Militarna gimnastyka

"Wojny, których nie przeżyłam" - reż. Weronika Szczawińska - Teatr Polski w Bydgoszczy

Rozpoczął się drugi sezon dyrekcji Pawła Wodzińskiego w bydgoskim Teatrze Polskim. Jeszcze rok temu Paweł Łysak otrzymywał podziękowania od Rafała Bruskiego i owacje na stojąco od widzów na dużej sali TPB. Nowy administrator teatru został wręcz namaszczony przez swojego poprzednika na jego następcę. Wodziński był już mocno związany ze sceną w mieście nad Brdą, chociażby przez wystawienie swojej "trylogii romantycznej".

O ile pierwszy rok działalności byłego dyrektora w nieodległej stolicy należy uznać za katastrofę, o tyle nowy naczelny TPB realizuje swoją artystyczną wizję ze względnym powodzeniem. Razem z Bartkiem Frąckowiakiem stworzył określony ideologiczny kształt sceny - stąd tematy dotyczące kolonialnej przeszłości Europy czy sytuacji Romów w polskim społeczeństwie. Pojawiło się parę naprawdę dobrych premier - ,,Samuel Zborowski" czy ,,Detroit. Historia ręki". TPB stara się być na bieżąco z aktualnymi tematami kulturalnymi czy społecznymi, stąd liczne konferencje naukowe i projekty.

A jednak w tym profilu teatru iście "zaangażowanego" pojawiają się pęknięcia. W liście opublikowanym w zeszłym roku obaj dyrektorzy ogłosili otwarcie na widza, ale można dostrzec pewnego rodzaju hermetyzację bydgoskiej sceny. Świadczy o tym chociażby zmieniona formuła Festiwalu Prapremier, który z przeglądu stał się imprezą wręcz niszową. Wodziński ma oczywiście prawo do realizowania swojej linii programowej, ale jako dyrektor jedynego w Bydgoszczy teatru dramatycznego musi pamiętać o oczekiwaniach publiczności. FP z czasów Łysaka był wszak dla wielu mieszkańców jedyną możliwością obejrzenia najgłośniejszych polskich spektakli ostatnich miesięcy. Czy w tej sytuacji nie lepiej byłoby pomyśleć o realizacji np. dwóch nurtów - oficjalnego i offowego? Być może jednak nowa formuła FP sprawdzi się. Tym niemniej jest w tym wszystkim coś symbolicznego. Ambicje Wodzińskiego i Frąckowiaka mogą do tego stopnia podnieść pułap intelektualny TPB, że całkowicie zatraci on kontakt z bydgoskim brukiem.

Najnowsza premiera teatru konsekwentnie wpisuje się w przyjętą linię programową instytucji przy ulicy Mickiewicza. Zeszłoroczna "Afryka" Frąckowiaka próbowała dowieść, jakoby nasza percepcja Czarnego Kontynentu była "skażona" przez europocentryzm "białego człowieka". "Wojny, których nie przeżyłam" wynikają z podobnego konceptu. Tylko że tym razem obiektem zainteresowania twórców jest szeroko pojęty konflikt militarny. Widziany w dodatku z perspektywy kraju, w którym od kilkunastu lat nie toczyły się działania wojenne.

Weronika Szczawińska ponownie skupia się na języku i - co nie jest zaskoczeniem - nadal akcentuje jego fragmentaryczność, rozbicie. Ilustracją tego procesu stają się także scenografia i kostiumy Daniela Malone. Na scenie porozrzucane są rozmaite przestrzenne bryły, na których nadrukowane są kolejne geometryczne kształty. Scenografowi udaje się osiągnąć efekt pewnego optycznego spłaszczenia, co ma zapewne stanowić odniesienie dla spłycającego rzeczywistość zapośredniczenia medialnego. Z drugiej strony mamy kostiumy - w białe fartuchy naukowców wszyto wielokolorowe łaty. Ot, kolejny element nieporządku w pozornie sterylnym świecie.

Twórcy spektaklu prezentują widowni Instytut Badań Wojen Nieprzeżytych. Kolejni aktorzy przedstawiają następujące po sobie sylwetki kierowników poszczególnych departamentów urzędu. Czym się zajmują? Właśnie obecnością wojny w świadomości ludzi, którzy nigdy jej nie doświadczyli. Ciekawy pomysł Jakimiak i Szczawińskiej daje nadzieję na poruszenie problemu w zasadzie nieobecnego w powszechnych dyskusjach dotyczących m.in. wojny na Ukrainie. Chodzi mianowicie o kwestie emocjonalnego manipulowania nastrojami społeczeństwa czy selektywne ukazywanie rzeczywistości.

