Mistrzostwo stylu

"Wielki John Barrymore" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Sztuka konserwuje. Są tacy aktorzy, którzy na przestrzeni lat, mimo upływu czasu, nadal zachwycają, a szlachetna energia, wnoszona przez nich na scenę, oddziałuje równie mocno. Nie chodzi o rutynę czy obycie ze sceną od lat. To jest talent, którego nie da się zdefiniować. To jest zdolność kreacji – patrzymy na nią z szeroko otwartymi oczami.

Scena jest prawie pusta – widzimy tylko krzesło tronowe, stojące w rogu. Gdzieś zza kulis słychać lekko fałszujący, męski głos. Zza czarnej kotary wyłania się starszy aktor z torbą, przypominającą dawne torby lekarskie. Lekko podpity, ale świadomy. Niby średnio trzymający się teraźniejszości, lecz zachowujący trzeźwość umysłu. Jerzy Trela jako John Barrymore skupia uwagę od pierwszych minut.

Jest to spektakl balansujący formą gdzieś na przecięciu próby i faktycznego występu. Aktor zwraca się wprost do widzów, wchodząc z nimi jakby po trochu w komitywę. Ma to stanowić próbę przed zagraniem jednej z ważnych szekspirowskich ról. Kiedy przychodzi Sufler (Aleksander Fabisiak) wszystko wydaje się być jasne. Jednak aktor nie może dokończyć monologu. Zaczyna go wciąż od nowa, mieszając różne dramaty Szekspira. Fragmenty wypowiedzi różnych postaci, które grał zawładają nim na chwilę. Pamięć płata mu figle, ale pokazuje też, ile w swoim życiu musiał nauczyć się tekstów, ile razy stanąć na scenie i przeistoczyć się w daną postać, która ostatecznie w pewien sposób w nim została.

„Wielki John Barrymore" to widowisko, które oddaje w pewien sposób hołd aktorstwu. Poprzez wątki autotematyczne pokazuje, że nie istnieje teatr bez widza. Aktor nie może być sam: potrzebne jest jakiekolwiek, choćby surowe i najprostsze zaplecze. Tutaj mamy suflera, drobne gry światłem oraz kostium czy rekwizyt. Poza tym jest człowiek: asceza scenografii uwydatnia siłę aktora i siłę słowa. Szanowany, starszy aktor chce sobie jeszcze na koniec zjednać publiczność, która przyszła go zobaczyć. Odwraca uwagę słuchaczy od problemów z pamięcią – między słowa dramatu wplata przerywniki. Anegdotyczne opowieści z własnego życia, doprowadzają niemal do rozpaczy jego Suflera, który wolałby sprawnie przeprowadzić próbę.

Genialny Jerzy Trela porusza się po scenie lekko i precyzyjnie, choć (może specjalnie?) nieznacznie powłóczy nogami. Cechuje go też pewna niedbałość zagranicznego aktora. Jako John Barrymore ma świadomość swojej sławy, ale też swojej samotności. Kiedy zirytowany Sufler wychodzi na dłuższą chwilę, pozostawiony samemu sobie aktor wydaje się być nieco zagubiony. Pokazuje to, jak wiele rzeczy składa się na sukces aktora, jednocześnie jak wiele musi on unieść. Pierwsza część spektaklu ma w sobie pewne napięcie, wynikające może z tremy, a może też z tego, że robocze przez większość spektaklu światło oraz brak muzyki wymusza większą uwagę. Wszystkie zmysły publiczności skupione są na aktorze, natomiast w drugiej jest wyraźnie rozluźniony.

Postać Suflera jest równie ciekawa, ponieważ może kojarzyć się z cieniem lub głosem rozsądku aktora: wciąż przywołuje on go do porządku. Pokazuje też, że najczęściej przyjaciółmi aktorów czy wszelkich innych artystów są ludzie o trochę „odchylonej" wrażliwości, a ich lojalność jest wielka. John Barrymore, w którego wcielił się Jerzy Trela to wielki aktor, jego szekspirowskie role przeszły do historii. Monolog został idealnie dobrany do talentu Jerzego Treli. Krzysztof Jasiński zrobił spektakl o wielkim szacunku dla aktora i aktorstwa. Jego pięknym dopełnieniem są lekkie, spokojne ukłony artystów podczas owacji. Wieczór spędzony w takim towarzystwie na pewno nie należał do straconych, a cała przekrojowa widownia bawiła się równie dobrze, co widać było po uśmiechniętych twarzach oklaskujących.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
24 grudnia 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...