Między nami Sarmatami

"Trylogia" - Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

"Trylogia" Jana Klaty, którą z serią powieści Henryka Sienkiewicza łączy jedynie tytuł, to drugi z głośnych spektakli zaprezentowanych podczas XVI Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Zespół aktorski Teatru Starego w Krakowie wypruwał sobie żyły, by zgodnie z założeniami reżysera stworzyć ironiczne, groteskowe kreacje. Okazało się jednak, że Jan Klata lepiej by się sprawdził w tworzeniu reklam dla sieci komórkowej Plus lub reżyserowaniu kabaretonów.

Obwieszony trzema naręcznymi zegarkami prostacki Zagłoba (Juliusz Chrząstowski), wielokrotnie odrzucany przez kobiety Wołodyjowski (Andrzej Kozak) w wyświechtanym dresie i zniewieściały Bogusław Radziwiłł (Błażej Peszek) w majtkach od Calvina Kleina stanowią kwintesencję humoru prezentowanego w spektaklu. Wszystko rozgrywa się w scenerii, której podstawowym komponentem jest karykaturalna, wynaturzona, okraszona religijnymi akcesoriami polskość - z lewej strony sceny ambona (wykorzystywana od pierwszych chwil spektaklu, który rozpoczyna się słynnym kazaniem księdza Kamińskiego nad trumną Wołodyjowskiego: „Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz! Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz?” - do tej przemowy wracamy pod koniec przedstawienia), w głębi ołtarz z obrazem Matki Boskiej, z przodu, po obu stronach sceny, widzimy wyściełane czerwoną materią prostokątne ramy - wiszące tu kule cudownie uzdrowionych oraz setki medalików i małych tarcz przywołują jednoznaczne skojarzenia. Jasna Góra odmalowana została z niezwykłą starannością, co pozwala na zbudowanie kontrastu w stosunku do niedbale zasłanych, szpitalnych łóżek, które gęsto usiały scenę - każde z nich przyporządkowane zostało jednej postaci, leżącej w białej pościeli. Być może Jan Klata umieszczając bohaterów w zakładzie psychiatrycznym zamierzał dokonać zbiorowej, narodowej psychoterapii, do której zaprosił widzów. Jej wynikiem zdecydowanie nie było jednak katharsis.  

Do tytułu spektaklu wypadałoby dodać dopisek w rodzaju „wariacje na temat” lub „spektakl inspirowany”, reżyser jednak tego nie zrobił, co oznacza, że w jego pojęciu dokonał inscenizacji dzieł Henryka Sienkiewicza. Żadna z części nie przypomina jednak „Ogniem i mieczem”, „Potopu”, ani „Pana Wołodyjowskiego”, przedstawienie jest bowiem humorystyczną opowieścią o tym, jak dziś odbieramy „Trylogię” oraz próbą spojrzenia z przymrużeniem oka na zakorzenione w nas narodowe mity. Powieści Sienkiewicza powstały w określonym celu, w czasach, gdy walka o narodową świadomość była nadrzędnym celem większości polskich twórców, a popularność „Trylogii” najprawdopodobniej przerosła najśmielsze oczekiwania samego autora. W każdym razie była to praca obliczona na określony, konkretny cel (sienkiewiczowskie „ku pokrzepieniu serce” do dziś jest jednym z najczęściej wykorzystywanych zwrotów językowych). Trudno jednak powiedzieć, jaki cel przyświecał reżyserowi przedstawienia - czy było nim poddanie weryfikacji współczesnego pojęcia patriotyzmu, czy może próba pokazania, jak głęboko jesteśmy zanurzeni w kulturowych strukturach? Faktem jest, że efekt pracy zespołu przypomina bardziej kabareton (formę skądinąd niezwykle w Polsce popularną i lubianą), aniżeli przedstawienie oparte na rzetelnej analizie tekstu i zadumie nad współczesnym polskim patriotyzmem. Dziwią, a momentami wręcz smucą wypowiedzi Anny Dymnej i Ewy Kolasińskiej (aktorki kreowały role Barbary Jeziorkowskiej i Krystyny Drohojowskiej), które podczas pospektaklowego spotkania z widzami uparcie twierdziły, że wcale nie parodiują postaci bliskich sercu każdego Polaka, lecz odgrywają role kobiet o tragicznych życiorysach, które historia pozbawiła prawa do osobistego szczęścia i możliwości samorealizacji. Jeśli Jan Klata zamierzał posłużyć się groteską, to udało mu się to osiągnąć za sprawą wypowiedzi aktorek.

Trzeba jednak przyznać, że reżyser jest w stanie skłonić aktorów do wykonania najbardziej karkołomnych zadań. Zespół dał z siebie wszystko, Krzysztof Globisz rolami Chmielnickiego i Kmicica doprowadzał widzów do łez, podobnie jak Zbigniew W. Kaleta, który w roli Azji osiągnął mistrzostwo. Spryskując się dwoma dezodorantami oraz aplikując sobie spore ilości odświeżacza oddechu zachował kamienną twarz, co potęgowało komediowy efekt i pozostawiało widzów bezbronnymi w swym rozbawieniu. Nie zmienia to jednak faktu, że po dawce śmiechu i garści odprężających dowcipów nie pozostaje nic. Rubaszny śmiech nie przeradza się w refleksję, pozostając jedynie wyrazem spadku po sarmackich przodkach.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
8 marca 2010
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia