Miłość w czasach konwenansów

"Anna Karenina" - reż. Grigori Lifanov - Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu

Kobieta upadła? A może kobieta, która po prostu pragnęła zaznać miłości? Nie takiej spętanej konwenansami, z rozsądku, ale namiętnej i przede wszystkim prawdziwej i szczerej? Jedno jest pewne. Anna Karenina Lwa Tołstoja to bohaterka, która kochała, i zapłaciła za to najwyższą cenę.

Historia miłości Anny Kareniny zapisana na kartach powieści Lwa Tołstoja nadal inspiruje i udowadnia, że dotyczy tematu, który bez względu na czasy jest ciągle aktualny. Pisarz, ukończonej w 1877 roku powieści, poświęcił ponad cztery lata swojego życia, koncentrując się nie tylko na sportretowaniu konkretnych postaci, ale także na obrazie społeczeństwa, które w tamtym okresie podlegało znaczącym przemianom. Znamienne, że losy jednej z najważniejszych bohaterek literatury światowej fascynują nie tylko reżyserów filmowych (ostatnia ekranizacja Joe Wrighta pochodzi z 2012 roku). „Anna Karenina" począwszy od lat 50. adaptowana jest także na potrzeby sceny teatralnej. W Polsce zrealizowana została dotychczas osiem razy: we Wrocławiu, Katowicach, Gliwicach, Zielonej Górze, Warszawie oraz dwukrotnie w Teatrze Telewizji. Ostatnia inscenizacja, której premiera odbyła się 27 września ubiegłego roku miała miejsce w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Reżyserem spektaklu był Grigorij Lifanov, dla którego była to druga realizacja rosyjskiej prozy w radomskim teatrze.

„Anna Karenina" w reżyserii Grigorija Lifanova, mimo iż zabrzmi to banalnie, opowiada o miłości, o uczuciu, jakie może zrodzić się każdego dnia i to nie tylko na kartach powieści, ale pod każdą szerokością geograficzną. O przebiegu zdarzeń decyduje tu przypadek, zrządzenie losu. Jedna chwila, jedno spojrzenie, wystarczają, by zmienić diametralnie życie głównych bohaterów, bo oto Anna (Katarzyna Dorosińska), szczęśliwa matka i żona, dla zaznania prawdziwej miłości, opuszcza męża (Jarosław Rabenda) dla młodego i przystojnego Aleksego Wrońskiego (Marek Braun). Główna bohaterka doskonale wie, że decydując się na związek z Wrońskim straci nie tylko dobrą opinię, ale przede wszystkim możliwość kontaktu z ukochanym synkiem Sieriożą (Mikołaj Krąpiec). Mimo to, porzuca swój dotąd poukładany świat i zatraca się bez pamięci w szaleńczym uczuciu, które w efekcie doprowadzi ją do tragedii.

Zaadaptowanie powieści Lwa Tołstoja na potrzeby sceniczne jest nie tylko niemałym wyzwaniem, ale wymaga także szczególnego podejścia do dzieła, do historii, do ludzkiej psychiki, a przede wszystkim do postaci. Grigorijowi Lifanovowi udało się z obszernego materiału wybrać najbardziej znaczące wątki i nie zatracić przy tym klimatu XIX – wiecznej Rosji, opisywanej przez Tołstoja. Co ważne, reżyser radomskiej inscenizacji nie skupił wyłącznie uwagi na miłości tytułowej bohaterki i Wrońskiego, ale w tle przemycił znaczący wątek Lewina (Adam Majewski) oraz czytelny portret rosyjskiej socjety. Lifanov postanowił przedstawić jej członków jako grupę plotkujących po kątach komentatorów, roszczących sobie prawo do oceny postępowania innych.

Podobnie jak w ekranizacjach filmowych i w radomskiej inscenizacji nie zabrakło rozmachu i widowiskowości. Spektakl tętni życiem i gwarem rosyjskich ulic, za sprawą funkcjonalnej scenografii autorstwa Wojciecha Stefaniaka w pełni wykorzystującej możliwości techniczne radomskiego teatru. Dzięki zastosowaniu obrotowej sceny z łatwością przenosimy się na kolejowy dworzec, salę balową czy lodowisko. Wszystko to, dopełnione zostało projekcjami video (Roman Lifanov) oraz odpowiednią warstwą dźwiękową. Innym walorem spektaklu rosyjskiego reżysera są kostiumy projektu Zofii de Ines, na które składają się szykowne nakrycia głowy, eleganckie futra oraz oddające styl minionej epoki, bogato zdobione suknie.

Spośród postaci spektaklu na uwagę zasługuje przede wszystkim Karenin, w którego wcielił się Jarosław Rabenda, kreujący szczególnie barwną osobowość. Jego bohater jest wcieleniem ideału stosującego się w sposób jednoznaczny do wszelkich norm i zasad właściwych miejscu i epoce, a także pozycji zawodowo-towarzyskiej. Jednoczesny chłód i powściągliwość zderza z ogromnymi emocjami, spowodowanymi utratą miłości żony. Człowiek ten z pozoru racjonalny i bezduszny, z uwagi na niecodzienność i wyjątkowość sytuacji, zdobywa się jednak na gest przebaczenia. Rola zagrana po mistrzowsku, z zastosowaniem pełnego arsenału aktorskiego rzemiosła. Katarzynie Dorosińskiej jako Annie Kareninie także udało się w pełni oddać tragizm głównej bohaterki. Bardzo dobrze wyważyła i zagrała determinację zakochanej kobiety, która wybierając płomienny romans, przyjmuje na siebie wszelkie tego konsekwencje.

Zakończenie inscenizacji Lifanova nie pozostawia złudzeń. Miłość to nie tylko uczucie napędzające do życia, to także siła wyniszczająca i wypalająca. Karenina, żyjąca pod wpływem sztywnych konwenansów, w świecie, w którym nie akceptuje się odstępstw od normy, dokonuje w końcu wyboru ostatecznego. Niestety w świecie masek i pozorów zakłamanego społeczeństwa (znamienny motyw przewodni w spektaklu – walc „Masquerade" Arama Khachaturiana) nadzieja na wielką miłość przynosi równie wielkie rozczarowanie, które doprowadza bohaterkę do podjęcia nieodwracalnej decyzji.

Reżyser Grigorij Lifanov z wyczuciem ukazał to, co w powieści Tołstoja najważniejsze. Nie oceniając postępowania głównej bohaterki, dał publiczności możliwość własnego osądu „szalonych" relacji w tym skomplikowanym trójkącie miłosnym, w którym to każda z postaci płaci wysoką cenę.

Radomska „Anna Karenina" to spektakl dla entuzjastów adaptacji wiernych oryginałowi, hołdujących nawiązaniom do epoki wpisanej w strukturę dzieła. To przykład teatru, który coraz rzadziej gości na polskich scenach. Znana historia, piękne kostiumy, dobrze wykorzystana teatralna technika, interesujące aktorskie kreacje, a wszystko to wzbogacone rosyjskimi pieśniami nadającymi charakterystyczny klimat tamtej epoki. Można by sądzić, że taka propozycja skazana jest na niepowodzenie. Na melodramat w repertuarze niewielu dyrektorów teatrów dziś się decyduje. Jednak radomska inscenizacja oraz frekwencja towarzysząca spektaklowi udowadnia, że wcale tak być nie musi.

Agnieszka Kiełbowicz
Dziennik Teatralny
3 czerwca 2014
Portrety
Grigorij Lifanov

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...