Między oddechem anioła a okiem reżysera

"Posprzątane" - reż: M. Grzegorzek - Teatr im. Jaracza w Łodzi

Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem - pomyśleć można po spektaklu "Posprzątane", nowej premierze Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Cóż znaczy bowiem wysiłek innych łódzkich scen przy szczęściu posiadania zespołu, który udźwignie każdy tekst? Zespołu, który nie powstał w ciągu dwóch czy trzech sezonów, nie jest zlepkiem gościnnych sław, ale za to w mig odnajduje język z reżyserem i kontakt z jego wizją sceniczną. Ileż razy można to powtarzać? I dodawać, że najlepsze co można zrobić dla teatrów, to dać im po prostu spokój, aby mogły działać. Dlatego lekturę dalszej części recenzji odradzić należy wszystkim tym, którzy pomijając te fakty, doszukują się tendencyjności w pisaniu o łódzkich scenach.

Mariusz Grzegorzek znany ze spektakli silnie oddziałujących na emocje widza, jak "Lew na ulicy", "Makbet" czy "Słowo", wziął na warsztat tragifarsę amerykańskiej dramatopisarki Sarah Ruhl. Nie znaczy to, że stał się kuglarzem, a w jego dotychczasowej drodze twórczej dokonał się zwrot. Reżyser pozostał sobą, ale do swojego teatru wprowadził nowe tony.

Nie tylko spektakl, bo już i tragifarsa Ruhl jest po dawnemu "Grzegorzkowa". Bo cóż to za tekst? "Posprzątane" (w oryginale "The Clean House") posługuje się raczej maską farsy, w której po scenie przechadzają się metafizyczny lęk i zawieszenie w egzystencjalnej pustce. To tekst o randze palimpsestu, o wielu naprzemiennie występujących warstwach, których zdrapanie obserwujemy na scenie.

Nie w sferze akcji leży jednak sedno spektaklu. Ruhl posłużyła się schematem z brazylijskiej telenoweli. Charles, lekarz, zakochuje się w swojej pacjentce i odchodzi od swej żony, Lane, również lekarki. Poboczny wątek dotyczy Virginii, siostry Lane, podkochującej się w Char-lesie, oraz pokojówki - sieroty, Matyldy, emigrantki z Brazylii. Humor tworzy już na początku stosunek kobiet do ich domowych obowiązków. Lane (Marieta Żukowska) sprzątanie uważa za zajęcie niegodne, zatrudnia więc Matyldę (Justyna Wasilewska), która lęka się brudu i gdy go widzi na podłodze, z miejsca patrzy na sufit. Z pomocą przychodzi jej Virginia (Gabriela Muskała), która nie widzi sensu w swym nieudanym małżeństwie, a odnajduje go tylko w pracach domowych, którym oddaje się z chorobliwą zawziętością. Czy na pewno chorobliwą?

Warstwami układane sensy widać już w sferze językowej. Na przykład Virginia twierdzi, że ktoś kto nie sprząta sam swojego domu musi być szalony, ale dodaje zaraz, że to najlepszy sposób odkrycia "brudów", które najbliżsi próbują ukryć. Niebawem prasując bieliznę siostry odnajdzie podejrzanie wyglądające części garderoby. "Doskonały dowcip to coś między oddechem anioła a pierdnięciem" - mówi z kolei Matylda, która przez cały czas próbuje wymyślić dowcip doskonały. Wreszcie wymyśli. Kto go usłyszy może umrzeć ze śmiechu (rodzice Matyldy uchodzili za najdowcipniejszą parę w Brazylii, niestety wymyślony na rocznicę ślubu dowcip sprowadził na nich śmierć). Śmieszne? I to jak. Ale nie tylko o śmiech tu chodzi.

W spektaklu tragedia i komizm nie tyle graniczą ze sobą, co są zespolone jak dwie strony wirującej monety. Podrzuca ją Grzegorzek, który w krótkich odstępach czasu zmienia emocje, miksuje tonacje (czy to przez wkroczenie w srebrnym zimowym kombinezonie Charlesa, który udał się na poszukiwanie drzewa życia, czy neurotycznej Matyldy), ale także od widza zależeć będzie co ujrzy i jak odczyta. Nie wszystkie komiczne sceny mają być komiczne, nie wszystkie dramaty mają przejmować. Dlatego "Posprzątane" to spektakl wielokrotnego użycia.

Gra konwencjami, wzbudzanie pewnych emocji, a potem ich dezawuowanie stale wystawia na próbę wrażliwość i odbiorcze przyzwyczajenia, odbiera widowni komfort zasiadania w roli obserwatora. To utracone poczucie bezpieczeństwa wynika właśnie z poczucia bycia obserwowanym przez czujne reżyserskie oko, które nie zasypia. Męczące to i fascynujące zarazem.

Kolejne wydarzenia ukazywane są także przez pryzmat emocjonalności każdej z kobiet. Do pełni szczęścia potrzeba było jeszcze trafionej obsady. A ta nie zawiodła. Trio Marieta Żukowska, Gabriela Muskała i Justyna Wasilewska pokazuje wielką klasę. Aktorki budują postaci z całą ich wewnętrzną złożonością i potężnym, tkwiącym w nich tragizmem, który początek bierze w sferze duchowości. Czynią je farsowo śmiesznymi, a jednocześnie bardzo ludzkimi i wzruszająco prawdziwymi. "Posprzątane" to chyba jednak głównie spektakl Muskały. W jej wykonaniu nawet proste sparodiowanie wizerunku Marilyn Monroe nie staje się chwytem pod publikę. Chłodną Lane, groteskowo pogubioną Virginię i przebywającą na granicy dwóch światów Matyldę łączy trudna do wyrażenia jedność, świadomość wspólnego losu, traktowana tutaj zupełnie serio, choć przez śmiech, bynajmniej nie patetycznie.

Po pierwszym akcie wydawałoby się, że postać Any stanowić będzie tło, a Agnieszka Kowalska będzie jedynie statystować zespołowi Wasilewska-Muskała-Żukowska. Nic bardziej mylnego. Stanie się ona spoiwem dla trzech pogubionych dusz, dla których przewodnikiem, opiekunem i łącznikiem okaże się z kolei Matylda (to ona, w wykonaniu Wasilewskiej doskonale nieświadomie godzi się sprzątać w domach porzuconej Lane i Any). Dobrze w nietypowej konwencji odnalazł się również Mariusz Witkowski, którego Charles spodoba się niejednej feministce.

Łukasz Kaczyński
Dziennik Łódzki
7 lutego 2012

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia