Miłość mężczyzn, małostkowość kobiet

"Orfeusz i Eurydyka" - reż. Magdalena Piekorz - Warszawska Opera Kameralna

Magdalena Piekorz miała świetną koncepcję opowieści o Orfeuszu i Eurydyce, ale spektakl popsuło parę innych pomysłów.

Reżyserka pamiętnych "Pręg" po chorobie powróciła szczęśliwie do twórczej aktywności. Na operowy debiut Magdalena Piekorz wybrała "Orfeusza i Eurydykę" Glucka.

Opowieść o miłości tak wielkiej, że możliwe stało się cofnięcie wyroków losu, po prawie 250 latach nadal wzrusza i potrafi być tworzywem dla współczesnego teatru. Spektakl w Warszawskiej Operze Kameralnej zaczyna się wręcz intrygująco. Ustawione na cokołach marmurowe pomniki schodzą do nas, by przedstawić raz jeszcze historię Orfeusza i jego ukochanej. Cała scena wydaje się marmurowa, a scenograficzny pomysł Katarzyny Sobańskiej i Marcela Sławińskiego zapewnia kolejnym obrazom elegancję i plastyczną urodę w grze z przeszłością.

Opera Glucka, która programowo zrywała z barokowym rozpasaniem inscenizacyjnym, to utwór niemalże ascetyczny, na troje solistów. A spektakl w Warszawskiej Operze Kameralnej wygląda, jakby zrodził się z niewiary w teatralną siłę "Orfeusza i Eurydyki". Oprócz chóru, w niektórych momentach oryginalnie rozmieszczonego w galeriach niemal pod sufitem, dodano Gluckowi tancerzy. Inni reżyserzy też to robili, ale ze zdecydowanie lepszym skutkiem. Ruch w tańcu współczesnym nie musi biec płynnie z muzyką, może być dla niej kontrastem, pod warunkiem że choreograf czuje, co inni grają i śpiewają. To, co zaproponował Jakub Lewandowski, wprowadza głównie chaos i kłóci się z klimatem opowieści.

Gluck, a potem inni twórcy, przerabiał tę operę dla różnych śpiewaków. W WOK wybrano wersję stosunkowo rzadko wykonywaną, więc Orfeuszem jest Artur Janda obdarzony ładnym, dźwięcznym basem, ale jego interpretacja nie przystaje do brzmienia zespołu grającego na instrumentach dawnych, prowadzonego przez Stefana Plewniaka z dużą energią, momentami kosztem precyzji. To spotkanie dwóch różnych muzycznych światów.

Eurydyką była na premierze Maria Domżał. Śpiewała z wyczuciem, ocieplając swą bohaterkę, która była przecież kobietą dość małostkową. Od Orfeusza domagała się dowodów miłości w mało odpowiednim momencie, gdy właśnie wracała do świata żywych.

Jacek Marczyński
Rzeczpospolita
20 marca 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia