Miłość do prozy przykrojona

"Orfeusz i Eurydyka" - reż. Mariusz Treliński - Teatr Wielki-Opera Narodowa

Legenda o Orfeuszu i Eurydyce, jeden z najpiękniejszych antycznych mitów mówiących o miłości, nigdy się nie zestarzeje, bo to, co w nas najważniejsze i co świadczy o istocie człowieczeństwa, to właśnie miłość. I ona jedna trwale zostanie po nas, kiedy my już udamy się do innego świata.

Zostanie po nas jako świadectwo naszej ziemskiej pielgrzymki. I z niej, z miłości będziemy rozliczani w tym innym świecie. Miłość Orfeusza i Eurydyki w antycznym micie można uznać za wręcz wzorcową. Dopiero co zakochali się, jeszcze nie zdążyli się nacieszyć sobą, kiedy ukąszona przez węża Eurydyka umiera. Odtąd Orfeusz nie zazna spokoju, utonie w bólu tęsknoty. A co byłoby, gdyby Eurydyka żyła, czy ich miłość przetrwałaby rozmaite trudy i pokusy życia, nierzadko bardzo prozaiczną codzienność? Mariusz Treliński w swojej inscenizacji opery Glucka "Orfeusz i Eurydyka" dokonuje własnej interpretacji mitu oraz oryginalnej litery libretta.

Autor libretta opery Glucka, Raniero da Calzabigi, nie do końca pozostał wierny wersji funkcjonującej w mitologii, gdzie - jak wiadomo - zakochany Orfeusz, udawszy się do Hadesu po swoją ukochaną, wbrew zakazowi spojrzał na Eurydykę wcześniej, niż było mu wolno, przez co stracił ją na zawsze. Raniero da Calzabigi zaś, powodując się happyendową konwencją osiemnastowiecznej epoki, pożałował Orfeusza i by chłopina przestał rozpaczać, napisał scenę, w której Eurydyka wraca do niego żywa. Czy potem żyli długo i szczęśliwie? Tego nie wiemy, bo opera się na tym kończy. Ale Mariusz Treliński pewnie nie za bardzo uwierzył w długotrwałość ich wielkiej miłości, więc na wszelki wypadek już na samym początku uśmiercił Eurydykę. I to już tak na mur, bez szansy na powrót do życia. Wprawdzie pojawia się potem wielokrotnie na scenie, ale widz wie o tym, że nie jest postacią realną, tylko wytworem wyobraźni tęskniącego za ukochaną Orfeusza.

A już tak zupełnie serio: inscenizacja Mariusza Trelińskiego przenosząca historię Orfeusza i Eurydyki w czasy nam współczesne jest jednak sporą ingerencją w oryginalne dzieło operowe Christopha W. Glucka, co powoduje zmianę interpretacji utworu. U Trelińskiego Eurydyka umiera na własne życzenie, popełniając samobójstwo. Już pierwsza scena, świetnie aktorsko zagrana przez Olgę Pasiecznik, pokazuje, że Eurydyka nie jest osobą szczęśliwą, miota się po scenie, nie może sobie znaleźć miejsca, coś ją psychicznie przygniata, w końcu podcina sobie żyły szkłem rozbitego kieliszka, a do tego, żeby mieć pewność, iż zakończy swój żywot, połyka mnóstwo jakichś tabletek. Dlaczego nie chce żyć? Nie wiemy i nie dowiemy się już do końca. Może powodem jest nieudane małżeństwo? Mało przekonujące. Konającą Eurydykę zastaje mąż, na jego rękach umiera. I tu zaczyna się właściwy spektakl. To, cośmy dotąd widzieli, było introdukcją. Dodajmy, iż te wszystkie działania aktorskie odbywają się na uwerturze, co sprawia, że muzyka właściwie schodzi tu do roli elementu towarzyszącego grze aktorskiej.

Po śmierci Eurydyki pozostaje Orfeuszowi rozpacz i wspomnienia. Bohater jednak nie penetruje przyczyny, dla której Eurydyka wybrała śmierć. Skoncentrowany jest na swoim cierpieniu i tęsknocie za żoną. Jej obraz tak silnie przenika jego wyobraźnię, że już sam nie wie, czy to jest tylko fantasmagoria czy realna postać. Wszystko mu się miesza. Pojawiają się mitologiczne furie, z których każda ma twarz Eurydyki. Orfeusz jest na granicy szaleństwa. Wciąż jednak prezentuje dość egocentryczną postawę skupienia się na swoim cierpieniu spowodowanym tęsknotą za nią, a nie próbę analizy relacji z żoną czy uchwycenia stanów psychicznych Eurydyki i zrozumienia, co się musiało dziać w jej duszy. Dlatego też i my nie poznamy przyczyny samobójczej śmierci Eurydyki. Wojciech Gierlach wspaniałym, mocnym głosem nie tylko znakomicie wykonuje partię Orfeusza, ale też świetnie aktorsko prowadzi swego bohatera.

Olga Pasiecznik jest wprost modelową Eurydyką. Niewiele ma tu do zaśpiewania swym ujmującym, o szczególnej barwie głosem, ale sporo do zagrania. Jej siła wyrazu buduje postać Eurydyki w sposób w pełni przekonujący. A uroda i "kruchoroślinna" sylwetka Olgi Pasiecznik dopełniają wiarygodności postaci, którą kreuje. Do pozytywów należy jeszcze zaliczyć interesująco w sensie plastycznym pomyślaną scenę furii. No i oczywiście na pochwałę zasługuje dobra strona muzyczna spektaklu pod czujnym, fachowym kierownictwem Łukasza Borowicza.
Natomiast sztuczne przeniesienie opery Glucka w dzisiejszą rzeczywistość i uczynienie z Orfeusza i Eurydyki współczesnego małżeństwa zamieszkałego w jakimś apartamentowcu nie przekonują mnie. Takie przeniesienia oryginalnych utworów na tutaj i teraz nierzadko banalizują dzieło, odbierając mu jego istotę, urodę, wartość i klimat. Właśnie brakuje mi klimatu w tej opowieści. Jako widz nie jestem w stanie współczuć Orfeuszowi, choć wiem, że cierpi, i wiem, że Wojciech Gierlach rzetelnie prowadzi swoją partię.

Także scenografia przedstawiająca usytuowaną w centrum sypialnię z łóżkiem przypominającym symboliczny sarkofag, po lewej stronie kuchnię, po prawej, tuż przy sypialni, łazienkę i dalej widoczny korytarz - nie tworzy klimatu. To zimna, odarta z ciepła i emocji przestrzeń. Nie buduje też klimatu zawieszone nad łóżkiem szerokie lustro spełniające tu kilka funkcji, m.in. świat wyobraźni Orfeusza czy metaforyczne przejrzenie się w nim widzów spektaklu, jakby reżyser chciał powiedzieć: to o was, on jest jednym z was.

U Trelińskiego Orfeusz jest zupełnie zwykłym, przeciętnym mężczyzną. Dlaczego Eurydyka miałaby go aż tak bardzo kochać? To żaden bohater, nie ma w nim nic heroicznego, na pewno nie odważyłby się pójść do Hadesu po Eurydykę. Piekłem tego Orfeusza jest jego samotność, tęsknota za żoną. Ale w finale dzisiejszy Orfeusz siada przed laptopem i oddaje się pracy zawodowej, może twórczej. Kto uwierzy, iż tego zatopionego w laptopie Orfeusza stać byłoby na iście rycerską odwagę, by w poszukiwaniu swej ukochanej Eurydyki odbyć najbardziej niebezpieczną podróż gdzieś hen, na krańce świata.

Ale bardzo piękna muzyka Glucka i partie chóralne wynagradzają owe niedostatki związane z przeinterpretowaniem dzieła, skróceniem, brakiem klimatu i niepotrzebnym uwspółcześnianiem.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
28 maja 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia