Między realizmem magicznym a tragedią antyczną

rozmowa z Gabrielem Gietzkym

Rozmowa z Gabrielem Gietzkym, reżyserem spektaklu "5 razy Albertyna", którego premiera odbędzie się 7 maja w Teatrze Śląskim w Katowicach

Marta Odziomek: Proszę nam przypomnieć, jak doszło do tego, że reżyseruje Pan spektakl w Teatrze Śląskim. 

Gabriel Gietzky:
W ubiegłym sezonie teatralnym w ramach Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” 2009 otrzymałem od Teatru Śląskiego tzw. „Zaproszenie od Stanisława”. Na Festiwalu gościło wówczas moje przedstawienie – „Kupiec Wenecki” zrealizowany we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Dostałem wówczas jeden z mieszków od Macieja Wojtyszki, który zasiadał w jury oraz Zaproszenie od Stanisława, będące formą zaliczki na poczet zrealizowania w Teatrze Śląskim spektaklu w ciągu roku. Ponieważ jednak miałem bardzo dużo planów i zobowiązań, które musiałem zrealizować, praca nad spektaklem w Teatrze Śląskim nieco się przesunęła i premiera odbędzie się w maju 2010 roku.  

Obawiał się Pan w jakiś sposób tego wyróżnienia? Presji, że jak się dostało nagrodę, to trzeba teraz zrobić coś fajnego… 

Myślę, że każdy reżyser, który podejmuje się pracy w jakimkolwiek teatrze, chce pokazać widzom coś „fajnego”. Chyba każde przedstawienie zobowiązuje go do poważnej, uczciwej pracy. Specjalnie więc się tej nagrody nie obawiałem. Myślałem natomiast o tym, jaki spektakl mógłbym tutaj wystawić. Chciałem zaproponować taką sztukę, która korespondowałaby z tym miejscem. Chciałem pokazać sztukę, która wpisze się w pejzaż społeczny Śląska i Katowic.  

Pański wybór padł na tekst mało znanego w Polsce dramaturga.  

Mój wybór padł na sztukę pt. „5 razy Albertyna” autorstwa Michela Tremblay’a, kanadyjskiego pisarza, bardzo popularnego w Europie i na świecie, zaś w Polsce kompletnie nieznanego, co, sądzę, jest naszym niedopatrzeniem.  

Dlaczego wybrałem ten właśnie dramat? Wyczuwam w tym tekście pewien potencjał, który dobrze wpisałby się w ten region. Quebec, opisywany przez Tremblay\'a to miejsce, które można by porównać z regionem śląskim. Grupy społeczne, kontekst gospodarczy, społeczny i środowiskowy są w gruncie rzeczy bardzo podobne. Oczywiście, szczegóły tej „lokalności” się różnią, zaś podobieństwa są generalne, ale myślę że sens sztuki wybrzmi najlepiej właśnie w tym mieście i na tej scenie. 

Jak się przejawia ta lokalność? 

Kanadyjska prowincja jest tylko pretekstem dla autora, żeby pokazać to, co się dzieje z główną bohaterką – Albertyną. To nie jest tekst społeczny, on skupia się na psychologii postaci. Natomiast ów kontekst, w którym przedstawiono bohaterkę spektaklu jest bardzo zbliżony do kontekstu śląskiego. Myślę zatem, że to przeniesienie bohaterek i ich problemów będzie tutaj rezonowało.  

W jakich realiach i w jakim czasie odbywa się akcja? Czy jest to istotne dla wydźwięku sztuki? 

Kontekst czasowy nie jest istotny, zaś sztuka dzieje się w czasach nam współczesnych.  

Jakie problemy zatem porusza sztuka? Co jest w niej istotne? 

Główna bohaterka, Albertyna, przygląda się całemu swojemu życiu. Życie to zostaje ukazane z różnych punktów widzenia i z różnych punktów czasowych i ten zabieg właśnie wydaje mi się najciekawszy. Mimo że oglądamy jedną postać, to tak naprawdę oglądamy wiele kobiecych wcieleń. Ponadto fascynująca jest weryfikacja tego, co się dzieje z człowiekiem na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Sztuka pokazuje, że nasze życie okazuje się być bardzo zróżnicowane, a jego ocena zależy od tego, na jakim etapie owego życia się znajdujemy.  

Wnikliwość z jaką Tremblay analizuje pogłębione oglądanie siebie z różnych stron jest równie zaskakujące. Autor opowiada o swojej bohaterce w bardzo subtelny, wyrafinowany, inteligentny i wrażliwy sposób.  

Inspiracją dla Tremblay’a była proza Marcela Prousta – szósty tom „W poszukiwaniu straconego czasu” poświęcony Albertynie. Drugą bohaterką sztuki jest Madeleine – niejako wzór magdalenki Prousta, czyli ciastka rozgryzanego przez bohatera – za którym idzie wspomnienie, otwiera się pamięć na dawne wydarzenia, rozpoczyna się retrospekcja. Tak też dzieje się w naszej sztuce – od pojawienia się Madeleine rozpoczyna się wnikliwa i przejmując retrospekcja życia Albertyny. 

A czy jest Pan wierny wobec tekstu? 

Raczej tak. Sztuka jest napisana bardzo precyzyjnie, zatem niewierność wobec niej mogłaby się zemścić i źle skończyć. Oczywiście niezbędne rzeczy modyfikujemy na potrzeby spektaklu teatralnego, natomiast ten pięciogłos (Albertyna pokazana jest w pięciu odsłonach swojego życia), który jest wpisany w tekst, jest bardzo precyzyjnie utkany i taki właśnie ma sens. Więc jakiekolwiek odstępstwo od tekstu jest niewskazane.  

Liczyć się będzie słowo czy inscenizacja?  

Oczywiście słowo i jego sens będzie się również przejawiało w formie tego spektaklu, w licznych zabiegach inscenizacyjnych. Sam tekst właśnie ma w sobie kilka świetnych zabiegów technicznych, które wykorzystamy w spektaklu. Główna bohaterka jest odgrywana przez pięć aktorek w kilku odsłonach. I te kilka odsłon właśnie ma swoje konsekwencje inscenizacyjne. Reszty wolałabym nie zdradzać, aby nie odbierać widzowi satysfakcji śledzenia akcji sztuki.  

Myślę, że jest w tym przedstawieniu wiele inscenizacyjnych zabiegów, które uzupełnią materię tekstu. Aczkolwiek oczywiście słowo będzie podstawą. Trzeba podkreślić, że dramat ten jest napisany w bardzo specyficzny sposób, co jest cechą charakterystyczną dramaturgii Tremblay’a. Inna jego sztuka jest na przykład napisana według struktury utworu muzycznego. Tekst „Albertyny” jest również zapisany bardzo specyficznie. Znajduje się w nim wiele powtórzeń, w czym przypomina dramaturgię Thomasa Bernharda – w sensie formy oczywiście.  

Jak przejawia się uniwersalizm „Albertyny”?  

Na podstawie zwyczajnych zdarzeń i opowieści o codziennym życiu głównej bohaterki wyrasta z tej prostej opowieści pewnie niezwykle uniwersalny świat. Tekst ten ma takie momenty, podczas których dramat kobiety urasta do rangi tekstu klasycznego. Ze zwyczajnego zdarzenia autor buduje mit, zaś bohaterki stają się pewnymi archetypami, zdarzenia stają się symboliczne, a rzeczywistość zaczyna mieć znamiona realizmu magicznego.  

Możemy określić do jakiego gatunku sztuka przynależy? 


Autor wyrasta z fascynacji tragedią antyczną, jest zauroczony bohaterami tragicznymi, co przejawia się właśnie w jego twórczości. Próbuje opisywać rzeczywistość poprzez zdarzenia magiczne – używa technik na podobieństwo realizmu magicznego. Tekst dramatu ma pewną przestrzeń, w której w sposób magiczny dopowiada się komentarz do wydarzeń realistycznych. To jest też takie Proustowskie posunięcie – nagle zdarzenie zwyczajne, realistyczne nabiera nierealnych sensów, o których nie wiedzieliśmy, które prowadzą nas nie wiadomo dokąd – i to jest bardzo fascynujące.  

W spektaklu występuje sześć aktorek: Dorota Chaniecka, Barbara Lubos, Anna Kadulska, Ewa Leśniak, Stanisława Łopuszańska, Karina Grabowska. Jak przebiega współpraca między wami?  

To jest specyficzna praca, albowiem większość aktorek gra jedną postać. Wszystkie aktorki są przez cały czas trwania spektaklu na scenie. Wymaga się od nich intensywnej obecności scenicznej na cały czas trwania spektaklu, muszą uczestniczyć w tym, co się dzieje na scenie.  

Dla mnie współpraca przebiega świetnie, dziewczyny bardzo szybko uchwyciły sens sztuki – potoczny i ukryty. Razem próbujemy dostać się do wnętrza tego tekstu, do jego sensu. Jestem też bardzo zauroczony sprawnością warsztatową wszystkich aktorek, gotowością do współpracy, niezwykłą otwartością.  

Jest Pan w pracy dyktatorem? 

Nie – nie uważam się za dyktatora. Staram się przestrzegać i wierzyć w zasadę, że wszyscy, którzy pracujemy nad danym spektaklem jesteśmy twórcami, bo to niezwykle poszerza proces twórczy. Jeśli uwięzi się aktora w jakieś bardzo konkretnej wizji, to zrobi on tylko to co jest w ramach tej wizji. Natomiast jeśli aktora się niejako wypuści, wtedy aktor może wypełnić sobą, swoimi możliwościami, swoim potencjałem ramy roli.  

Czy bycie aktorem i reżyserem pomaga w tym drugim zawodzie?  

Pewnie tak. Pomaga o tyle, że znam mechanizmy rządzące sceną i aktorem. Mam dużo więcej cierpliwości w stosunku do aktorów, znam ten trud wchodzenia w postać, mam wyrozumiałości w stosunku do ich oporów, które w wykonywaniu tego zawodu się pojawiają, gdyż sam to przecież przeżywałem. Jestem dużo bardziej otwarty na negocjacje z aktorami. Wiem jak czasem trudno jest wejść w czyjąś skórę, wcielić się w daną postać, jak ta postać jest obca, jak aktorowi jest niewygodnie. Wiem jak to wchodzenie w rolę czasami długo trwa i myślę, że trzeba dać czas aktorowi, żeby kwitł i rozwijał się w skórze narzuconej mu postaci. 

Gdzie w Polsce, w jakim teatrze jest Pan najbardziej zakotwiczony?  

Myślę, że są to dwa miasta: Warszawa i Wrocław. To właśnie tam mam za sobą najwięcej spektakli, to tam najczęściej realizuję swoje sztuki.  

Czy reżyserując w wielu miastach Polski czuje Pan pewnie podział teatru w Polsce na teatr wielkomiejski i teatr prowincjonalny?  

Powiem tak – są przedstawienia albo dobre, albo złe. I tak się dzieje wszędzie. Dobrzy aktorzy są i w stolicy i w teatrach w mniejszych miastach. W Warszawie, czy w innych większych miastach jest po prostu więcej aktorów i pewnie jest więcej tych lepszych, aczkolwiek nie sądzę, aby to była jakaś reguła. Spotykam się w mniejszych ośrodkach z niezwykle utalentowanymi aktorami, którym do pięt nie urastają niektórzy aktorzy grający w stolicy.  

Robienie przedstawienia to jest próba artystycznej wypowiedzi i zespół czynników, który się musi złożyć, aby ta artystyczna wypowiedź była udana, jest nieskończenie duży. A tak wielu realizatorów powoduje komplikacje podczas pracy. Malarzowi wystarczy pędzel, płótno i farby – w reżyserowaniu jest trochę inaczej. Za każdym razem zdarzają się jakieś przygody. Reżyser oczywiście stara się dobrać jak najlepsze czynniki, które mają mu sprzyjać podczas tworzenia spektaklu, stara się dobrać jak najlepszych współpracowników, żeby dana wypowiedź artystyczna była jak najlepsza. Ale nigdy nie wiadomo, nie ma się gwarancji, że najlepsze elementy spektaklu spowodują najlepszy efekt artystyczny.  

We współczesnym teatrze polskim zaistniał ostatnio nurt tzw. programowo złej reżyserii. Czy Pan wpisuje się również w ten nurt? Czy chce pan igrać z tradycją teatru, wystawiać go na różne próby?  

Jako reżyser jestem dość daleki od jakiegokolwiek ideologizowania sztuki teatru. Wydaje mi się, że nie sprawdza się ona w teatrze. Uważam, że rdzeniem teatru jest tzw. wspólne przeżycie – nieważne, jakie ono by było, chodzi o to, żeby ludzie zebrali się w jednym miejscu i wspólnie coś przeżyli. I dla mnie celem sztuki teatru nie są zróżnicowane techniki, ale właśnie to przeżycie. Myślę, że trzeba być w ciągłym emocjonalnym i intelektualnym kontakcie z widzem. W teatrze nie powinno się od widza abstrahować, bo to właśnie z nim jako reżyser dialoguję, do niego kieruję swój spektakl. Poza tym sądzę, że w polskim teatrze jest tak wiele miejsca, że może się w nim znaleźć wiele nowych twarzy, programów i zjawisk.  

A pracuje Pan nad własnym językiem teatralnym?  

Tak – usiłuję go rozwijać i kształcić z każdym kolejnym spektaklem. Myślę, że moje spektakle mają pewien wspólny mianownik. Pozwalam mu dojrzewać. Po pierwsze unikam wspomnianej już ideologizacji, staram się też przede wszystkim opowiadać w moich spektaklach o ludziach i ich emocjach. Ważne jest dla mnie to, co ludzkie, bo tylko to jest nas w stanie dotknąć, tylko to może wzbudzić dialog między sceną a widownią. Staram się również odczytywać dramaturgię nie poprzez historię interpretacji, ale w oderwaniu od niej. W muzyce na przykład pojawiła się szkoła sięgania do oryginalnych partytur, nie ulegania tradycji interpretowania utworów muzycznych na przestrzeni wieków. W kilku moich ostatnich realizacjach staram się właśnie wychodzić od tekstu, pomijając tradycję interpretacji. Konsekwencje inscenizacyjne i dramaturgiczne staram się wyciągnąć tylko i wyłącznie z materii tekstowej. Uważam, że przez ilość matryc, masek i kalek przez które opowiada się współcześnie o rzeczywistości traci się sens sztuki, a ja jako reżyser chcę zaglądać pod spód samego dzieła, żeby zobaczyć wpisany weń sens, zrozumieć go i pokazać widzowi. 

Dziękuję bardzo za rozmowę. 

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
7 maja 2010
Portrety
Gabriel Gietzky

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia