Miłość, życie i śmierć

"Traviata" - reż: Krzysztof Nazar - Opera Krakowska

Krzysztof Nazar usiłował przełożyć "Traviatę" Giuseppe Verdiego na język współczesnej psychoanalizy. Niektóre koncepcje sprawdziły się lepiej, inne gorzej. Największym plusem widowiska w Operze Krakowskiej jest partia Violetty w wykonaniu Edyty Piaseckiej-Durlak

W przedstawieniu najważniejsza jest świadomość choroby. Violetta nie jest zakochaną kurtyzaną znaną z większości inscenizacji "Traviaty". To dziewczyna ceniąca ponad wszystko radość życia, ale na pewno nie występna. "Libiamo, libiamo" - głupstwem jest wszystko, co nie jest przyjemnością; śpiewa z przyjaciółmi w bodaj najpopularniejszym fragmencie "Traviaty". Przesłona śmiertelnej choroby oraz wybuch miłości do Alfreda (Adam Zdunikowski)mienia jednak oblicze kobiety. Przyjmuje okrutne warunki starego Germonta, ojca Alfreda, ponieważ wie, że niewiele zostało jej życia. Najpierw chciała wyszaleć się do końca, aż do kresu, potem - zakochana - uczyniła ofiarę z opuszczającego ją życia, w końcu, skazana na udrękę, została przede wszystkim samotna. Światowcy z jej otoczenia zniknęli, nie ma już maskarad ani tańców. Cały majątek Violetty to kozetka, drewniane krzesło i udręka umierania.

Verdi podkreślał, że napisał tę rolę dla śpiewaczki najwyższej miary. Edyta Piasecka-Durlak być może nie do końca poradziła sobie aktorsko ze skomplikowanym, opierającym się na zmienności zachowań zadaniem, ale jej wyborna kreacja wokalna wyrównuje wszystkie niekonsekwencje psychologiczne. To, moim zdaniem, najlepsza partia w karierze tej śpiewaczki.

W spektaklu Nazara zdecydowanie brakuje natomiast perwersji. Zwłaszcza pierwszy akt, który powinien być gejzerem zmysłowości i dolce vita, wydaje się dziwnie zgaszony. Występna Violetta, świadoma zbliżającego się kresu, powinna być lubieżna i zachłanna na życie, w krakowskiej "Traviacie" jest natomiast jedynie zawstydzoną mieszczką, przechadzającą się w cieniutkiej koszulce nocnej. Sprawia wrażenie jakby tęskniła raczej za ciepłym kocykiem i wełnianymi bamboszami, niż za seksualnym szałem.

Szczęśliwie, w przeciwieństwie do kilku wcześniejszych inscenizacji w Operze Krakowskiej, tym razem obyło się bez rozzuchwalonego kiczu w scenografii. W końcu oszczędzono nam taplania się śpiewaków w kałuży, malowideł na kawałku dykty, albo tandetnego paryskiego buduaru. Skromność, a nawet asceza scenograficzna, z trafnie wyeksponowanym motywem gigantycznych okien, symbolizujących otwieranie i zamykanie serca i życia bohaterki, integralne uzupełniała historię rozgrywającą się w większym stopniu w psychice bohaterów.

W tej konwencji dobrze odnaleźli się odtwórcy pozostałych partii. Alfred Germont to kolejna udana kreacja wokalna Adama Zdunikowskiego, pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie również Zenon Kowalski w roli Georga Germonta. Powściągliwy w ruchach, zdyscyplinowany, nienaganny wokalnie, Kowalski szczególnie wzruszył mnie w scenie, kiedy Violetta prosi go, żeby przytulił ją niczym córkę. Zenon Kowalski zagrał tę trudną scenę bez jednego fałszywego ruchu. Warto na koniec podkreślić także dobrze prowadzoną przez Tomasza Tokarczyka orkiestrę, pozwalającą wybrzmieć głosom śpiewaków na tle wolumenu dużego zespołu instrumentalistów.

"Czas to osądzi" - miał stwierdzić Verdi po klęsce pierwszego wystawienia "Traviaty" w La Fenice w Wenecji, w 1853 r. Opera Verdiego po latach została osądzona więcej niż życzliwie. Stanowi żelazny punkt repertuaru wszystkich teatrów operowych na świecie, łącząc niezrównaną melodykę z zawartą w libretcie wzruszającą historią ofiary miłości na styku życia i śmierci. Najnowsza inscenizacja Krzysztofa Nazara w Operze Krakowskiej udowadnia, że dylematy te są zawsze aktualne.

Łukasz Maciejewski
Gazeta Krakowska
21 czerwca 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia