Miłość zbyt silna, by ją wypowiedzieć

"Antoniusz i Kleopatra" - reż. Wojciech Faruga - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Utarło się przekonanie, że William Shakespeare na kartach „Romea i Julii" opowiedział jedną z najtragiczniejszych historii miłosnych. Fabuła tego dramatu naprzykrza się kolejnym pokoleniom uczniów, skutecznie zniechęcając ich do lektury pozostałych dzieł dramatopisarza. Tymczasem wystarczyłoby uświadomić czytelników, że to nie losy naiwnych nastolatków są warte poznania, lecz dzieje miłości skomplikowanej i wielkiej jak bohaterowie, których dotknęła, istniejących nie tylko na papierze.

Niestety „Antoniusza i Kleopatrę" czyta się rzadko, nie jest to też utwór goszczący na deskach scen teatrów. Tym bardziej warto wybrać się do łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza, który w repertuarze posiada inscenizację tego dramatu wyreżyserowaną przez Wojciecha Faruga. Proponuję wcześniej zapoznać się z tekstem Shakespeare'a, ponieważ widzowie, którzy wiedzę o losach dwójki tytułowych bohaterów zaczerpną wyłącznie ze słynnej hollywoodzkiej produkcji z Elizabeth Taylor w roli głównej, bądź z innych filmów sięgających po historię pary, mogą poczuć się zagubieni.

Twórcy przedstawienia zdecydowali się dokonać fabularnego przewrotu, dlatego bitwę morską pod Akcjum można zobaczyć na początku, nie pod koniec spektaklu. W inscenizacji mówi się o polityce, widzowie orientują się, że przez Cesarstwo Rzymskie przetaczają się kolejne fale wojny domowej, jednak informacje te są zmarginalizowane. Centralnym (oraz zapalnym) punktem okazuje się związek Antoniusza i Kleopatry, których relacja oparta jest na kontrastach. Najłatwiej dostrzec różnice pomiędzy kulturami, z jakich się wywodzą: Kleopatrze i jej świcie przypisano stroje w beżowym kolorze, wskazujące na naturalność zachowań, cielesność. Antoniuszowi i pozostałym Rzymianom przypisano ciemne kostiumy, świadczące o ich „ucywilizowaniu", a także skłonności do wojny i politykowania.

W łódzkiej inscenizacji w Kleopatrę nie wciela się smagła brunetka, lecz aktorka dzięki której egipska królowa zyskała aparycję porcelanowej lalki, początkowo będąc równie zimną jak ona (brawa dla Agnieszki Skrzypczak). Problematyczne może być dla widzów zestawienie charakterów głównych bohaterów. Kleopatra reprezentuje sobą zmysłowość, przesadnie nazywaną rozwiązłością, której używa do zaakcentowania królewskiej pewności siebie i władczego charakteru. Sprawuje władzę nad uczuciem Antoniusza, w przypływach złości okazując pogardę, by po chwili walczyć o niego z siłą dzikiego zwierzęcia. W przeciwieństwie do ukochanego nie zna pojęcia kompromisu, przez co jej decyzje zdają się mieć „męski" charakter.

Antoniusz jest strategiem doceniającym możliwości, jakie otwierają się na drodze kompromisów. Walczy, lecz jak okazuje się, większe znaczenie niż honor ma dla niego życie Kleopatry. Nie jest herosem, władcą świata, dlatego ucieczka z areny bitwy wywołuje u niego myśli samobójcze. Postać (w którą wciela się Krzysztof Wach) jawi się widzom jako wrażliwy romantyk. Antoniusz chciałby osiągnąć wszystko bez złożenia żadnej ofiary. W momencie gdy okazuje się to niewykonalne, zaczyna się miotać. Jedyną stałą w jego świecie jest uczucie Kleopatry, będące wartością samą w sobie.

Twórcy spektaklu parokrotnie powtórzyli za Shakespearem słowa o hardości charakteru Kleopatry i uległości względem niej, jaka charakteryzowała Antoniusza. Postanowili to wykorzystać na scenie Teatru Jaracza widzowie oglądają dwie Kleopatry. W jakim sensie? Męskie rysy tej postaci oddaje gra Agnieszki Skrzypczak, zaś słowa, które w tekście dramatu ukazują monarchinię jako rozedrganą w swoich emocjach kobietę wypowiada wcielający się w postać Eunucha Marek Nędza. W kilku scenach Antoniusz zwraca się do niego, rozmawiając jakby z alter ego ukochanej kobiety. To Eunuch reprezentuje sobą delikatną, kobiecą stronę Kleopatry. Ten zabieg magnetyzuje i trzeba oddać Markowi Nędzy należny mu szacunek, gdyż to nie pierwsze przedstawienie łódzkiego Teatru, które zyskuje dzięki jego obecności na scenie.

Twórcy przedstawienia decydując się na zmianę kolejności zdarzeń zrezygnowali z zaakcentowania upływu czasu, co jest wyraźnie wskazane w tekście dramatu. Widzowie na podstawie wzmianek mogą domyślać się, jak długo trwa cała historia. Zarówno Kleopatra, jak i Antoniusz wydają się nie starzeć. Ich miłość zawieszona jest w przestrzeni, gdzie nie działają prawa ludzkie ani boskie, którą nie rządzi czas. W tej inscenizacji siłą sprawczą są jej twórcy, którzy zdecydowali się radykalnie zmniejszyć ilość pojawiających się na scenie postaci. Zamiast tego dodali jedną, istotną Juliusza Cezara. Jako zakrwawione widmo błąka się po scenie, ukazując kolejnym bohaterom i przypominając o przeszłości. Nie jest to jednak dumny władca, lecz jakby zmęczony obserwowanymi wydarzeniami mężczyzna. Nie spogląda na Kleopatrę z miłością byłego kochanka, lecz jak znający tajemnice życia opiekun.

Cały spektakl jest bardzo estetyczny, ogromną rolę odgrywa w nim plastyczność kolejnych scen. Scenografię tworzą wydmy ciemnego, iskrzącego się delikatnie piasku, które stworzono za pomocą naklejonych na siebie kolejnych warstw papy termozgrzewalnej (?), a także basenu w miejscu kanału dla orkiestry, dzięki któremu udało się zaprezentować bitwę morską oraz nurt Nilu. Plastyce tego przedstawienia nie mogę postawić żadnego zarzutu. Oczywiście pojawiają się głosy mówiące, że estetyka tej inscenizacji jest jej najmocniejszą stroną. To pogląd odwołujący się do efekciarstwa niektórych przedstawień, jednak warto zadać sobie pytanie - co jest złego w tym, że oglądane przedstawienie jest estetycznie zrealizowane?

„Antoniusz i Kleopatra" to bardzo dobry dramat, mój ulubiony spośród utworów Williama Shakespeare'a. Zmiany w kolejności zdarzeń wprowadzone przez Wojciecha Faruga i Tomasza Jękota początkowo wydawały mi się niepotrzebne, jednak im dłużej o nich myślę, tym bardziej podoba mi się autorski zamysł tej dwójki. Inscenizacja wykorzystuje trzy przekłady tekstu dramatu, realizatorzy dopisali też kilka własnych zdań. Dzięki temu wypowiedzi bohaterów nie trącą myszką, czego nie zawsze można powiedzieć o niektórych inscenizacjach dramatów Shakespeare'a. Warto udać się do Teatru im. Stefana Jaracza, aby zobaczyć intrygujące rozwiązania sceniczne, ładną scenografię, dobrych aktorów i historię skomplikowanej, wyniszczającej miłości, której wielkość zapisała się w starożytnych kronikach.

Agata Białecka
Dziennik Teatralny Łódź
20 grudnia 2016
Portrety
Wojciech Faruga

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...