MILF-y z Wilka

"Panny z Wilka" - reż. Agnieszka Glińska - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Dzień dobry Państwu w lany poniedziałek. Dzisiaj oblewane będą "Panny z Wilka". Tę opowieść znacie z filmu, mniej osób czytało. Facet w kwiecie wieku, ale również w "smudze cienia", w żałobie po przyjacielu, odbywa wycieczkę na wieś, która jest wycieczką w przeszłość, zanim się "to wszystko" stało. Tam wojny jakby nie było, tam go kochano i się w nim kochano. Na wsi zawsze jest tak samo, co tutaj oznacza: dobrze, na pewno lepiej niż w mieście. Odwrotność "Brzeziny": Wiktor jedzie na wieś nie po to, by umrzeć, ale żeby ożyć.

Opowiadanie Iwaszkiewicza i film Wajdy według niego to jest hołd dla dawnych czasów, bardzo proustowska zabawa w klimacik. Dodałbym, że czechowowska, gdyby Czechow wiedział, że coś utrwala, co zaraz się skończy. Może jako pisarz wiedział?

Jeśli ktoś uważa, że "Panny z Wilka" nie są arcydziełem, niech się lepiej nie odzywa. Jarosław Iwaszkiewicz jest w naszej nowelistyce tym, czym w Ameryce jest Truman Capote. Dwa gejowskie skarby, dzielące miłość do "prawdziwych kobiet", kobiet modernizmu, niby-stereotypowych, a na tyle niezależnych, żeby nie przystawać do wymogów czasu. Dziś kobieta ma być silna, a kobieta Iwaszkiewicza i kobieta Capote'a ma być, jaka chce.

W przedstawieniu Glińskiej według "Panien z Wilka" ekspanny również są takie, czyli jakie chcą. Ale inaczej niż w filmie. W filmie z kolei było inaczej niż w książce i przedstawienie nie ma zobowiązań wobec filmu ani książki. Jest od nich niezależne i jest od nich gorsze.

Nie ma klimatu! To znaczy jest inny. Z boskiej, nostalgicznej, sentymentalnej, snujskiej opowieści robi się kabaret. Jakbyśmy na tamte panie, ponoć zniewolone, umieli dziś patrzeć tylko z przymrużeniem. Tak samo dzisiaj robi się Czechowa, prawie nigdy serio. Przebieg przedzielają, przerywają piosenki i wychodzi taki wieczór tańcująco-śpiewający. Taki, jak Glińska zrobiła w Teatrze w Krakowie, czyli Słowackiego ("Z biegiem lat, z biegiem dni").

Się porobiło: Stary i Słowak, dwie główne sceny miasta Krakowa, przechodzą "sześć dziewięć", zamianę miejscami. Stary idzie do Słowaka, Słowak straszy w Starym. Hitem Starego była dość długo Masłowska w adaptacji Pakuły, w reżyserii Świątka (tytuł: "Paw królowej"). Słowak też chce hita i sobie zaprosił te same nazwiska w tej samej konfiguracji (tytuł: "Wojna polsko-ruska"). Również w Ludowym grają Masłowską ("Dwoje Rumunów"), jeśli komuś mało. W szkole teatralnej szło jeszcze niedawno "Między nami dobrze jest" (reżyseria Glińska), ale to był dyplom, czyli dwa sezony max.

Spektakl Glińskiej w Starym ma strukturę "Rashmona", filmu Kurosawy: to samo zdarzenie widziane przez różne oczy. W "Pannach" wydarzeniem wielokrotnego użytku jest przyjazd Wiktora po 15 latach ("nie licz!"). Za pierwszym razem aż korki siadają.

Panien jest sześć, w tym jedna nieżywa. Wiktor był jeden, ale co dwóch Wiktorów, to nie jeden - tu jest go dwóch. Podwójny Wiktor jak podwójny Big Mac. Dubel jednocześnie. Trochę jak w Fight Clubie, gdzie jest Jack i Tyler Durden, i - wybaczcie spoiler - są oni tym samym chłopem. Wiktor Ruben w filmie i w opowiadaniu jest pierwotnie w szoku, a potem w żałobie. Tu nie wykazuje żadnego z tych stanów, zwłaszcza w wersji Nawojczyka, który tkwi w zachwycie, w zachwycie nad sobą i nad swoją rolą. Jego Wiktor Ruben, jeśli cierpi na rozterki, to tylko sceniczne - CZY MNIE DOBRZE WIDAĆ?

Kobiet, w tym aktorek, o wiek się nie pyta, ale ich postaci, jak wynika z opowieści, wpadają w przegródkę MILF, co jest komplementem, kiedy skrót rozwinąć. Grają je znane, zasłużone i dobre aktorki, nie licząc pani od Tuni. Właśnie, Tunia: tu jest milenialsem, jest wyzywająca, prawie wulgarna, wiecie, "asertywna". Zero uroku w tej młodej dziewczynie. Starsze koleżanki błyszczą na jej tle i chyba o to chodziło.

Każda ma swój spektakl, swoją reżyserię, zwłaszcza trzy główne aktorki - trzy księżne, trzy siostry, trzy wiedźmy - w których nazwiskach łączą się zbiory "Rada Artystyczna Starego Teatru" i "Akademia Sztuk Teatralnych". Dorota Segda ma centralne mono, Ewa Kaim idzie w klimat Do DNA, a Anna Radwan gra panią "osobną". Grają trzy rodzaje focha. A tak w ogóle, to kto z tej obsady nie naucza w szkole lub się w niej właśnie nie uczy? Przedstawienie wybitnie establiszmentowe. Trąci szkołą na kilometr, wygląda jak sesja egzaminacyjna. Mamy egzaminy z wiersza, z prozy, ze scen klasycznych, z piosenki, w tym ludowej, z tańca. Zapraszam wszystkich kandydatów do krakowskiej szkoły teatralnej, w tym na reżyserię - obczajcie, jak wasza wymarzona buda wyobraża sobie teatr.

Jest w tym przedstawieniu jedna dobra rola: rola Anny Radwan, czyli rola Kazi. Delikatna, niepłaska i inteligentna. Umie powiedzieć coś od serca, zbudować jakieś napięcie, zaciekawić widza. Przy niej siostrzyczki wyglądają jeszcze głupiej.

A propos wyglądają: okropne stylówki. "Bejzik" to byłby komplement. Jezu, ten atłas - myślałem, że padnę. Te nudne kolory, te żadne kolory, te spodnie w kropeczki, te uczesy, te upięcia. Kto wam to zrobił, a co gorsza - czemu sobie pozwalacie? To nie jest "realizm", to jest bieda z nędzą. Panie, tak nie można, dzwonię na policję mody.

To jest bardzo progresywny, w pewnym sensie, spektakl, pełen aktorstwa wyzwolonego. Aktor wyzwolony sam decyduje, co robi na scenie, 100-procentowa odpowiedzialność. Nie jest tylko wykonawcą, ale członkiem kolektywu. "Panny z Wilka" w Starym to kreacja jeszcze bardziej zbiorowa niż spektakle Magdy Szpecht, koreżyserowane przez całą ferajnę, łącznie z jej psem Kajtkiem.

W Starym nie ma młodych. To znaczy są, ale w porównaniu z tym, jak Jaśmina Polak, Bartek Bielenia i Monika Frajczyk byli młodzi w Starym, to tych jakby nie ma. Tamci COŚ GRALI, i tym czymś był na przykład Hamlet, na przykład Ofelia, na przykład Kordelia - a ci, za przeproszeniem? Powrót do starych dobrych feudalnych porządków: młodzi terminują, dostają ogony, które w tym przypadku polegają na adorowaniu swoich pań profesor. Są żywą scenografią, są corps de ballet dla étoiles 50+. Merry old Kraków is back!

Gdybym o "Królestwie" napisał dopiero po premierze "Panien z Wilka", inaczej byłoby pisane. Coś wydaje ci się słabe, póki nie zobaczysz czegoś naprawdę słabego. Stary przechodzi rekonwalescencję i zrozumiałe, że mamy oczekiwania, i zrozumiałe, że serce nas boli, kiedy wciąż tkwi w śpiączce. Do "Bernardy A." nikt nie miał pretensji, że jest taka straszna, nawet byliśmy jej wdzięczni, bo była dowodem w sprawie.

Spektakl jest prościutki, deklamatorski, frontem do klienta. Przaśny, poczciwy, ujutny. Jest wiersz, a nie ma poezji. Czasem powiewa piosenką harcerską. "Panny z Wilka"-proza to jest dla mnie świętość, "Panny z Wilka"-spektakl Glińskiej to jest profanacja.

Stary bardzo cierpi na brak dyrektora.

Maciej Stroiński
Przekroj.pl
11 maja 2019

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia