Miły czas machania ręką

"Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?" - reż. Paweł Miśkiewicz - Małopolski Ogród Sztuki

Jak wiele minut namysłu kosztuje dziś machnięcie ręką w epilogu namysłu? Trzy? Jedną? Może mniej? Może tyle, ile trwa obojętne spojrzenie na przedmiot namysłu? Barbara Hanicka, scenograf granego w Małopolskim Ogrodzie Sztuki seansu "Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?", który wg "Króla Leara" Williama Szekspira Paweł Miśkiewicz wyreżyserował, zaproponowała Miśkiewiczowi malowniczą i sprytną, dmuchaną zjeżdżalnię w rogu sceny.

Sprytną, gdyż z gumy, która samą siebie nadmuchuje, kiedy przycisnąć właściwy guzik. Zaproponowała też inne kształty, inne znaki sceniczne - taczki do usypywania kredowych linii na futbolowych murawach, telewizor, szyny kolejowe, wagon, kule bilardowe, gaszone wapno, papierowe torby na zakupy, a także skórzaną pilotkę z epoki Dywizjonu 303 - lecz zostańmy przy zjeżdżalni. Pomiędzy chwilą, w której Hanicka pokazała projekt samodzielnie nadmuchującej się gumy, a chwilą, kiedy Miśkiewicz westchnął "A, niech będzie" - ile sekund minęło? Jak mało czasu trzeba, by reżyser urodził kompletną obojętność? Boleśnie marnieją dziś znaki sceniczne. Nie chodzi tylko o Miśkiewicza, seans jego jest ledwie pretekstem. Znaki przypadkowe, zalatujące tandetą, głuche i nieme. Znaki pod hasłem "z braku laku" i pod sztandarem "jakoś to będzie". Znaki, co nic ze sobą wzajem wspólnego nie mają, każdy z innej estetycznej parafii, od Sasa do lasa, bez najmniejszych szans na zlepienie się na scenie w jedno spójne cielsko, w realność jedną, w samoistny świat po prostu. Znaki nic nieznaczące, tak pojedynczo, jak i razem, bo nie ma żadnego razem - nic nie znaczące, a mozolnie męczące, wpierw oko, a po chwili mózg. Mózg, bo przecież człowiek normalny, widząc na scenie gigantyczne, spektakularne jakieś cudeńko scenograficzne, pragnie dociec jego sensu. Na moment do Miśkiewicza wracając, do seansu, który, że uczciwym będę, ma kilka ładnych scen, ładnych i wzruszających, w tym dwie dojmujące, gdyż czyste - otóż, znajomy lekarz spytał mnie po seansie o znaczenie, jakie w tym odczytaniu Szekspira ma zjeżdżalnia akurat z gumy. Odpowiedziałem: "Sensem gumy jest brak czasu. Stolarz nie zdążył ze zrobieniem zjeżdżalni sosnowej w stylu podhalańskim, więc wzięli, co było pod ręką". Jak inaczej mogłem go pocieszyć? Słowem - gruzowisko znaków, rumowisko kształtów, bałagan wyglądów. Na ilu nowoczesnych przedstawieniach będąc trzeba się dziś katować tym od kulisy do kulisy brudem? I ile razy wracają wtedy obrazy starej dobrej normalności? Byle dziurkę w kostiumie żołnierza - byle dziurkę, lecz dziurkę, nad sensem której dumał tygodniami - Tadeusz Kantor cyzelował osobiście trzy bite dni i noce. Żeby była nieomylna. Konrad Swinarski w nieskończoność sprawdzał w słownikach moc każdego słowa "Hamleta", by poczuć, jak wiele straci, gdy słowo to wykreśli. Gabriel Garcia Marquez, mając cały materiał, mając wszystko - przez siedemnaście lat nie pisał "Stu lat samotności", gdyż żadna z wielu intonacji pierwszego zdania powieści, intonacji, które przez siedemnaście lat rodziła jego głowa, nie była na miarę marzeń jego ucha. Żeby skończyć wyliczankę normalności, wyliczankę, którą można ciągnąć długo bardzo - a co z Gustawem Flaubertem? Noc w noc, od zmierzchu do brzasku, słychać było jak ze skórą niedźwiedzia na ramionach, co miało pomóc, krąży po gabinecie i wyje, poci się i bezlitośnie kreśli rękopis, albowiem szuka słowa, tego jednego, koniecznego, nie do zastąpienia, nieomylnego jak u Kantora dziurka w kostiumie żołnierza. Usłyszcie teraz "Panią Bovary", którą by nie wycie, a machanie ręką nad słowem każdym zrodziło, machanie i szept ulgi: "A, jakoś to będzie". Smakujcie powieść "Pan Zjeżdżalnia".

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
4 lipca 2015

Książka tygodnia

Czescy ekspresjoniści
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jindřich Chalupecký

Trailer tygodnia