Przedstawienie zostaje rozbite na kilka etiud. Pierwsza występuje badaczka emocjologii wojennej. Małgorzata Trofimiuk opisuje mechanizm reagowania odbiorcy na zdjęcia przedstawiające ofiary konfliktu. Wyniki swoich eksperymentów prezentuje balansując ciałem na równoważni czy werbalizując towarzyszące człowiekowi emocje (aktor schowany za nią wykonuje w tym czasie stosowny układ cheironomiczny). Chwilę potem Trofimiuk wykonuje piosenkę, której refren stanowi głośne "dyplomaci ONZ płakali, patrząc na śmierć dzieci.". Reprezentantka departamentu świadectw skrupulatnych (Marta Malikowska) odwzorowuje zachowanie wietnamskiej dziwki z "Full Metal Jacket". Jest to efekt jej badań nad utożsamianiem się widza z bohaterem filmu wojennego. Kolejna badaczka (Sonia Roszczuk) zadaje Danielowi Day-Lewisowi pytanie: jaka jest funkcja aktora w produkcjach historycznych? I oczekuje odpowiedzi od człowieka, nie jego kreacji. Wszak jej wizja "wojny w Irlandii Północnej została ukształtowana według ról i filmów", w których występował Lewis.

W departamencie świadectw niewłaściwych Piotr Wawer junior i Jan Sobolewski pokazują doświadczenie wojny zapośredniczone przez popkulturę - stąd zaaranżowanie tandetnego "Help Bosnian Now". Poruszona zostanie także inna kwestia: czy w obliczu bliskowschodniego konfliktu najważniejszym problemem nie jest podobieństwo zniszczonego Aleppo do Warszawy z 1944 roku? Na samym końcu Maciej Pesta jako badacz historio-wojenny snuje wizję "idealnego poranka". Nad sceną gaśnie światło - jedyną formą porozumienia z ofiarami wojennymi okazuje się zdaniem twórców wyciszenie, próba nawiązania empatii z ofiarami opisanymi w przypadkowo znalezionym artykule.

Tekst Jakimiak jest w zasadzie parodią stylu naukowego, ale można dostrzec, jakie problemy próbują zasygnalizować twórcy. Sęk w tym, że błysk alarmu świeci wyjątkowo słabo. Bo co tak naprawdę wynika ze spektaklu? Że produkcje filmowe zakłamują rzeczywistość? Że aktorzy przede wszystkim zarabiają kasę, nie biorąc odpowiedzialności za treści, które przekazują na ekranie? Że obrazy wojenne są wykorzystywane komercyjnie, co jest wynikiem żerowania na naszej emocjonalności? Teorie przedstawienia są oparte na przekonaniu, że nasza percepcja jest "projekcją", czy - jak kto woli - "narracją". Ale nie tylko obrazy medialne czy filmowe budują nasze postrzeganie rzeczywistości. Dziś widzimy napływ Ukraińców do Polski, ich coraz bardziej wyczuwalną obecność na ulicach, podobnie jak kilkanaście lat temu przyjazd tysięcy Czeczenów. Poważnym brakiem spektaklu Szczawińskiej jest jego płytkość. Twórcy skupiają się na parodiowaniu języka mediów i nauki, zamiast szukać pęknięć w ich obrębie. Tej - cytując wieszcza - "skrzeczącej rzeczywistości". Nijak ma się do tematu wszechobecna gimnastyka, po raz kolejny stając się dodatkiem, którym Szczawińska próbuje zatuszować brak pomysłu na wyreżyserowanie poszczególnych scen.

Co prawda w "Wojnach" kilka razy udaje się osiągnąć efekt dynamicznych "żywych obrazów", jak w sekwencji z Sarajewem. Wtedy "obraz" zostaje stopniowo przybliżany, grany w slow-motion, by w następnej odsłonie przyspieszyć. Ciekawe są też efekty dźwiękowe, które od dawna były tak naprawdę jedynym w miarę sprawnym elementem spektakli Szczawińskiej. Dobrą robotę robi część aktorów. Świetni są Sonia Roszczuk jako badaczka - psychofanka Day-Lewisa czy Maciej Pesta, wprawiający widownię w stan istnej medytacji. Ale kiedy - stosując metaforykę dendrologiczną - mało odżywcza żywica tekstu Jakimiak przesiąka przez korę aktorskiego drewna Wawra juniora i Sobolewskiego, wiadomo już, że nie wyrośnie z tego żadne dorodne drzewo. Wtedy najmocniej rzuca się w oczy nierówność obecnego zespołu aktorskiego TPB. Wynika to też zapewne z bełkotliwości tekstu Jakimiak w niektórych odsłonach. Rażą kwiatki w stylu bardzo modnego ostatnio i często używanego "żywego archiwum".

Bydgoskie "Wojny" są świadectwem teatru z jednej strony opartego na ciekawych rozwiązaniach estetycznych (scenografia, użycie dźwięków), z drugiej rozczarowującego płytkością przyjętej gry z konwencją. W jakiś sposób produkcja TPB powiela błędy zeszłorocznego otwarcia - wspomnianej "Afryki" - co może wynikać poniekąd ze zbliżonej poetyki teatrów Frąckowiaka i Szczawińskiej. Pozostaje jedno ważne pytanie - czy nadal jest to wszystko jakąś próbą stworzenia głębszej analizy rzeczywistości, czy pozostaje jedynie sceniczną zabawą? Bo forma "Wojen" nie przynosi nam żadnych odkrywczych spostrzeżeń, wprost przeciwnie. Krytykując medialne zapośredniczenia, sama się staje ich kolejną formą. Czy o takie spostrzeżenie chodziło twórcom? Nie wiem. W każdym razie niedaleko to nas zaprowadzi. Quod erat demonstrandum.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
28 września 2015

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia