkę. Ogromny spokój połączony z bestią, która musi ze wszystkimi walczyć. To było jedno wyzwanie. Reżyser od razu też poprosił mnie, żebym trochę poćwiczył, popracował nad formą i nabrał masy. Od razu się do tego zabrałem. W sierpniu przesiadywałem w teatrze po czternaście godzin. Jeszcze przed próbą robiłem trening siłowy, potem próba, krótka drzemka, trening kardio, obiad, druga próba i do domu wracałem wypompowany. W międzyczasie dochodziło powtarzanie tekstu, przygotowanie do kolejnych prób. Do tego treningi władania mieczem z Arturem Cichutą, który jest fantastycznym człowiekiem. Niczym prawdziwy sensei, ze spokojem i opanowaniem uczył nas od podstaw technik wu-shu. Wszystko musiało być idealne, każdy ruch był dopracowany. Najtrudniej było mi wyćwiczyć wykonywanie młynków lewą ręką, ale teraz, po wielu treningach z mistrzem, nie sprawia mi to już najmniejszego problemu.

Co najbardziej zaintrygowało cię w tej postaci? Która cecha jego charakteru była dla ciebie największym wyzwaniem?

- Chyba w ogóle osobowość Wiedźmina, bo z jednej strony musi być charyzmatyczny, z drugiej– spokojny, opanowany. Jego rozterki często były mi bardzo bliskie. To jest samotnik, któremu towarzyszą przyjaciele – Jaskier, Płotka. Ma też romans z Yennefer, ale cały czas ucieka. Ciągle nie może w pełni pokochać. Geraltem targa też przeznaczenie. Każdy z nas ma w sobie coś z Wiedźmina, mamy do podjęcia decyzje, z którymi często zostajemy sami. „Miecz Przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty" - przeznaczenie stawia nam przeszkody, a my wybieramy swoją drogę. Kolejny aspekt to połączenie twarzy człowieka i bestii, która walczy z potworami. Był jak samotny biały wilk, samotny jeździec. Najpiękniejsze jednak było to, że w tej całej swojej samotności i waleczności, miał też dozę człowieczeństwa. Przeszedł próbę traw, ale nie w pełni i nie był całkowicie pozbawiony emocji - miał swoje sny, wspomnienia, na swój sposób kochał Yeneffer i był oddany Ciri. Co było dla mnie największym wyzwaniem? Każdy, kto mnie zna wie, że często się uśmiecham - mam tak naturalnie. Nawet kiedyś usłyszałem, że nikt mnie nigdy nie widział smutnego. Wszyscy kojarzą mnie z wulkanem energii, a w tym spektaklu musiałem być spokojny. „Krzysiek, nie śmiej się teraz, nie możesz się śmiać". Później, kiedy chodziłem taki poważny po teatrze to znajomi pytali, dlaczego jestem taki smutny, czy coś mi jest.

Gracie „Wiedźmina" już ponad rok. Każdy spektakl, a z nim każda rola zawsze dojrzewa. Czy jest coś nowego, co odkryłeś w tej postaci, w tym spektaklu?

- Z każdym spektaklem odkrywam go na nowo. Staram się za każdym razem wchodzić na sto procent w postać i ona zawsze dotyka jakiejś innej części mojej duszy. Rola ewoluuje, nabieramy pewności, znajdujemy coraz więcej smaczków, odkrywamy jakieś nowe sensy. Cały spektakl dojrzewa. Później, w wolnym czasie, np. w okresie wakacyjnym, chodzę i o tym myślę. Powtarzam sobie jakiś tekst i nagle odkrywam coś całkowicie nowego – to naturalne.

Piotr Sobierski napisał o „Wiedźminie": "Wychodził poza fantastyczny świat, wymykał się z rozrywkowych ram, narzucając bardzo czytelny, ale i złożony przekaz". Jakie według ciebie jest najważniejsze przesłanie tego spektaklu, jego główna myśl?

- Kiedy spektakl się zaczyna, Geralt myśli, że stracił Ciri, a potem zaczynają się retrospekcje. To jest od początku do końca dążenie za naszym pragnieniem, za naszym przeznaczeniem, za czymś, co utracone. Każdy z nas cały czas za czymś podąża, każdy jest trochę Wiedźminem, co jest najbardziej uwydatnione w finałowej scenie. Wszyscy nagle stają i walczą tę samą katę. Każdy z nas ma swoje rozterki, swoje problemy. Musi się zmierzyć ze swoimi przyzwyczajeniami i wykorzystać swoje umiejętności. Każdy wyciągnie z tego spektaklu coś dla siebie.

biegiemdokultury.blogspot.com

___

Krzysztof Kowalski jest absolwent Studium Wokalno - Aktorskiego im. D. Baduszkowej w Gdyni. Do zespołu Teatru Muzycznego w Gdyni dołączył w 2012 roku, tuż po ukończeniu szkoły. Zagrał w niejednym spektaklu Wojciecha Kościelniaka („Zły" – 2015, „Chłopi" – 2013, „Lalka" – 2010) i nie tylko („Skrzypek na dachu" w reż J. Gruzy, „Grease" w reż. M. Korwina, „Ghost" w reż. T. Dutkiewicza, „Piotruś Pan" w reż. J. Józefowicza). Występował gościnnie na Scenie Letniej Teatru Miejskiego im. W. Gombrowicza w Gdyni w spektaklach: „Zorba" oraz „Słodkie lata 20, 30" w reż. J. Szurmieja. Zagrał w filmie „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł" (reż. A. Krauze).

Małgorzata Woźniak
Dziennik Teatralny Trójmiasto
19 listopada 2018

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia