Mocno i bezkompromisowo

"Według Bobczyńskiego" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr Współczesny we Wrocławiu

Wrocławski spektakl, oparty na motywach "Rewizora" Nikołaja Gogola, jest studium psychologicznym nad tłumem i jednostką, a właściwie jednostką w tłumie. Nie o szpitalną komedię pomyłek chodzi tym razem: "Rewizor" jest tylko pretekstem do snucia rozważań na temat kondycji ludzkości. Na przybycie Tego Wielkiego czekają pracownicy szpitala - nie bez strachu, pokory, choć również nie bezczynnie. Wszystko to sprawia, że Agata Duda-Gracz wystawia we Wrocławskim Teatrze Współczesnym "Według Bobczyńskiego" nie bez powodzenia.

Chociaż na początku spektaklu jest trochę wesoło, to w miarę rozwoju (pseudo)politycznych, (pseudo)społecznych i (pseudo)psychologicznych wydarzeń, robi się coraz smutniej i bardziej ponuro. Bohaterowie stają się zdeterminowanymi uczestnikami pochodu, badaczami historii wojny, walczącymi o prawa prześladowanych. Jednak już po chwili znów są przytłoczonymi szarą rzeczywistością ofiarami losu, nie mającymi siły do walki.

W "Rewizorze" tytułowa postać jest być może najważniejszą, ale we wrocławskim spektaklu nie pojawia się ona w sposób fizyczny ani na chwilę. Bohaterowie ulegają zbiorowej psychozie, iluminacji. Wyimaginowana obecność rewizora sprawia, że czują się jak w dniu Sądu Ostatecznego. Chociaż dla widzów postać ta pozostaje niewidzialna, pracownicy szpitala po kolei, jeden po drugim (acz niechętnie) korzystają z okazji do spowiedzi. Spoglądają w kierunku rewizora ze strachem, pod wpływem którego ujawniają prawdę. Odkrywają swoje prawdziwe twarze, przyznają się do homoseksualizmu, kompleksu wieku, nerwicy; mówiąc o rewizorze, zdają się mówić o Bogu, nieustannie podkreślając jego wielkość i ogrom chwały.

Tę część przedstawienia, z całą pewnością najlepszą w spektaklu, wieńczy mocna scena gwałtu na córce Horodniczego, Marii. Inicjacja seksualna dziewczyny odbywa się w sposób bynajmniej nieromantyczny. Bobczyński, kończąc ową brudną robotę, stwierdza jednak, że to był tylko żart.

Świat według Bobczyńskiego wydaje się mieć nieostre kontury. Drobny, małomiasteczkowy urzędnik, którego zachowanie nie sugeruje nic innego, jak zaawansowaną schizofrenię, wskazuje nieprawdziwego rewizora, stając się przyczyną ogromnego zamieszania. Wreszcie to on próbuje rozprawić się ze swoim alter ego (Dobczyńskim), on krzywdzi młodą Marię, nie od razu zdając sobie sprawę z własnych czynów. Sam Bobczyński szuka akceptacji, próbując wyjść z roli szarego człowieka. Oczywiście, niczego - podobnie jak reszta bohaterów - nie zyskuje. Akt przyznania się do winy nie rozwiązuje problemów, a wręcz przeciwnie: bohaterowie jedynie popadają w nowe.

Żona Horodniczego przerażona jest faktem starzenia się, więc próbuje odmłodzić się w towarzystwie mężczyzn, gnębiąc przy tym dorastającą córkę. Robi wszystko, by Maria wyglądała nieatrakcyjnie, a jej opowiadania o starających się o nią chłopców, traktuje jak fantazje.

Wszystkie plany upadają. Rewizor (którego nigdy nie było!) nie żeni się z młodą dziewczyną, zakochaną w nim po uszy. Maria, w sukni ślubnej, wyciąga przed siebie ręce i płacze, kiedy zaczyna rozumieć, że została oszukana i porzucona. Jej matka musi wreszcie pogodzić się z upływem czasu, a szpital wraca do swej marnej egzystencji. Szkielet spektaklu stanowią więc rozmyślania nad kondycją społeczności, skupiające się zwłaszcza na jej grzechach, rachunku sumienia i osądzie.

Scenografia natomiast jest jak rewizor, to znaczy, że nie ma jej wcale, co w tym przypadku pasuje do wymowy całości. Chłód światła, mroźne pomieszczenie i zimne stosunki międzyludzkie; to wszystko, co realizuje się w "Według Bobczyńskiego".

Wisienką na torcie jest Katarzyna Z. Michalska, która wciela się w postać Marii absolutnie deklasując partnerujące jej aktorki. Jeśli zaś chodzi o męską część obsady, to popisali się, gościnnie występujący, Tomasz Schimscheiner (Bobczyński) oraz Piotr Łukaszczyk (Liapkin-Tiapkin). I chociaż chwilami można zastanawiać się, czy wszystko, co dzieje się na scenie, nie jest tylko tłem dla aktorskich popisów Schimscheinera, to właściwie - dlaczego nie miałby się popisywać?

Trudno znaleźć punkt kulminacyjny w tym przedstawieniu, ale może właśnie chodziło o to, żeby, zamiast szukać pointy, skupić się na samym przebiegu wydarzeń? Całość wymaga bowiem uznania. "Rewizor" w tej adaptacji to chwilami spektakl nieprzyjemny, a chwilami chaotyczny, ale w każdym momencie interesujący.

Gra jest warta świeczki, Agata Duda-Gracz, osiąga swój cel, o ile jest nim wywarcie wrażenia niepokoju, czasem też - niesmaku. Oglądając bohaterów na scenie, trudno nie poczuć się niewygodnie, nie wzdrygnąć na myśl o podwójnej moralności. To dobrze, że ten teatr nie głaszcze widzów po głowach i nie podsuwa miodu pod usta: wyszło naprawdę mocno i bezkompromisowo.

"Według Bobczyńskiego" jest jednym z tych spektakli, które można pokochać albo znienawidzić. Z dwojga tych skrajnych namiętności, wybieram miłość. Nawet, jeśli poczułam się tą miłością zmiażdżona, jak Maria pod ciałem swojego gwałciciela.

Karolina Obszyńska
Teatralia
4 lutego 2012

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Gdziekolwiek - wibracj...
Mariusz Kiljan
Wszędzie na świecie rodzimy się i umi...