Młodość nie radość?

"Przenikanie" - reż. Waldemar Śmigasiewicz - Teatr Powszechny w Radomiu

Czy istnieją udane adaptacje Gombrowicza po Jarockim? Takie pytanie zadaje sobie zapewne spora część środowiska teatralnego, jak i bardziej doświadczeni widzowie. I rzeczywiście - do dzisiaj krakowska inscenizacja "Ślubu" z Radziwiłowiczem i Globiszem uchodzi za jedną z najlepszych interpretacji małoszyckiego pisarza. Fenomenem tamtego przedstawienia było wyważenie proporcji między groteską i tragizmem; poprowadzenie znaku równości między problemami jednostki a zbiorowości.

Ale nie samym Jarockim Gombrowicz żyje. W "Iwonie" Attili Keresztesa akcja rozgrywała się w sterylnych pomieszczeniach, aktorzy mieli pobielone twarze, a cała inscenizacja była zrealizowana w duchu dell'arte. W zeszłym roku na Nowej Klasyce Europy zaprezentowano "Kosmos" z francuskiej Compagnie Haut Et Cort. Wizyjne sekwencje rodem z Lyncha niepokoiły, choć zarazem fascynowały. Różnorodność stylów służy tekstom Gombrowicza. Inna sprawa, że sam "Witek" za teatrem nie przepadał

Waldemar Śmigasiewicz poszedł w jeszcze innym kierunku. Zestawił fragmenty "Ferdydurke" z "Emerytem" Brunona Schulza. Łącznikiem dla obu tekstów miała być kwestia wtrącania w "dziecięcość". Wiemy bardzo dobrze, jak to wygląda u Gombrowicza. Słynne słowa o wielkości Słowackiego, protekcjonalizm Pimki i postawa Syfona mają świadczyć o ciągłym upupianiu człowieka. Powrót Schulzowskiego bohatera do szkolnej ławki odbywa się na nieco innej zasadzie. Historia emeryta jest w gruncie rzeczy jego wspomnieniem. Wątek nieuchronności przemijającego czasu jest jednym z najważniejszych motywów występujących w twórczości autora "Sklepów". Gombrowicza i Schulza różni w dodatku język - pełen chłodu i dystansu styl "Witka" wyraźnie odbiega od nastrojowego, sentymentalnego tonu twórcy "Sanatorium".

Twórcy "Przenikania" dostrzegają jednak pewne podobieństwa między dwoma utworami. Na scenie stoją białe ściany, wewnątrz których wycięto wielkie ramy okienne. Emeryt (Włodzimierz Mancewicz) i Józio (Łukasz Mazurek) znajdują się na dwóch końcach sceny. Starszy pan obraca się na krześle - za jego plecami siedzi mały chłopak. Wewnątrz duszy mężczyzny wciąż zdaje się tkwić to samo dziecko. W pewnym sensie emeryt zachowuje dziecięcą naiwność. Gdy próbuje wrócić do swojej pracy, zostaje wyśmiany przez innych radców - "jak długo chce pan jeszcze pobierać pensję, łaskawy panie?". Mancewicz pokazuje zagubionego mężczyznę, dla którego powrót do szkolnej ławki ma być rodzajem wybawienia, oszukania czasu. Pimko go wyraźnie lekceważy. Problem w tym, że w pewnym momencie postać Schulza zostaje spłycona. Emeryt chowa się pod stół. Specjalnie nadstawia cztery litery, żeby dostać klapsa linijką Takie przepisanie opowiadania Schulza odbiera mu całą poetyckość. Emeryt zachowuje się po prostu jak próbujący oszukać przeszłość stary pryk, a nie człowiek na życiowym zakręcie.

Postać Mancewicza spotyka się w szkolnej ławce z Józiem. Gombrowiczowskiego bohatera poznajemy, gdy ten budzi się ze swojego snu i zapisuje kolejne kartki. Nienawidzi "dziecka w sobie" - Mazurek policzkuje jednego z chłopców, który ucieka z płaczem. Kiedy przybywa Pimko, natychmiast stara się "upupić" nowego ucznia. Ubiera go w garniturek i wprowadza do klasy. Uczniowie piszczą niczym małe kurczęta. Belfer rzuca im ziarno, co ma zapewne symbolizować swoistą tresurę. Brać uczniowska nosi zabrudzone kredą marynarki i czapki z papierowych gazet. Szkoła uniformizuje, doprowadza do zaniku indywidualności.

Józef znajduje swojego sprzymierzeńca w walce z "upupianiem". Zostaje nim oczywiście Miętus (Adam Majewski). W ciekawy sposób zobrazowano kłótnie Miętalskiego z Syfonem. Gdy mężczyźni kłócą się, stoją za jedną ze ścian. Widzimy jedynie ich cienie - kiedy jeden z oponentów zdobywa przewagę nad drugim, jego sylwetka nagle rośnie. Tym bardziej szkoda, że pojedynek na miny został potraktowany całkowicie po macoszemu. Miętus pokazuje dwie miny i brudzi palec. Syfon zjada muchę i również paskudzi swoją kończynę. Cała sekwencja jest pozbawiona dramaturgicznego napięcia, przez co zostaje zmarnowany cały potencjał słynnej sceny. Spektakl kończy się kłębowiskiem ciał, do którego dołącza także Pimko. Emeryt i Józio uciekają. Tuż przed wyłączeniem świateł postacie ustawiają się jeszcze z grymasami na twarzach. Reflektor zdąży zwrócić naszą uwagę na kamień leżący na proscenium - niemego świadka i jedyny pewnik prawdziwości tego świata zamkniętego w swoich gębach.

Radomskie "Przenikanie" jest bardziej brykiem z Gombrowicza. Śmigasiewicz pozwolił sobie na dyskusję z autorem "Pornografii", ale wyraźnie ustępuje pola mistrzowi. Podstawowym problemem reżysera jest niezrozumienie inscenizowanych tekstów. Gombrowicz wcale nie nienawidził niedojrzałości. Wprost przeciwnie, uważał ją za jedyny skuteczny środek w nieustającej walce z Formą. Śmigasiewicz zaadaptował jedynie pięć pierwszych rozdziałów, lekceważąc pozostałe fragmenty "Ferdydurke", które wyśmiewają z kolei postulat "dorosłości" (vide: wątek Zuty). Zbolała twarz Mazurka pokazuje Józia jako skrzywdzone dziecko, a nie ciekawego świata dojrzewającego manipulanta. Nie tędy droga

Z połączenia "Ferdydurke" i "Emeryta" tak naprawdę nic nie wynika. O wiele ciekawsze byłoby zrobienie dwóch oddzielnych spektakli. Pojawia się jednak i tutaj parę ciekawych pomysłów. Jak już wspominałem, wątek starszego pana wypada w końcu groteskowo. Ale do scenariusza dołączone są kwestie z "Sanatorium pod Klepsydrą" (o definitywnej śmierci ojca), pojawia się także postać Blanki. Wtedy historia emeryta nabiera rumieńców, stając się rodzajem opowieści o rozrachunku z przeszłością i z własnymi problemami. Tylko że dramaturgicznie to kompletnie nie przystaje do "Ferdydurke". Po prostu wątek Józia biegnie sobie, a emeryta sobie. Do radomskiego spektaklu pasowałby raczej tytuł "Odrywanie".

Z tego bardzo nierównego i niespójnego spektaklu zapada w pamięć jedynie belfer Pimko. Jarosław Rabenda kreśli swoją postać przy użyciu paru prostych chwytów (pokraczny chód; nerwowy tik wąsa; protekcjonalne spojrzenia). Problem w tym, że nie ma do kogo grać. Gombrowicz powiedziałby: "Forma zwyciężyła!". Quad erat demonstrandum.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
31 stycznia 2015

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia