Między Niemcami a Polską C

"Amfitrion" - reż: Wojtek Klemm - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

By przekonać się w pełni do najnowszego spektaklu Wojciecha Klemma trzeba być albo widzem bezmyślnym, afirmującym, czasem wcale nieśmieszne, nieco jarmarczne gagi, albo widzem wyszkolonym, przyzwyczajonym do teatru apsychologicznego, czysto formalnego, teatru stricte "do oglądania", mniej do myślenia. Bo "Amfitrion" to sprawnie zmontowana godzina teatralnej zabawy z niespełnioną nadzieją na więcej.

Sam temat komedii Kleista (parafrazującego Moliera, który to opierał się na Plaucie - jesteśmy więc prawie u zarania gatunku) daje możliwość mówienia o sprawach bardzo aktualnych i ciągle ciekawych. Jupiter udaje Amfitriona przed jego żoną Alkmeną, natomiast Merkury jego sługę Sozjasza przed Charysą. Warlikowski chciałby przy okazji „Amfitriona” porozmawiać o tożsamości, jej rozbiciu i kryzysie, Klata o fałszu uczuć i rozpadzie rodziny w dzisiejszym świecie. O czym mówi Klemm? Ciężko powiedzieć i to chyba największa wada tego spektaklu. Trudno wymagać od współczesnego teatru psychologizacji i mimetyczności, ale mam wrażenie, że ciągle warto wymagać od reżyserów konkretnego celu spektakli.

Scenografia Maschy Mazur jest wizualnie interesująca, nosi jednak znamiona wtórności i nie koresponduje z akcją sceniczną (co może jest zabiegiem celowym). Na środku sceny zbudowano sporych rozmiarów obrotową, szklaną konstrukcję z podwieszoną do sufitu boazerią w rozmiarze XXL, wykonaną prawdopodobnie z pianki plastycznej. Nad całością góruje pretensjonalny napis rodem z tanich telewizyjnych show: „It’s not you, it’s me” - szybkie streszczenie całości sztuki podane na tacy już przy wejściu. I może to jest trop, którym reżyser podąża: manifestacyjnie wyrzeka się treści i idących za nią prób interpretacji na rzecz dowcipkowania, epickich songów i wizualnych efektów (na przykład ostatnio bardzo modny jest w Teatrze Starym mieniący się śnieg spadający z góry na aktorów). Są mikrofony (jeden nawet pojawia się, zjeżdżając z góry, gdy tylko Adam Nawojczyk chce coś powiedzieć), jest lustro, są błyskawiczne zmiany kostiumów (Małgorzata Hajewska- Krzysztofik). Do pełnego rezerwuaru środków teatru postramatycznego w potocznym rozumieniu brakuje tylko filmowych projekcji. 

Dzięki tym zabiegom „Amfitriona” ogląda się nieźle, ale ciągle czekając na coś więcej niż tylko sprawność w oswajaniu formy. Za dużo tu krzyku, rozbiegania (udaje się tego uniknąć tylko Hajewskiej- Krzysztofik i Nawojczykowi), trochę nie najwyższych lotów, dowcipu. Warto wspomnieć o muzyce - i tej wykonywanej na żywo przez Beatę Paluch (to jedne z lepszych fragmentów spektaklu) i tej „z laptopa”, puszczanej na żywo przez Dominika Strycharskiego na scenie - campowej, brzmiącej trochę jak ta z dziecięcej karuzeli (korespondencja z obrotową sceną?), pojawiającej się niespodziewanie, zabijającej próbujący się gdzieniegdzie pojawiać psychologizm w zarodku. Całość niepokojąco się rozsypuje, jakby potrzebowała jeszcze kilku solidnych reżyserskich prób. Pytanie tylko, czy jest to zabieg celowy zakochanego w teatrze niemieckim Klemma, mający irytować widza i eksperymentować z jego percepcją, czy „Amfitrion” jest po prostu niezbyt udanym spektaklem.

Katarzyna Pawlicka
Dziennik Teatralny Kraków
13 marca 2010

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia