Miłość rewolucyjnego Paryża

"Les Miserables" - reż. Wojciech Kępczyński - Teatr Roma w Warszawie

Wszystkie liczby dotyczące tego tytułu są imponujące i aż trudno sobie wyobrazić pompę, z jaką realizowane jest każde przedstawienie Les Misérables. W Londynie odbyło się już ponad 10 000 przedstawień. W tym roku upływa także 27 lat od premiery tego niezwykłego dzieła na West Endzie. Musical grany był w ponad 40 krajach. Przetłumaczony na 22 języki, zgromadził 70 nagród teatralnych. 120 milionów widzów w ciągu roku obejrzało w Internecie pochodzącą z musicalu piosenkę I dreamed a dream w wykonaniu Susan Boyle. Na casting do polskiej wersji w Teatrze Roma zgłosiło się ok. 800 osób. Na świecie musical odniósł spektakularny sukces, którego może pozazdrościć mu niejedna realizacja na Brodwayu.

Sztab osób pracujących nad wydarzeniem nie pozwolił nie zwrócić uwagi na tę realizację. Zresztą jak za każdym razem w Romie. Były śpiewy na schodach w centrach handlowych, spotkania z aktorami i plakaty ze smutną, dziecięcą buzią, które zawładnęły stolicą. Dużo szumu było przed i teraz, kiedy Roma pomału zaczyna żegnać się z tytułem. Fora internetowe już wrą od rozżalonych widzów, którzy jeszcze raz chcą obejrzeć dzieło Wojciecha Kępczyńskiego, ale także od tych, którzy jeszcze w ogóle nie mieli takiej okazji. Czyli zamieszanie nie ustaje. Czy entuzjazm nie jest mniejszy, kiedy zobaczy się Les Misérables na żywo? Dla mnie trochę to wszystko przereklamowane. Żeby było jasne, to nie jest spektakl zły i nie zasługuje, moim zdaniem na miażdżące recenzje, ale nie jest tak dobry jak mógły być.

Historia Nędzników Wiktora Hugo na podstawie których powstał musical, wzrusza od lat. Jean Valjean po dziewiętnastu latach został zwolniony z więzienia, gdzie przebywał za kradzież chleba i wielokrotne ucieczki. Po opuszczeniu więzienia nikt nie chce go zatrudnić. Schronienia w deszczową noc udziela mu biskup Myriel. Jean jednak okrada dom biskupa i zostaje złapany na gorącym uczynku. Chcąc jednak zmienić swoje życie, przyjmuje nowe nazwisko - Madeleine i jako nieznany przemysłowiec zdobywa sobie sympatię ludzi w miasteczku. W jego fabryce pracuje Fantine, która zostaje wygnana przez swoje koleżanki z pracy, na wieść o tym, że ma nieślubne dziecko, które oddała w opiekę innej rodzinie. Po utracie pracy, aby zarabiać na utrzymanie dziecka, sprzedaje swoją biżuterię, później włosy, a na końcu samą siebie. Pobita przez jednego z klientów zostaje oddana przez Madeleina do szpitala. Mężczyzna obiecuje pomóc odnaleźć jej córkę, co jest bardzo ryzykownym posunięciem, bo wciąż poszukuje go policja i do demaskacji jest tylko krok. Fantine umiera, a Valjean płaci dotychczasowej rodzinie wynagrodzenie i zabiera ją ze sobą. Cosette wychowuje się u boku człowieka, którego nazywa ojcem. Jako młoda kobieta poznaje studenta, który zaangażowany jest w działania spiskowe i bierze udział w walkach ulicznych. Zakochani postanawiają się pobrać. Valjean ma wątpliwości, czy to jest właściwy wybór jego przybranej córki, ale nie wyraża sprzeciwu. Ich kontakty ulegają jednak ochłodzeniu. Dopiero na łożu śmierci okazuje się jak wiele para zawdzięcza Valjeanowi.

Twórcy spektaklu musieli zmierzyć się z niełatwą częścią libretta, której akcja jest mocno rozciągnięta w czasie, często zmienia się miejsce, a za tym musi nadążyć scenografia. Reżyser wykorzystuje do tego platformy, na których zbudowane są poszczególne elementy świata przedstawionego. Sceneria francuskiego miasteczka, barykady, mosty, schody, kamienice, wnętrze pokoju księdza - to wszystko robi niemałe wrażenie i jest po prostu piękne w swojej brzydocie. Niezapomniany laserowy deszcz wygląda zjawiskowo.

Aktorsko prezentuje się to tak, że jedni śpiewają, inni próbują grać. Pożądanego połączenia raczej na próżno szukać, chociaż zdarzają się wyjątki. Najlepszą rolą w spektaklu jest ta wykreowana przez Łukasza Dziedzica, później długo, długo nic i pojawia się nazwisko Janusza Krucińskiego. Zespół ma problemy wokalne, których nietrudno nie słyszeć. Wzruszają zbiorowe wykonania utworów w połączeniu z dobrą choreografią, ale występy solo bezlitośnie pokazują braki artystów.

Owacje na stojąco tradycyjnie były, bo nigdzie, tak jak w Romie można być pewnym, że one nastąpią. Tutaj zawsze zachwyca monumentalność, rozmach, nawet jak jest mały to i tak większy niż w teatrze dramatycznym, bogactwo strojów i muzyka. To często wystarczy, aby głośno bić brawo.

Dagmara Olewińska
Teatr dla Was
1 marca 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia