Moim żywiołem jest komedia

rozmowa z Hanną Śleszyńską

Po kabarecie Olgi Lipińskiej nazwano ją polską Lizą Minelli. Porównanie w pełni uzasadnione, tym bardziej że powierzono jej rolę amerykańskiej aktorki w polskiej inscenizacji musicalu "Kabaret". Specjalnością Hanny Śleszyńskiej jest jednak rozbawianie ludzi. Czy prywatnie też jest jej ciągle do śmiechu?

"Uwielbiam ją! - pisze o Pani internauta. - Jako siostra Basen powala mnie na łopatki!". W satyrycznym serialu "Daleko od noszy" gra Pani już od 7 lat. Nie nudzi się Pani?

To, że Genowefa Basen podoba się wielu telewidzom, to przede wszystkim zasługa Krzysztofa Jaroszyńskiego, który pisze świetne teksty dostosowane do konkretnego aktora. Często dowcipy są piętrowe: jest humor sytuacyjny i humor słowny a wszystko to przetykane różnymi zabawnymi skojarzeniami, np. znaczącymi nazwiskami czy przejęzyczeniami. Nie wszystkim taka zabawa odpowiada. Ale gdy ktoś lubi humor Monty Pythona, zaśmiewa się do łez. Ja lubię ten styl. I śmieję się już w domu, gdy czytam tekst.

Dla mnie komediowym majstersztykiem była "Rodzina zastępcza". Jak Pani wspomina ten serial?

Ten serial nie tylko bawił, ale i uczył tolerancji, za co zresztą został nagrodzony. Nie grałam w nim od początku. Jadzia, kobieta wiejska, miała być postacią epizodyczną. Ale potem tak się "rozgościła", że została do końca. Mam duży sentyment do takich postaci zwykłych kobiet, które może nie są europejskie, nowoczesne, przebojowe, modne, ale budzą powszechną sympatię, bo są ciepłe, swojskie i dobre. Grałam kilka takich ról, wśród nich Lodzię w serialu "Dom", która roznosiła cielęcinę. Kiedyś zatrzymała mnie policja za jakieś drogowe przewinienie. "Panowie - broniłam się - ja tu w serialu adoruję i dokarmiam policjanta, a wy chcecie mi wlepić mandat?!". Odpuścili mi...

Po kabarecie Olgi Lipińskiej nazwano Panią polską Lizą Minelli. Ale nie powstał jeszcze, niestety, film w rodzaju "Kabaretu", gdzie mogłaby Pani pokazać cały wachlarz swoich możliwości - tanecznych i wokalnych.


Kabarecik to 15 lat mojego życia. To regularne comiesięczne występy, bardzo ciężka praca, ponieważ w każdym programie było 5-6 nowych piosenek. Rzeczywiście czasem porównywano mnie do Lizy Minnelli, jednak nigdy nie brałam tego na poważnie. Jednak kiedy Janek Szurmiej zaproponował mi jej rolę w musicalu "Kabaret" we Wrocławiu, w tamtejszej Operetce (teraz jest to Teatr Capitol), zgodziłam się natychmiast. Teraz historia zatacza koło. W Teatrze Capitol w Warszawie gram... matkę Lizy Minnelli, wybitną aktorkę i piosenkarkę musicalową Judy Garland. Sztukę o niej Sławek Chwastowski przetłumaczył na polski specjalnie dla mnie!

Gra Pani komediowe role w teatrach i serialach. Ale jest też Pani utalentowaną aktorką dramatyczną. W "Bożej podszewce" fantastycznie zagrała Pani nieszczęśliwą Józię. Czy marzy Pani też o takich rolach, jak w serialu Izabelli Cywińskiej?

Teraz przeważnie w serialach grają młodzi. Dla starszych aktorek nie ma ciekawych ról. Moją idolką jest Meryl Streep, która gra bardzo różnorodne postaci. Inna sprawa, że już w szkole teatralnej czułam, że moim żywiołem są komedie, nie dramaty.

Potrafi Pani pobudzać ludzi do śmiechu. Ale czy prywatnie też jest Pani osobą radosną, śmiejącą się?

Ci, którzy rozśmieszają ludzi, sami nie zawsze ciągle się śmieją. Poza tym nie jestem zawodowym komikiem. Ale przez kilkanaście lat wspólnego życia z Piotrem Gąsowskim nauczyłam się wiele rzeczy obśmiewać. Piotrek strasznie mnie rozśmieszał. Zawdzięczam mu wiele "śmiechowych zmarszczek". Lubię, gdy na planie lub na scenie panuje wesoła atmosfera. Ale nie strzelam dowcipami na zawołanie. Nie znoszę napuszenia, zadęcia. Praca w kabarecie nauczyła mnie dużego dystansu do siebie. Tak samo praca na estradzie. Śmieszy mnie, gdy któryś z aktorów dramatycznych lekceważąco się o tej pracy wyraża. To niech spróbuje wyjść na scenę i rozbawić kilkutysięczną widownię! To trudna sztuka.

Jakie jest poczucie humoru Polaków? Potrafią się śmiać?


Nie jest z tym źle! "Kobieta pierwotna" - monodram, z którym jeżdżę po kraju, dowcipna opowieść o relacjach damsko-męskich - jest dla mnie dowodem, że Polacy mają poczucie humoru. Niestety"zamracza" nas polityka. Z jej powodu trudniej teraz o śmiech niż kiedyś. Nie wiem, jakby miał wyglądać teraz Kabarecik Olgi Lipińskiej przy takiej nienawiści i zajadłości.

Ma Pani dwóch synów - 26-letniego Mikołaja i 16-letniego Kubę. Jakie są Pani, samotnej matki, relacje z chłopcami?


Mikołaj to człowiek renesansu. Bardzo dużo czyta, ma rozlegle zainteresowania. Zostanie pewnie naukowcem, choć z duszą artysty, Kuba podobny jest do Piotra: trochę rozbiegany, niezwykle otwarty. Jestem z nich naprawdę dumna, może niekiedy trochę zbyt surowa, bo "robię" za ojca i za matkę. Nie zawsze jest to dobre. Tak się ułożyło, że ojców nie widują na co dzień. Mają też fajny kontakt z moim partnerem Jackiem, z którym jestem w luźnym związku. Jacek to wielki oryginał. Dzięki niemu odbyłam np, wycieczkę na Harleyu po Norwegii. Jacek wprowadza do mojego życia coś mocno szalonego.

Nie chciałaby Pani mieć u boku jakiegoś normalnego, "stałego" mężczyzny?


Nie każdy by wytrzymał mój tryb życia: całodzienne próby, wielodniowe wyjazdy w teren. Synowie już się do tego przyzwyczaili. Bardzo pomaga mi mama - gotuje im, ma na nich oko, A ja jestem spokojna, gdy wyjeżdżam...

Na końcu znowu opinia internautki o Pani: "Emanuje ciepłem dobrego człowieka". Czy takie właśnie cechy powinniśmy w sobie pielęgnować?

Dla wielu ludzi, niestety, dobry człowiek to naiwniak! Staram się zawsze tak postępować wobec ludzi, jak chciałabym być traktowana przez innych. Ale nie jestem jakimś kryształem, mam też na sumieniu różne grzeszki... Skuteczna jest metoda małych kroków. Być miłą dla ludzi i czynić dobrze wokół siebie. Życzliwe słowa powodują, że ktoś smutny i przybity nagłe się uśmiechnie. Nie możemy od razu zbawić całej planety, ale jeśli będziemy starali się być życzliwsi dla ludzi, to świat na pewno stanie się troszkę lepszy!

Barbara Staśko
Żyjmy Dłużej
6 lipca 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia