Miłość nie umiera nigdy

"Śluby panieńskie " - reż. Krzysztof Pluskota - Krakowski Teatr Scena STU

Komedie Aleksandra Fredry w repertuarze każdego teatru niosą z sobą obietnicę pełnej humoru zabawy i sporej dawki dobrego aktorstwa. Premierowa inscenizacja „Ślubów panieńskich" na deskach Teatru STU nie tylko w pełni zrealizowała tę obietnicę, ale dodatkowo zaoferowała też widzom udany debiut sceniczny całego grona aktorów.

Scenografia spektaklu (Katarzyna Wójtowicz) pomyślana została tak, by zminimalizować dystans miedzy sceną a widownią. Dzięki temu od pierwszej do ostatniej minuty przedstawienia widzowie wraz z aktorami przebywali w salonie szlacheckiego dworku z bliska i by tak rzec, z każdej strony, przyglądając się perypetiom i intrygom snutym przez jego mieszkańców. Na obrzeżach owego scenicznego centrum – salonu umieszczone zostały drzwi prowadzące do prywatnych pokojów mieszkańców dworku, fortepian, który służy Albinowi do dźwiękowej wizualizacji jego stanów emocjonalnych wynikających tyleż ze stanu zakochania, co braku przychylności panny Klary (Anna Siek, a także ogród, z którego raz po raz wpada nudzący się w wiejskiej posiadłości Gucio (Aleksander Talkowski).

Teksty Fredry były, są i pewnie jeszcze długo będą niewyczerpaną skarbnicą komizmu językowego i sytuacyjnego, dlatego zapewne polskie teatry tak często z pełnego humoru i niepowtarzalnego dowcipu dorobku dziewiętnastowiecznego twórcy czerpią. Trudno jednak nie docenić aktorskiej gry, która owe atuty tekstu wzmacnia i nadaje im indywidualny charakter. Na mnie, podczas premierowej realizacji, największym i dodam pozytywnym zaskoczeniem była Maria Seweryn w roli Pani Dobrójskiej. W mojej pamięci aktorka ta pojawiała się wprawdzie jako profesjonalistka w pełnym znaczeniu tego słowa, ale raczej chłodna, spokojna, ze sporym dystansem wewnętrznym wobec granej postaci. We mnie jako widzu pozostało wrażenie braku chęci czy też umiejętności pełnego wejścia w rolę, transformacji w bohaterkę tworzoną przed kamerą na potrzeby filmowego świata. Występ aktorki potwierdza jednak częste opinie, że są aktorzy stworzeni dla teatru i właśnie w nim ujawniający pełnię swego talentu i kreacyjnych możliwości. Aktorka grająca stateczną matronę (matka dorosłej córki) jest pełna energii i emocji oddawanych zarówno gestem jak mimiką twarzy, a przy tym, na tle pozostałych aktorów jest bardzo wyrazista i przyciąga uwagę widowni. Właściwie jedynym aktorem, który interpretacją postaci i siłą emocjonalnej ekspresji jej dorównuje jest Łukasz Szczepanowski (Albin). Niemniej jednak postać przez niego grana, choć przekonująca, sprawia momentami wrażenie nieco przerysowanej. Słowa uznania należą się też obu paniom wcielającym się w role Anieli (Agata Woźnicka) i Klary (Anna Siek). Ich gra jest pełna wdzięku, naturalna, choć właściwie słabo widać grę emocji, które w tekście Fredy właśnie w partiach żeńskich są bardzo silne.

Pozostając przy emocjach wypada wspomnieć jeszcze o jednej kwestii. Gra aktorów mających na swoim koncie doświadczenia zawodowe jest bez zarzutu. Oprócz wspomnianej już Marii Seweryn wspomnieć należy świetnego w roli Radosta Andrzeja Deskura i fenomenalnego Krzysztofa Pluskota (Jan), pojawiającego się na scenie zaledwie kilka razy, ale pozostawiającego po sobie niezatarte wrażenie i budzącego uśmiech sympatii służącego. Natomiast niedosyt pozostawia grono młodych. O ile wspomniany już Łukasz Szczepanowski przy wszystkich zastrzeżeniach pozostaje jednak postacią rozpoznawalną i bardzo wyrazistą, o tyle Aleksander Talkowski w roli Gustawa niestety mu w kreacji i wyrazistości swej postaci nie dorównuje, co buduje swoisty niekoniecznie jak sądzę zamierzony komizm, bo w założeniu Fredry w duetach młodych bohaterów dominantę stanowią Klara i Gustaw. Oni też są prowodyrami sytuacji (śluby panien - Klara) i jej rozwoju (intryga Gucia). Aniela i Albin po prostu poddają się ich sile osobowości. Problem tylko w tym, że na deskach sceny STU Gustaw jako osobowość zostaje niemal całkowicie przyćmiony przez Albina.

Zastanawiał mnie też specyficzny dobór kostiumów kobiet. W zestawieniu z mieszczącymi się w dziewiętnastowiecznej tradycji strojami mężczyzn, a przy tym kolorowym, momentami wręcz dyskotekowym oświetleniem salonu – sceny, sugerowały one odejście od romantycznej wersji „Ślubów" bądź też zderzenie wymowy romantycznej komedii ze współczesnością czemu sprzyjał choćby młody wiek bohaterów i uniwersalny temat. Niemniej jednak Krzysztof Pluskota pozostał w swej wizji wierny przekazowi oryginału, co wprowadza wprawdzie w odbiór spektaklu być może zamierzony przez twórców dysonans i oczekiwanie na coś więcej, ale owo oczekiwanie pozostaje w zawieszeniu i pozostawia niedosyt, mimo pełnej ekspresji, humoru sytuacyjnego i komizmu postaci (Albin) gry.

W sumie jednak zaprezentowane widowisko jest przedsięwzięciem udanymi sądząc nie tylko na podstawie własnego przekonania, ale i odbioru widzów obecnych na widowni, żywo reagujących na grę aktorów, dla której pięknym i świetnie dobranym dopełnieniem była muzyka Piotra Grząślewicza i Marcina Hilarowicza.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
21 września 2017

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia