Mógł być arcydziełem?

"Hamlet" - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Hamlet Szekspira nie jest tak kochany przez balet, jak choćby Romeo i Julia z muzyką Prokofiewa. Powodem tego, być może, jest jego zawiła akcja, złożone relacje między bohaterami. George Balanchine twierdził, że w balecie nie ma szwagierek - miejsca na skomplikowane związki łączące postacie.

Drugim powodem wydaje się legenda, jaką obciążony jest dramat wszechczasów, powodując obawy w sercach tak reżyserów teatru, jak twórców baletu i tańca. Oczywiście znaleźli się w przeszłości śmiałkowie, którym wystawienie Hamleta powiodło się i do nich należy Borys Ejfman, autor Rosyjskiego Hamleta. Ale to tylko wyjątek potwierdzający regułę w świecie tańca.

Jacek Tyski, solista Polskiego Baletu Narodowego i choreograf z coraz bardziej imponującym dorobkiem, sięga dziś ambitnie po tragedię księcia duńskiego i przedstawia ją z muzyką Beethovena. Jak sam przyznaje, interesuje co czytanie klasyki przede wszystkim przez pryzmat lęków współczesnych. I rzeczywiście, jemu i tancerzom udaje się pokazać bohaterów dzisiejszych - neurotycznych, rozedrganych, samotnych. W przestrzeni niemal pustej, którą organizują podesty i schody, przypominają outsiderów, jakich wszędzie pełno.

W spektaklu Tyskiego nie ma jednego bohatera. Równie ważną postacią jak Hamlet wydaje się Ofelia, od której pogrzebu - symbolicznej sceny procesji funeralnej w takt Marsza z III Symfonii "Eroica" - inscenizacja się rozpoczyna. (Kodą zamykającą spektakl jest taki sam pochód czarnych, zamaskowanych postaci, tym razem żegnających Hamleta.) Ofelia, w wykonaniu Aleksandry Liashenko, mieni się odcieniami uczuć: bywa liryczna i skupiona, to znów rozbawiona i beztroska, naiwna, obdarzona dziecięcym wdziękiem, kiedy indziej uwodzicielska. Wreszcie odrzucona, w scenie szaleństwa, błądzi niczym lunatyczka, skrywa głowę w białej, przybrudzonej sukni albo szuka pocieszenia w ramionach tych, którzy nie pojmują jej bólu.

W interpretacji Sergieja Popova Hamlet jest owładnięty przez skrajne namiętności. Pragnie za wszelką cenę . pozostać wierny ojcu, nieufny wobec matki jednocześnie darzy ją uczuciem, niepewny swych uczuć do Ofelii przygarnia ją i odsuwa. Hamlet dotknięty jest cierpieniem. Jego niemy krzyk, powracający niczym leitmotiv przedstawienia, dobywa się gdzieś z trzewi, z głębi ciała przenikniętego skurczem. Ów obraz niemocy zapada w pamięć.

Wśród ról pierwszoplanowych pojawia się Gertruda Magdaleny Ciechowicz. Postać niejednoznaczna, lekko egzaltowana. Pozostaje w ciągłym uniesieniu powodowanym z jednej strony fascynacją Klaudiuszem (Carlos Martin Perez), z drugiej miłością do syna i niepokojem wobec jego podejrzeń, skrywanym pod maską łaskawości.

Jacek Tyski otwiera przed nami panoramę ludzkich doświadczeń. Wydaje się, że wśród nich najdotkliwsze dotyczy egzystencjalnej "choroby na śmierć". Hamlet pogrążony w niemocy działania przeżywa rozpacz. "Ów dramatyczny, jakby określił filozof - stan, potęgowany jest świadomością jej wiecznego, nieprzemijającego

charakteru, której kresu nie stanowi nawet śmierć". Nie ma zatem wyzwolenia od rozpaczy. Za takim ujęciem postaci Hamleta i Szekspirowskiego dzieła zarazem przemawia klamra ceremonii pogrzebowej spinająca spektakl, a także wydobyte z milczenia słowa Hamleta -jedyne poza słowami Ducha Ojca - jakie wybrzmiewają w przedstawieniu:

Być albo nie być. (...)

Umrzeć - usnąć

Spać - i śnić może? Ha, tu się pojawia

Przeszkoda: jakie mocą nas nawiedzić

Sny w drzemce śmierci, czy ścichnie za nami

Doczesny zamęt? Niepewni, wolimy

Wstrzymać się chwilę. I z tych chwil urasta

Dłucie, potulnie przecierpiane życie.

Przedstawienie Jacka Tyskiego ma wiele zalet. Należą do nich z pewnością: jasna myśl ogarniająca wybrane przez choreografa wątki i porządkująca interpretację, wyraziste postacie, a także wiele pięknych obrazów w klimacie niejednokrotnie opartym na kontrze wobec durowej tonacji muzyki, jak choćby te ukazujące obłęd i śmierć Ofelii lub przyjazd aktorów do Elsynoru. Mamy do czynienia z nowoczesną formą "baletu z akcją" jako kontynuacją świetnej tradycji Johna Cranko, Kennetha MacMillana czy Johna Neumeiera. Ale jest też przedstawienie Baletu Narodowego chwilami niespójne, jakby rozpięte między dwoma biegunami różnych estetyk. Dyscyplinę klasyczną połączono ze współczesnymi technikami ruchu i niekiedy mocno akcentowanymi środkami ekspresji rodem z aktorstwa dramatycznego. Przejścia między nimi wypadają nie dość płynnie - tak, jakby jedna stopa poruszała się boso, druga przywdziała pointę. Dosłowność i precyzja w wyrażaniu intencji oraz w wiernym odtwarzaniu fabuły przenikają się z poetycką metaforą uczuć i sferą niedomówień, których chciałoby się więcej i więcej. Z jednej strony milczenie, z drugiej - słowo, skąpe, choć jednak przywołane, jakby ruch już nie wystarczał, nie oddawał w pełni tego, co choreograf/ inscenizator chciał w dramacie podkreślić. Niekiedy nastrój melancholii, starannie budowany przez tancerzy, zderzony z radosnym allegro, gdzieś nieoczekiwanie gubi się, zanika.

I jeszcze jeden, całkiem prozaiczny kłopot: narastające napięcie psują zbyt głośne mechanizmy przesuwanych elementów scenografii, a swobodę ruchów kroczących po schodach tancerzy zakłócają zbyt wysokie, niewygodne stopnie. To rysy na tafli niemal idealnej. Spektakl Tyskiego mógł być arcydziełem...

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Aleksandra Rembowska
Ruch Muzyczny
23 listopada 2013

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia